Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Kraj

Podejrzana literackość

Preferuj w Google
Dyskusję o granicach własności intelektualnej z lat 60. opisał Artur Domosławski w „Kapuściński. Non-fiction”. Pół wieku po tym sporze również książka Domosławskiego wywołała wielkie zamieszanie.

Spór o plagiat zaprzątnął uwagę Ryszarda Kapuścińskiego akurat, gdy w Afryce kraj po kraju wybijał się na niepodległość. Polski reporter, wysłannik agencji PAP i „Polityki”, po powrocie z Konga odnalazł w dramacie Bohdana Drozdowskiego „Kondukt” zarysy fabuły swojego opowiadania „Sztywny”. Drozdowski stwierdził jednak, że „Sztywnego” można odczytać jako reportaż. „Fakty zaś podawane w reportażach nie bywają niczyją własnością i mogą być uznawane za własność publiczną” – argumentował. Za Kapuścińskim ujęła się rodzima redakcja i Antoni Słonimski. Drozdowskiego bronił Związek Literatów Polskich z Jarosławem Iwaszkiewiczem na czele.

Dyskusję o granicach własności intelektualnej z lat 60. opisał Artur Domosławski w „Kapuściński. Non-fiction”. Pół wieku po tym sporze również książka Domosławskiego wywołała wielkie zamieszanie. W Polsce najważniejsze wydawało się pytanie, co wolno biografowi, ile może ujawniać z życia prywatnego twórcy. Na Zachodzie krytycy zajęli się jednak niemal wyłącznie tym, co wolno reporterowi. Czy może opisywać wydarzenia, które nigdy nie miały miejsca, jak to się zdarzyło mistrzowi polskiej szkoły reportażu?

„W żadnym wypadku »literackość« reportażu literackiego nie zwalnia od odpowiedzialności za fakty – pisał Peter Englund, sekretarz Akademii Szwedzkiej, która przyznaje Literacką Nagrodę Nobla. – Jeśli tylko jakikolwiek element fikcyjności zostanie wprowadzony do tekstu, w fikcję zamienia się cały tekst”. Podobnie ma się rzecz z punktu widzenia anglojęzycznej szkoły reportażu, gdzie najważniejszą wartością tekstu jest wierność faktom.

Polska do tej pory nie zmierzyła się otwarcie z kłopotliwą kwestią reporterskiej konfabulacji.

Polityka 36.2026 (3580) z dnia 01.09.2026; Felietony; s. 91
Reklama