Żona zużyta
Kobiety porzucone, po przejściu drogi przez mękę, po latach na nowo sklejają swoje życie.

Zuzanna Celmer, terapeutka, mówi, że kiedyś utrzymywane w tajemnicy teraz coraz powszechniej porzucanie odbywa się przy otwartej kurtynie, jawnie: nowy trend damsko-męski. Do terapeutki przychodzą dziewczyny po trzydziestce, które są w związku z mężczyzną od paru lat, często od liceum. Urodziło im się dziecko zamierzone albo wpadkowe. I on – opowiada Zuzanna Celmer – oświadcza po jakimś czasie, że czuje się zniechęcony. Dotychczasowe miłe życie zamieniło się w nudnego tasiemca – wiecznie to samo.

W dodatku do pomocy przy wnuku zaczęła przychodzić teściowa, czego on nie trawi. Musi się na jakiś czas wyprowadzić, żeby to wszystko przemyśleć. Wraca do życia na luzie. Chce poczuć się wolnym człowiekiem, wziąć znów życie w swoje ręce, przecież każdy ma do tego prawo. Psycholog Ewa Woydyłło-Osiatyńska dodaje, że panuje coraz większe przyzwolenie społeczne na taką wolność. Czyż wolność nie jest znakiem czasu, niezbywalnym prawem człowieka, fundamentalnym ponad wszystko?

O wolności mówią Zuzannie Celmer także faceci z 25-letnim i większym stażem małżeńskim. Są zmęczeni i wypaleni. Czekali, aż dzieci podrosną. Chcą swobody, oddechu i świętego spokoju. Dość mają uzgadniania, wiecznego my, zamiast ja. Pragną zobaczyć, jak może wyglądać inna wersja życia. Czasem inna wersja już jest: o 20 lat młodsza od żony, stary schemat.Z amerykańskich badań nad mężczyznami – mówi Celmer – jasno wynika, że mottem pięćdziesięciolatków jest: teraz albo nigdy. Kto powiedział, że jeśli rzuca się żonę po wielu latach, to jakby porzucało się towarzysza na polu walki? Jakaś bzdura, mówią kandydaci do wolności.Ona zostaje. „Nigdy bym nie pomyślała, że będę w stanie czatować w bramie domu, w którym mieszka kochanka męża, na nich oboje, że mogę krzyczeć tak strasznie, że chyba to nie byłam ja” – wyznała Zofii Milskiej-Wrzosińskiej, terapeutce, jedna z pacjentek. Wszystko idzie w kąt, godność, rozsądek, umiar. Porzucona nie zauważa, że zaniedbuje dzieci.

Pod kroplówką

Judith Wallerstein, profesor socjologii z uniwersytetu w Berkeley, wykryła zdumiewającą okoliczność: matki, świeżo po rozstaniu, owładnięte własnym cierpieniem zaczynają traktować potomstwo, jakby było niewidzialne. Niezrównoważone, załamane, bezradne tracą z dziećmi kontakt. Wychowują głównie przez sankcje. Apogeum tego stanu przypada na pierwszy rok po rozpadzie związku. I któregoś dnia one dokonują odkrycia, że dzieci mogą być ratunkiem. Celem życia. Całym światem. Widzi się w przedszkolach i podstawówkach takie kobiety trzęsące się nad każdym krokiem dziecka, czyhające niemal na urojone zagrożenie.

Z niepokojem na wyrost. Lokują w nim swoje porzucenie. Leczą się jego kosztem. Nie mówią już – pisze Wallerstein – zostawił mnie z dzieckiem, mówią: zostawił nas. Amerykanin Edward W. Beal opisał, że dziecko buntuje się, wymyka, staje się agresywne albo apatyczne. Wtedy ona już nawykowo zwiększa kontrolę i uwagę. Jest w potrzasku – nałogowa dozorczyni swego dziecka.

Czasem, jak mówi prof. Maria Beisert, psycholog z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, zapędza się w drugą pułapkę. Po rozpadzie małżeństwa z odsieczą spieszą do córki rodzice. Oferują czas, wsparcie psychiczne, materialne, każde. Lecz jeśli pomoc trwa zbyt długo, dorosła kobieta wchodzi znów w rolę córeczki taty i mamy. Daje sobie prawo do bezradności, staje się roszczeniowa. Wciąż połączona kroplówką z dzieckiem, z rodzicami albo z kimś innym z rodziny. I wciąż z byłym mężem. Nie odcięła się na dobre od małżeństwa. Dla niej ono wciąż trwa.

Zaprzeczanie – badacze stanów porozwodowych tak definiują pierwsze stadium po katastrofie związku. To się nie stało, on wróci. Jeśli o niego zawalczę. Zadbam o siebie, dam mu wszystko, na co nie chciałam się zgodzić. Lecz on niczego nie chce już brać – mówi Milska-Wrzosińska. Jej odchudzenia, korekty zmarszczek, makijażu. Bardziej od tego on pragnie wolności.

Połowa kobiet w wieku 40 lat, badana przez Wallerstein, pozostała samotna. Te z jednym dzieckiem, a jeszcze bardziej z dwojgiem, z wykształceniem przeciętnym, urodą statystyczną są bez szans na nowe życie. Do Agaty Gójskiej z Kliniki Mediacji, do której trafiają z nakazu sądowego albo z własnej potrzeby rozwodzący się małżonkowie, przychodzą często z nadzieją, że im Klinika ożywi związek. Czepiają się każdego złudzenia. „W zeszłym roku byliśmy razem na zakupach – mówi ona – więc więź między nami nie ustała”. Mąż odpowiada: „gdybym wiedział, że to dla ciebie przejaw więzi, sam kupiłbym buty dla dzieci”.

