Przewijanie, przeglądanie, prześlizgiwanie się – nowe słowa na nowe czasy. Scrolling, surfing, gliding pokazują jak na dłoni, w co się przepoczwarzamy. Te określenia sygnalizują zmieniający się kontakt ludzi z rzeczywistością i na razie odnoszą się do internetu oraz mediów społecznościowych, ale już widać, że głębiej zapuszczają korzenie w naszą świadomość. Język pokazuje, że świat dokoła przestał być miejscem, w którym kotwiczymy, przystajemy, gdzie czasem nic nie robimy. Codzienność to dziś powarkująca fabryka dobrego nastroju, pokazowych mięśni i wizerunku.
W książce „Z przyczyn naturalnych. Ludzka obsesja dobrego samopoczucia i nadludzkie wysiłki, aby żyć dłużej” Barbara Ehrenreich pisze o szaleństwie mindfulnessu, epidemii diagnozowania wszystkiego u wszystkich i przemykania z matą z zajęć jogi do kafejki, gdzie raczą nas jarmużem: „Gorliwie staramy się zapanować nad naszą wagą i kształtami za pomocą diet i ćwiczeń, a jeśli wszystko inne zawiedzie, nawet interwencji chirurgicznych. Cały pogrążony w półcieniu obszar myśli i emocji, które wywodzą się z naszych fizycznych ciał, także domaga się uwagi i ręcznego sterowania”.
O ile kiedyś ludzi definiowała klasa społeczna, tak teraz prestiżowe jest bycie zajętą. Jeszcze niedawno czas miała monopolizować praca, obecnie lwią część wolnego czasu pochłania orka na siłowni. Dbanie o siebie to pełnoetatowa praca poprzedzona wnikliwymi studiami, trzeba wiedzieć, co to skyr i że trening interwałowy nie jest dla sercowców.
Przyspieszenie spadło na Polskę wraz z transformacją, a narodziło się tam, gdzie kwitł purytanizm. Amerykanie są dumni z tego, że praca jest dla nich najwyższą wartością i wyróżnieniem. W „Becoming” Michelle Obamy „stawanie się” jej samej, męża czy członków rodziny składa się z trudów wspinania się po szczeblach społecznej drabiny.