Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Kraj

Kawusia

Preferuj w Google
Dodaj nas do ulubionych źródeł w Google, aby częściej widzieć „Politykę” w wynikach wyszukiwania.
x
Poza milionerami i utuczonymi kradzionymi milionami z afer politykami wszyscy Polacy przez miniony rok musieli z czegoś rezygnować. Jesteśmy jak załoga flaczejącego balonu, która by dryfować, musi pozbywać się wydatków. Z czego wy rezygnujecie?

W radiowej Jedynce od pokalanego poczęcia aż po czas „za komuny” czy „za PiS-u” lubiłam słuchać komunikatów o stanie wód. Stan wody we Włodawie porządkował sprawy, dawał punkt odniesienia. Kilka lat temu wreszcie odwiedziłam to miejsce nad Bugiem i choć przyroda zachwyca, to bliskość Sobiboru i bezrobocie we Włodawie szybko zweryfikowały mój dziecięcy realizm magiczny.

Radiem publicznym tarmoszą kolejne grupy polityczne, ale nikt na szczęście nie usunął z anteny hydrologicznych komunikatów ani hejnału z Wieży Mariackiej. Stan wód jest mierzony i podawany, tyle że dawniej było stabilnie. Żyliśmy jak małżeństwo z alternatywnej wersji „Kamizelki” Bolesława Prusa – Mąż nie choruje, biedna Żona nie musi zasłaniać tragicznej prawdy. Prawie nie zdarzały się różnice w codziennych pomiarach – słuchało się tego jak menueta ze stałym metrum.

Rodzina mi się w dzieciństwie rozpadała, pojawiały się kolejne dwóje z kartkówek, na szkolnym korytarzu Renia i Sandra odwracały się ode mnie plecami, wredny Jareczek nie pożyczył bloku rysunkowego, zaliczałam sportowe porażki. Ale to nic, bo stan wody we Włodawie trwał przy wskaźniku. Wracało się do domu, a tam w radiu terapia – uspokajający głos spikera. Czasem chór takowych głosów, dochodzący z otwartych okien sąsiadów z ulicy. Radia analogowe ludzie często trzymali w kuchni pod oknem. A kuchnię wietrzyli z oparów kapuśniaku, więc dźwięki komunikatu wyfruwały, nie plamiąc zazdrostek.

Dziś poziom wody na polskich rzekach opada szybciej niż złudzenia co do zamiarów administracji obłąkanego Trumpa i jego naspidowanych pigułami i manią chciwości gangsterów. Jadąc tramwajem przez mój ukochany Most Poniatowskiego, boję się patrzeć na Wisłę. Kiedyś to była oryginalna przygoda – zatrzymać się kajakiem czy łódką na jakiejś łasze, rozbić namiocik, a teraz koryto coraz suchsze i wszędzie łachy.

Polityka 40.2026 (3584) z dnia 30.09.2026; Felietony; s. 91
Reklama