Widział pan to? – zapytała wzburzona sąsiadka, wskazując wózek dziecięcy pchany przez młodego mężczyznę.
– Zaszokował panią uchwyt na smartfon – odparłem domyślnie.
– A pana nie?
– Gdybym dziś był młodym rodzicem, przykleiłbym sobie telefon nawet do czoła, żeby karmienie albo usypianie było krótsze.
– Tylko co ono widzi na tym ekranie, skoro jeszcze nie mówi? Mnie babcia straszyła, że jak będę gapić się za długo w lustro, pokaże mi się tam diabeł. Śmiałam się z tego, wspominając dzieciństwo, ale ostatnio przestałam.
Miotamy się w bezradnej wściekłości, aby dopaść „coś”, co przez ekrany komputerów i telefonów krzywdzi nasze dzieci, a niektóre czyni zdolnymi do zabijania. Niestety, to nie ekran, ale dziecięcość dziecka jest portalem, którym chętnie wyłażą na świat potwory. Odkryliśmy to w XVIII w., kiedy zaczęto rozumieć, że dzieciństwo jest kluczową fazą dojrzewania człowieka i nie można zostawiać rodzinie monopolu na wychowanie, bo będzie ono replikować dorosłych, którzy je krzywdzą lub rozpieszczają.
Zgodziliśmy się, że państwo musi się wtrącić, poddając dziecko opiece systemowej, przede wszystkim w zakresie zdrowia, higieny, wychowania oraz wykształcenia. Romantyzm odrzucił oświeceniowy projekt pedagogiczny. Uznał, że szkoła i tresura społeczna niszczą w dziecku spontaniczność, wrażliwość, ufność, a i tak nie uwolnią jego umysłu spod władzy mrocznych sił.
– Dlaczego, synku, odwracasz wzrok?
– Nie widzisz, tato? Popatrz tam, w bok.
Król olch mnie wabi, korona mu lśni.
– To tylko mgła. Coś ci się śni.
J.W. Goethe, „Król Olch”, przeł. Antoni Libera
Ojciec racjonalista tłumaczy dziecku, że to fejk, instaświat; bierze synka w ramiona, wynosi z ciemnego pokoju.