Odchodzący bywają okrutni. Irena B. zapytała męża, jak to jest skazać na taki ból bliską dotąd osobę z nie najlepszym zdrowiem, bez dzieci (co było jego życzeniem). „Z moją dziewczyną przeżyłem więcej w jeden dzień niż z tobą przez 20 lat” – odpowiedział.

Trzeba opłakać

Mimo upokorzeń, otrzymywanych razów, a czasem litościwego współczucia ze strony byłego, niezmiernie trudno jest porzuconym kobietom przyjąć do wiadomości, że to naprawdę koniec. Rozwodzącym się normalnie, za porozumieniem stron, ba!, urządzającym ostatnio nawet przyjęcia rozwodowe na wzór ślubnych, rozstanie nie sprawia aż takich trudności.

A związek trzeba umieć pogrzebać i opłakać. Bo tylko płacz – twierdzi Wallerstein – zmniejsza gniew do ludzkich rozmiarów. Tylko przez żałobę człowiek może odzyskać albo podtrzymać właściwą perspektywę życiową. I tylko przez nią dorośli będą zdolni do zamknięcia za sobą drzwi i pójścia przed siebie. Nawet w najgorszych małżeństwach, kiedy odejście partnera nie wywołuje nawet łzy, małżeństwo trzeba z delikatnością pochować. Żałoba trwa rok, dwa, czasem dłużej. Nie wolno jej skracać, twierdzi Maria Beisert. Bo może pojawić się później w zmienionej formie – jako lęk, obsesja, licho wie co.

Umiejętność zobaczenia w krachu także własnego udziału, paradoksalnie, przynosi kobiecie ulgę – mówi Milska-Wrzosińska. Krzywda nie wyrasta wówczas z ciemnych mocy, ale jest jakby bardziej zrozumiała, oswojona. Ratuje także przed odwetem, chorobą porzucenia. Wiele porzuconych nie cofnie się przed donoszeniem na byłego, gdzie się da, pisaniem anonimów i skarg, coraz częściej także używaniem dzieci jak amunicji do strzelania w nie swojego już mężczyznę. Uczą, jak mówić, że tatuś molestuje, zaniedbuje albo jak wykreślić ojca na stałe z dziecinnego życiorysu. – Tę niewyobrażalną krzywdę czynią swym dzieciom kochające przecież matki – mówi Teresa Chachulska, terapeutka. – Walka z byłym osłabia im efekt odrzucenia – nie jesteś już ważny, bo cię ranię. Nie wiedzą, może nie chcą wiedzieć, że największe rany odnosi ich dziecko.

Milska-Wrzosińska mówi, że niektóre z nich nie wychodzą ze stanu szukania dowodów na to, że były mąż to drań. Zafiksowane w odwecie, zatopione w depresji, zwłaszcza te starsze. Porzucenie i poważny wiek – to zabójcza kombinacja.

Lecz porzucenie nie jest wyrokiem. Znaczna liczba kobiet po przejściu swej drogi przez mękę, gdzieś po czterech, pięciu latach skleja na nowo swoje życie. Często to właśnie one wnoszą o rozwód. Pozbyły się złudzeń i ten rozdział zamykają. Chcą odzyskać kontrolę nad własnym losem. „Nikt mnie już nigdy nie rzuci” – mówiła Grażyna S., 42-letnia, gdy ją wymieniano na 18-latkę, rówieśnicę córki. Nigdy nie wyszła już za mąż. Była jakiś czas w konkubinacie, co jest zdrowym odruchem ratunkowym. Jak podaje Maria Beisert, to, paradoksalnie, związki nieformalne, a nie szybkie małżeństwa, w które wpadają wyzwoleni z zużytych żon mężczyźni, działają balsamicznie na rany odtrącenia. – Taki związek – mówi Maria Beisert – nie rodzi bowiem zagrożenia, a umożliwia bliskość i intymność. To one są zaporą przed traumą porzucenia.

Strategia modelowa

Grażyna S. zrobiła prawo jazdy. Nauczyła się żeglować i jeździć na nartach, zmieniła pracę na ciekawszą i bardziej prestiżową. Towarzyszyła córce w dorastaniu, nie czepiając się jej jak tonący brzytwy. Przez następne 20 lat po rozwodzie nigdy nie chciała się spotkać z byłym mężem, wykreślając go starannie z życia (nie zasługiwał na mnie), ale nie broniła kontaktów córki z ojcem. Strategia prawie modelowa. Ze zdziwieniem odkryła, że umie być wytrzymała, dzielna i konsekwentna jak czołg. – Dostają napędu do życia – mówi Beata Mirska ze Stowarzyszenia Damy Radę, służącego pomocą rozwiedzionym. – Zmieniają pracę, odnawiają stare przyjaźnie, zapisują się na studia. Wchodzą w przelotne romanse, a czasem, choć rzadko, znajdują partnera na stałe. Reperują wyrwę po małżeństwie, spieszą się. Zostało im niewiele czasu.

Ewa Woydyłło-Osiatyńska podsumowuje: – Trzeba dokonać ochronnych inwestycji. Na wzór Arabek noszących na sobie swój bank – złotą biżuterię. Trzeba założyć taki, w którym będą własne zasoby. Finansowe też. Mieć podpisaną intercyzę. Zainteresowania, znajomych, książki, płyty, pasje. Ścieżki i dróżki oddzielne od męża. Prócz wspólnych. Bo chronionego Pan Bóg chroni.
 

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj