Kraj

Od Kłamstwa do kłamstwa

Fot. Maciej Osiecki / Forum Fot. Maciej Osiecki / Forum
20 lat temu wyrwaliśmy się z systemu opartego na Kłamstwie. Ale w dzisiejszej Polsce kłamstwa czują się dobrze jak nigdy. Co począć, gdy rzeczywistość rządzoną przez Kłamstwo zastępuje rzeczywistość rządzona przez kłamstwa.

Hanna Lis nie zgodziła się okłamać telewidzów i straciła pracę. Wiele osób uważa jednak, że red. Lis niepotrzebnie weszła w konflikt z przełożonym. Red. Miecznicka z „Dziennika” ogłosiła, że odmawiając kłamstwa, red. Lis chciała okazać elitarną wyższość nad szefem noszącym źle skrojony garnitur. Wynika z tego, że niekłamanie stało się przywilejem elity, a red. Miecznicka, nie mając elitarnych ciągotek, nie ma też zahamowań przed kłamaniem na rozkaz. I się tego nie wstydzi.

Sąd nie pozwolił PiS okłamywać wyborców i kazał przeprosić Platformę, którą oczerniał spot PiS. Nie ma nic dziwnego w tym, że sąd nie pozwala niszczyć rywali za pomocą kłamstw, pomówień czy oszczerstw. Ale Jarosław Kaczyński czuje się wyrokiem „młodej damy” skrzywdzony, a wielu publicystów jest zdania, że demokracja w Polsce została zagrożona przez wyrok zakazujący kłamstwa.

Podobnie uważają prof. Zybertowicz i jego obrońcy, bo sąd kazał mu przeprosić za kłamstwo. Zybertowicz zmyślił cytat z Michnika i go za tę zmyśloną wypowiedź potępił. Wiele osób mocno się jednak obruszało, że Michnik małostkowo domaga się sprostowania. Ich zdaniem pozew o sprostowanie kłamstwa był w istocie próbą zamknięcia ust krytykom lub zamachem na wolność słowa w Polsce.

Krytycy Hanny Lis, Adama Michnika i sędzi, która kazała PiS przeprosić Platformę, nie są odosobnieni. W polityce i mediach należą do zwycięskiej większości, która po aferze Rywina opanowała scenę polityczną, wnosząc w nasze życie specyficzny stosunek do kłamstwa. To nie znaczy, że wcześniej nie było w polskiej polityce kłamstwa. Kłamstwo od zawsze bywa w polityce obecne. Podobnie jak w każdej sferze życia. I nie widzę powodu, by się ekscytować tym, że ktoś od czasu do czasu skłamie.

Dopóki kłamstwo jest odstępstwem od normy, można je akceptować jako nieuniknioną słabość, a czasem konieczność. Na przykład Colin Powell okłamał świat, mówiąc w ONZ, że Irak ma broń masowego rażenia i wkrótce zbuduje bombę atomową. Mam o to żal do Powella, ale nie nazwę go kłamcą. Bo kłamstwo było w jego politycznej karierze wyjątkiem – nie regułą. Zresztą później wstydził się, przepraszał, twierdził, że sam został okłamany.

Nasz problem polega na tym, że Powell należałby w Polsce do polityków starej generacji, która kłamstwo uważała za zło, chociażby z jakichś powodów uznano je za konieczność. Nowa (mentalnie, nie kalendarzowo) generacja polskiej klasy politycznej tym różni się od Powella, że nie uważa kłamstwa za powód do wstydu, grzech, ostatnią deskę ratunku ani polityczny środek nadzwyczajny, lecz za zwykłe narzędzie polityki całkiem nowego typu.

Królestwo Kłamstwa 

Blisko 30 lat temu zbuntowaliśmy się przeciw Peerelowi w dużym stopniu dlatego, że mieliśmy dość Kłamstwa. Dla mojej generacji wszechobecne polityczne Kłamstwo było od dzieciństwa ponurą codziennością. Bieda była problemem. I puste półki też. Gorzej się żyło bez paszportów. Ale Kłamstwo, które nam towarzyszyło na co dzień, sprawiało, że świat stawał się nieprzyjazny i obcy.

Realny socjalizm był wielkim królestwem Kłamstwa. Od fundamentalnych kłamstw założycielskich przyjaźni ze Związkiem Radzieckim, przodującym ustroju i poparciu narodu dla partii, przez kłamstwa szczegółowe: o Katyniu czy wynikach wyborów, po codzienne kłamstewka o rosnącej produkcji, gdy produkcja malała, czy o wielkości pisarza Bratnego i nieważności poety Miłosza. Ale nie tylko władza była uwikłana w kłamstwa.

W PRL każdy jakoś kłamał, żeby przeżyć. Żołnierze i milicjanci kłamali, że nie wierzą w Boga, uczestnicy pochodów kłamali, że są entuzjastami systemu, partyjni kłamali, że są marksistami, przywódcy, że służą społeczeństwu, dzieci, że kochają Lenina, a piosenkarze wyśpiewując pochwały braterskiej armii radzieckiej. Tolerowaliśmy Kłamstwo, uprawialiśmy kłamstwa i usprawiedliwialiśmy kłamstwa jako życiową konieczność.

Żeby się odtruć, słuchaliśmy „wrogich rozgłośni”, a potem czytaliśmy i drukowaliśmy nielegalną bibułę. Sęk w tym, że tam prawda też musiała podzielić się miejscem z nieprawdą, przemilczeniem, przesadą. Bo to też były narzędzia politycznej wojny. Nie kłamały, ale ich opis świata nie był pełny ani zrównoważony. Walcząc z komuną, nie można było walczyć z grzechami Kościoła, ze słabościami ludzi opozycji, z okrucieństwami Amerykanów w Wietnamie czy Chile.

Nie było symetrii między systemem opartym na Kłamstwie a jego przeciwnikami, którzy sprzeniewierzali się prawdzie. Ale po obu stronach prawda nie miała się dość dobrze. Jako społeczeństwo przyzwyczailiśmy się więc do oszczędnego gospodarowania prawdą. To przyzwyczajenie zaczęło mieć groźny sens, gdy zmienił się system.

Istotą totalitaryzmu jest kłamstwo. Istotą demokracji jest prawda. Totalitaryzm tym sprawniej funkcjonuje, im lepiej ma się kłamstwo. Demokracja funkcjonuje tym sprawniej, im kłamstwo ma się gorzej. Państwo totalitarne może być efektywne tylko wtedy, gdy politycy skutecznie okłamują ludność. Państwo demokratyczne może być efektywne, tylko gdy politycy mówią obywatelom prawdę. Podstawowym mechanizmem totalitaryzmu jest przecież dyscyplina, a podstawowym mechanizmem demokracji jest wybór. W systemie totalitarnym każda polityczna wypowiedź służy tylko temu, by wywołać pożądane zachowania ludności. W demokracji wypowiedź polityczna służy umożliwieniu wyborcom racjonalnego wyboru. A wybór może być racjonalny tylko pod warunkiem, że wyborcy posiadają dostęp do informacji prawdziwych i pełnych. Gdy zostają zalani kłamstwami, demokracja traci rację bytu, bo wyborcy dokonują wyborów, których dokonać nie chcieli, rozczarowują się, czują się oszukani, przestają uczestniczyć w wyborach i zaczynają szukać niedemokratycznych rozwiązań, które zagwarantują ochronę ich interesów.

Między Rywinlandią a Ubekistanem 

W tym sensie kłamstwo polityczne jest dla demokracji tak samo groźne jak polityczna prawda dla totalitaryzmu. I dlatego państwo demokratyczne powinno zwalczać kłamstwo niemal tak gorliwie, jak państwo totalitarne zwalcza przejawy prawdy. Pozornie jest to proste, ale w praktyce trudne. I to nie dlatego, że – jak się na ogół uważa – obrona prawdy stoi w sprzeczności z inną fundamentalną demokratyczną wartością, jaką jest wolność słowa. Z faktu, że każdy ma prawo mówić, co chce, nie wynika, że go nie można ukarać za kłamstwa. Między innymi po to mamy sądy, żeby chroniły nasze prawo do prawdy.

Może brzmi to brutalnie, ale w naszej sytuacji żadnego lepszego mechanizmu nie widzę. Przez kilkanaście lat dość skutecznie działała bowiem peerelowska szczepionka zabezpieczająca nas między innymi przed epidemią politycznego kłamstwa. Wystarczyło powiedzieć, że ktoś zachowuje się jak w PRL lub że chce nas do PRL cofnąć, by uciąć dyskusję. Ale szczepionka przestała być skuteczna i stare nawyki wróciły. Jednym z nich jest używanie kłamstwa jako podstawowego narzędzia w polityce. Peerelowską politykę wielkiego politycznego Kłamstwa zastąpiła polityka bezliku małych, lecz bezwstydnych kłamstw.

Można dość dokładnie powiedzieć, kiedy to się stało. Data dzienna to 10 stycznia 2003 r., kiedy Sejm powołał komisję śledczą do zbadania afery Rywina. Wtedy ruszył proces, który sprawił, że kłamstwo przestało być wyjątkiem, a stało się normą. Członkowie komisji śledczych, mających odkrywać prawdę, skupili się bowiem na tworzeniu legend, fabrykowaniu win konkurentów i produkowaniu sensacji, a niemal cała klasa polityczna – w tym media – ruszyła za nimi.

W ciągu roku dzięki Rokicie, Ziobrze i ich partyjnym kolegom polska polityka zmieniła się nie do poznania. Gdy w kolejnej komisji śledczej zabłysnęli Roman Giertych i Zbigniew Wassermann, wysycenie polityki kłamstwem zaczęło się zbliżać do poziomu peerelowskiego. Nowy język opisywał Polskę jako Rywinlandię albo Ubekistan, kraj rządzony przez Klub Krakowskiego Przedmieścia, Układ Wiedeński lub Warszawski, przez zdekonspirowaną na pierwszej stronie „Rzeczpospolitej” tajemniczą sektę. Narzędziem opisu stały się oparte na byle jakich przesłankach insynuacje, pomówienia, oszczerstwa.

W chaosie, który spowodował nagły zalew kłamstwa, politycy nie przestali się licytować tym, co zrobią dla Polski. Pomysły, które ogłaszali, były jednak nie mniej oszukańcze, bo brano je wprost z księżyca. Na przykład PO, która zmaga się dziś z dziurą budżetową przy podatkach wynoszących 18/32 (PIT) – 19 (CIT) – 22/7 (VAT) obiecywała system 3x15. Na pytanie, ile budżet będzie miał dochodów, Zyta Gilowska mówiła, że to policzy po zdobyciu władzy.

Ten przykład dość dobrze pokazuje, jak szeroki może być wachlarz niszczącego demokrację politycznego kłamstwa. Sięga on od prostego fałszu (jak wówczas, gdy Jacek Kurski oskarżył Platformę o finansowanie kampanii z pieniędzy PZU), przez nieuprawnione uogólnienia (np. że „Gazeta” to zbieranina Maleszków, PO to partia Misiaków), insynuacje („jeśli krytykujesz lustrację, to przecież nie bez powodu”), kreowanie sensacji tam, gdzie jej nie ma (dziadek Tuska w Wehrmachcie, gdy miliony Ślązaków, Pomorzan i Wielkopolan miało dziadka w Wehrmachcie), aż po „skróty myślowe”, „nadużycia semantyczne”, przypisywanie sobie nienależnych zasług (np. chwalenie się przez PiS wzrostem gospodarczym wypracowanym przez rząd Belki), zmyślanie sukcesów (np. gdy prezydent odpuścił Niceę) i składanie nieprzemyślanych obietnic (np. 3x15), po ukrywanie skutków decyzji (np. 20 mld rocznych strat spowodowanych zmniejszeniem składki rentowej) i ich beneficjentów (np. PiS twierdził, że zniesienie podatku od darowizn pozwoli zwykłym ludziom przekazywać mieszkania dzieciom, podczas gdy takie prawo mieliśmy od dawna, a istotą zmiany było zniesienie podatku od przekazywanych przedsiębiorstw).

Nauczka za sztuczki 

W liberalno-demokratycznej tradycji do ujawniania kłamstw powołane są media. W tradycyjnej doktrynie karą za polityczne kłamstwo było dekonspirowanie kłamców przez dociekliwą prasę. W większości krajów się to do niedawna sprawdzało. Od kiedy jednak polityka stała się jedyną nieuregulowaną prawnie dziedziną marketingu, wykrycie kłamstwa i napiętnowanie kłamcy staje się coraz trudniejsze. Na etykiecie mydła albo dżemu musi przecież być napisane, z czego je zrobiono i czym grozi użycie. W polityce można na dżemie umieścić etykietę mydła i nic za to nie grozi.

Odkrycie obozu IV RP polegało m.in. na tym, że jeśli różne kłamstwa rzuca się dość szybko, to nikt nie jest w stanie nadążyć z ich demaskowaniem. Mistrzowie gatunku, tacy jak Ziobro, Giertych czy Kaczyński, potrafili dzień w dzień robić konferencje prasowe i na każdej z nich tak mnożyć różne rodzaje kłamstwa, że nikt nie nadążał z reakcją. A kiedy ktoś wziął jakieś kłamstwo na warsztat, spin doktorzy mogli zalać je strumieniem innych kłamstw. W rezultacie politycy przestali zabiegać o nasze głosy i zaczęli je najzwyczajniej wyłudzać, a wybór demokratyczny stracił cechy racjonalnego wyboru i upodobnił się do hazardu.

Politycy tłumaczą nam, że to nie ich wina, bo taka jest kultura współczesnej komunikacji, zdominowanej przez tabloidalne standardy, marketingowe sztuczki i presję reklamy. W dużym stopniu można się z nimi zgodzić. Ale gdy ten argument przyjmiemy, trzeba brutalnie zapytać, jaki wobec tego jest sens demokracji? Jak mam dokonać politycznego wyboru, gdy muszę założyć, że wszystko, co mówią politycy, z zasady mija się z prawdą, obliczone jest na manipulowanie wyborcą i służy wyłącznie wyłudzeniu poparcia? Bo przecież, nawet jeśli polityk mówi prawdę, to zawsze jest to tylko ta część prawdy, która ma mu dać polityczną korzyść. A to znaczy, że inna – może bardziej istotna część – zostaje przede mną jako wyborcą ukryta. I to nawet, jeżeli opozycja również swoje powie. Bo istota sprawy nie musi leżeć pomiędzy dwiema półprawdami. Może leżeć gdzieś obok.

Szczerze mówiąc, nie widzę sensu takiej demokracji. A zwłaszcza nie widzę przyszłości przed naszą demokracją, jeśli ma ona dalej iść w tym kierunku. Skoro nikt już się nie może w powodzi kłamstw połapać, pewnie lepiej by było zastąpić wybory losowaniem wśród chętnych do sprawowania urzędów. Sporo byśmy na tym oszczędzili, a szansa, że władza będzie realizowała oczekiwania i interesy większości, nie byłaby mniejsza.

Może brzmi to jak ponury żart. Niech tak będzie. Ale mówiąc najpoważniej w świecie, stoimy przed dramatycznym wyborem. Albo zmusimy polityków do respektowania podstawy demokracji, jaką jest racjonalny wybór suwerennego wyborcy, dokonywany pomiędzy opartymi na prawdzie ofertami partii politycznych, albo demokracja tak nas rozczaruje, że się jej w taki czy inny sposób pozbędziemy.

Polityka jest i zawsze będzie sferą niepewności, bo świat jest zbyt złożony, byśmy mogli przewidzieć wszystkie skutki naszego działania. Polityczny wybór, nawet dokonany z największą rozwagą i w najbardziej komfortowych warunkach, musi być obarczony ryzykiem. Tym bardziej jednak nie możemy pozwolić, by politycy zamieniali to ryzyko w rosyjską ruletkę. Musimy znaleźć systemową odpowiedź na powstanie w Polsce kultury politycznej opartej na wszechobecności kłamstwa.

Wiem, że taką odpowiedź powinny dać wolne, kompetentne, dociekliwe i odpowiedzialne media. Ale one też chorują na kłamstwo. Nie widzę nadziei, by mogły się szybko i skutecznie z tej choroby wyleczyć. Nieliczne wyjątki nie zmienią systemu, tak jak „Tygodnik Powszechny” z turowiczowską formułą „po pierwsze nie kłamać” nie mógł zmienić poprzedniego systemu.

Polityczni kłamcy 

Dla społeczeństwa zainfekowanego odradzającym się wirusem epoki wielkiego Kłamstwa nie widzę dziś innego sposobu przywrócenia prawdzie jej miejsca w polityce niż droga sądowa. Bo tylko sądy są w stanie stwierdzić, kto kłamie, a kto mówi prawdę; kto twierdzi coś w dobrej, a kto w złej wierze; kto nam coś poważnie oferuje, a kto mami; kto pokazuje prawdziwe zagrożenia i szanse, a kto je zmyśla bądź roztacza przed nami własne marzenia albo urojenia.

Problem polega na tym, że sądy nie reprezentują dziś interesu wyborcy. Mogą ukarać PiS za kłamstwo o Platformie lub na odwrót, ale nie mogą ukarać nikogo za to, że cynicznie albo nieroztropnie oszukał wyborców. Tę drogę zamknęły sobie, oddalając pozwy o słynne sto milionów, które Wałęsa obiecał każdemu, gdy pierwszy raz ubiegał się o prezydenturę. Roztropna wyrozumiałość sądu dla Wałęsy stworzyła po latach patologiczną normę. Trzeba ją szybko zmienić. Skoro mamy już prawo do obywatelskiej skargi konstytucyjnej, i wbrew obawom nic złego się nie stało, co przemawiałoby przeciw prawu do obywatelskiej skargi na kłamstwo polityczne?

Groźba sądowego ogłoszenia polityka lub partii „kłamcą politycznym” działałaby hamująco na praktyków kłamstwa. Każdy by się dwa razy zastanowił, zanimby sięgnął po insynuację albo pomówienie, zanimby nam coś pochopnie obiecał, zanimby przypisał sobie nie swoje zasługi, zanimby ukrył przed nami przewidywalne skutki politycznych pomysłów. Gdyby skarga obywatelska była rozpatrywana niezwłocznie – jak skargi wyborcze – uniknęlibyśmy paplania bez sensu i kręcenia się w kółko. My zaś pozbylibyśmy się może zniechęcającego do politycznej aktywności, a nawet do udziału w wyborach, wrażenia, że cała polityka to jedno wielkie kłamstwo. Kłamstwo by od tego z polityki nie znikło. Ale może zmieniłby się kierunek ewolucji politycznej praktyki, która krok po kroku wyżera demokrację.

 

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Dlaczego Donald Trump nie zatańczy na TikToku?

Gdy jedni prezydenci pokazują się na TikToku, inni próbują go zbanować. Popularna wśród młodzieży – i nie tylko – aplikacja już została usunięta z Indii. Następne będą USA?

Michał R. Wiśniewski
12.07.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną