Dobrze, że nie jest jutro
David Ost dla „Polityki”. Dobrze, że nie jest jutro. Czy świat można obronić przed prawicowymi populistami?
JAKUB HALCEWICZ: – Mija właśnie 50 lat od pierwszego pana pobytu w Polsce. Co w niej robił młody amerykański lewicowiec?
DAVID OST: – Studiowałem na State University of New York w Stony Brook. Trafiłem na wyjątkowy moment historyczny – détente, czyli odprężenia między Wschodem a Zachodem. Dzięki temu mogłem studiować w Moskwie, a później we Wrocławiu. Pierwszy raz przyjechałem do Polski w styczniu 1976 r., w ostatnim roku gierkowskiego dobrobytu. W 1981 r. wróciłem już jako doktorant. Chciałem pisać o polskiej opozycji. Był marzec, trwał kryzys bydgoski.
Czyli moment szczególnego napięcia między komunistycznymi władzami a Solidarnością.
Pojechałem do Gdańska, nikogo nie znając. Kupiłem gazetę, w której przeczytałem o strajku okupacyjnym w Bydgoszczy. Znalazłem pociąg, byłem na miejscu akurat w dniu pobicia Jana Rulewskiego przez milicję. Powiedziałem, że jestem dziennikarzem. Wpuszczono mnie do okupowanego budynku. To, co zobaczyłem, było niezwykle ciekawe: odbywały się powszechne głosowania w najróżniejszych sprawach. Mówili mi: „Pan jest Amerykaninem. Przepraszamy, nie umiemy jeszcze robić demokracji tak jak wy”. Odpowiadałem: „To, co tutaj widzę, jest demokracją, jakiej nigdy wcześniej nie widziałem”.
To było aż tak ciekawe?
Byłem wielkim entuzjastą idei społeczeństwa obywatelskiego i jednym z pierwszych, którzy o niej pisali. Fascynowała mnie wizja demokracji, która nie opiera się ani na rynku, ani na wszechwładnym państwie, ale na aktywnych obywatelach. Próbowałem opisać doświadczenie Solidarności jako projektu nowej demokracji. Już wtedy jednak pisałem, że ta wizja zderzy się z rzeczywistością państwa.
To znaczy?