W radiowej Jedynce od pokalanego poczęcia aż po czas „za komuny” czy „za PiS-u” lubiłam słuchać komunikatów o stanie wód. Stan wody we Włodawie porządkował sprawy, dawał punkt odniesienia. Kilka lat temu wreszcie odwiedziłam to miejsce nad Bugiem i choć przyroda zachwyca, to bliskość Sobiboru i bezrobocie we Włodawie szybko zweryfikowały mój dziecięcy realizm magiczny.
Radiem publicznym tarmoszą kolejne grupy polityczne, ale nikt na szczęście nie usunął z anteny hydrologicznych komunikatów ani hejnału z Wieży Mariackiej. Stan wód jest mierzony i podawany, tyle że dawniej było stabilnie. Żyliśmy jak małżeństwo z alternatywnej wersji „Kamizelki” Bolesława Prusa – Mąż nie choruje, biedna Żona nie musi zasłaniać tragicznej prawdy. Prawie nie zdarzały się różnice w codziennych pomiarach – słuchało się tego jak menueta ze stałym metrum.
Rodzina mi się w dzieciństwie rozpadała, pojawiały się kolejne dwóje z kartkówek, na szkolnym korytarzu Renia i Sandra odwracały się ode mnie plecami, wredny Jareczek nie pożyczył bloku rysunkowego, zaliczałam sportowe porażki. Ale to nic, bo stan wody we Włodawie trwał przy wskaźniku. Wracało się do domu, a tam w radiu terapia – uspokajający głos spikera. Czasem chór takowych głosów, dochodzący z otwartych okien sąsiadów z ulicy. Radia analogowe ludzie często trzymali w kuchni pod oknem. A kuchnię wietrzyli z oparów kapuśniaku, więc dźwięki komunikatu wyfruwały, nie plamiąc zazdrostek.
Dziś poziom wody na polskich rzekach opada szybciej niż złudzenia co do zamiarów administracji obłąkanego Trumpa i jego naspidowanych pigułami i manią chciwości gangsterów. Jadąc tramwajem przez mój ukochany Most Poniatowskiego, boję się patrzeć na Wisłę. Kiedyś to była oryginalna przygoda – zatrzymać się kajakiem czy łódką na jakiejś łasze, rozbić namiocik, a teraz koryto coraz suchsze i wszędzie łachy.