Lech Kaczyński walczy o poprawę swojego wizerunku

Nowe szaty prezydenta
Rozpoczął się nowy etap batalii o wizerunek prezydenta RP. Cel: reelekcja.

Wizerunek prezydenta w czasach, kiedy szefem kancelarii pozostawał zdymisjonowany właśnie Piotr Kownacki, był obrazem polityka kłótliwego, politycznie agresywnego, a przy tym małostkowego. To w tym okresie toczyły się najcięższe boje o wyjazdy do Brukseli (słynne wojny o krzesła i samoloty), najostrzejsze potyczki z PO i rządem, ponieważ minister Kownacki uwielbiał popisywanie się złośliwościami.

Teraz, za Władysława Stasiaka, prezydent, a może tylko jego wizerunek, ma być łagodny, miły, mniej nastawiony na wojny, a bardziej na budowę silnego państwa. „Dziennik” ogłosił nawet na czołówce „Prezydent pomoże rządowi”, pod którym to tytułem znalazła się wstrząsająca informacja, że prezydent nie zawetuje jednej z podstawowych ustaw z tak zwanego pakietu antykryzysowego. Dopiero z nieco bardziej rozwiniętej informacji można się było dowiedzieć, że nie zawetuje, bo chce, żeby się rząd na niej potknął, nie mając pieniędzy na jej realizację; podobnie jak podpisał ustawę o koszyku usług zdrowotnych, w przekonaniu, że rząd niczego tu nie poprawi i będzie można go rozliczyć, co już prezydent zapowiedział. Ale już podpisanie ustawy o elastycznym czasie pracy zostało odebrane niemal jako „nowe otwarcie”. Otoczenie Lecha Kaczyńskiego od dawna głosi, że prezydent miałby dziś notowania podobne do tych, jakie miał Aleksander Kwaśniewski, gdyby nie fatalny, daleko odbiegający od rzeczywistości medialny wizerunek, którego kolejni szefowie kancelarii nie potrafili poprawić.

W tym ujęciu prezydent sprowadzany jest jednak do roli jakiegoś bezwolnego postumentu, na którym kolejni urzędnicy zawieszają coraz to nowe dekoracje mające uwieść wyborcę. Można więc zadać pytanie, dlaczego, skoro tak wielu tak różnych te wizerunki zawieszało (Urbański, Fotyga, Kamiński, Szczygło, Kownacki), nic się nie zmienia, a sondażowe drgnięcia (ostatnio prezydent coś zyskał, ale minimalnie) nie zmniejszają frustracji związanej z oddalającą się wizją reelekcji, w którą już nawet politycy PiS nie wierzą.

Operacja wyłącznie wizerunkowa mogła się powieść raz, przy pierwszym wyborze, kiedy to pokazywano nam, jak się potem okazało, mocno zafałszowane plakaty szczęśliwej rodziny oraz męża stanu, twórcę Muzeum Powstania Warszawskiego, a więc wielkiego patriotę. Reelekcja to już jednak zupełnie inna sprawa. W niej trzeba się zmierzyć z pięcioma latami na stanowisku, z ocenami ugruntowanymi poprzez sposób sprawowania urzędu, porównaniami z kadencjami poprzednika. Trzeba się zmierzyć z pytaniem podstawowym: czy Lech Kaczyński nadaje się na prezydenta? Wszak już po kilku miesiącach sprawowania urzędu większość Polaków uznała, że się nie nadaje.

Jaki prezydent, tacy ministrowie

Może więc trzeba wreszcie odwrócić sytuację i powiedzieć wyraźnie, że otoczenie prezydenta jest ukształtowane właśnie przez niego. Bardzo pasuje do jego osobowości, jest na kształt wygodnych kapci, dających komfort odpoczynku i poczucie bezpieczeństwa przy długich wieczornych rozmowach i wspomnieniach przy winie. Jest przecież sprawą powszechnie znaną, że prezydent blisko współpracuje tylko z tymi, z którymi przemierzał kolejne szczeble swej kariery i do których ma pełne zaufanie. Piotr Kownacki nie tylko dlatego został szefem kancelarii, że – jak się wydawało – miał urzędnicze kwalifikacje, ale przede wszystkim dlatego, że wspólnie z Lechem Kaczyńskim był w NIK, potem z jego poręki został prezesem Orlenu, a gdy posadę stracił, znalazł miejsce w pałacu.

 

Być może prezydent nie przewidział, że w Kownackim obudzi się polityczny lew, że zamarzy o własnej karierze politycznej, do czego zresztą publicznie się przyznawał. Może Kownacki uznał, że już wszystko może, i udzielił wywiadu, opisując prawdziwy sposób urzędowania głowy państwa. Wiele wskazuje na to, że o dymisji raczej nie myślał, mimo że został solidnie przez prezydenta publicznie sponiewierany za zaniedbania w podpisywaniu papierów nadchodzących z MSZ. Wieść zresztą niesie, że akurat w tej sprawie jego wina była raczej drugorzędna, bowiem większość papierów leżała na zupełnie innym biurku.

I to nie otoczenie prezydenta jest zasadniczym składnikiem jego wizerunku, ale właśnie sam Lech Kaczyński. Sytuacje opisywane przez Piotra Kownackiego były tak wiarygodne, gdyż idealnie wpisywały się w osobowość Lecha Kaczyńskiego – chaos, praca bez planu, ciągłe zmiany zamiarów, w ostatniej chwili anulowane wizyty i spotkania, „rozedrganie”, lęki i kaprysy. Taki stan trwał przecież od początku tej prezydentury.

Można nawet odnieść wrażenie, ostatnio zresztą oficjalnie potwierdzone ogłoszeniem rekordowej liczby lotów na Wybrzeże, że jedynym stabilnym elementem planów prezydenta są od lat weekendowe wyjazdy do Juraty, który to ośrodek nadzwyczajnie przypadł mu do gustu. Tam w luksusową izolację sprawy państwowe wkraczają w ograniczonym zakresie. Przecież od początku tej prezydentury widać gołym okiem, że Lech Kaczyński źle się czuje w prezydenckim gorsecie, mimo iż nabył pewnej rutyny, choćby w kontaktach zagranicznych.

Z jednej strony rozsadza go ambicja, aby być wielkim politycznym graczem na europejskich i światowych salonach, z drugiej krępują własne ograniczenia, jak choćby nieznajomość języków obcych, brak luzu, cechującego dziś większość młodszych, ale bardziej doświadczonych międzynarodowym obyciem, przywódców Unii Europejskiej. Ten kompleks ujawnia się także w polityce krajowej, choćby w niechęci do Radosława Sikorskiego, „paniczyka z salonów” (jak to ujął kiedyś jeden z kancelaryjnych urzędników).

„Prezydent nie lubi oficjalnych ceremonii” – tłumaczono nam, gdy okazało się, że nie podpisuje nominacji ambasadorskich i nie przyjmuje listów uwierzytelniających od ambasadorów miesiącami, a nawet latami (są tacy, którzy czekali od początku ubiegłego roku, co już trudno nawet nazwać skandalem). To też jakoś mieści się w osobowości Lecha Kaczyńskiego, który lubi dekorować i przemawiać, ale wśród swoich, bo przemawia patriotycznie, nastrojowo, bardzo chętnie świętuje też rocznice państwowe, historyczne, bowiem historię zna i najwyraźniej ona go pasjonuje.

Wszystko inne jest nieprzyjemnym obowiązkiem, który trzeba spróbować odsunąć jak najdalej. Czy pani Małgorzata Bochenek ma tak wielki wpływ na decyzje prezydenta tylko dlatego, że zdobyła jego zaufanie? Może właśnie zdobyła zaufanie, gdyż oboje myślą podobnie i mają wielkie upodobanie do służb specjalnych, które jakoby pełnią zasadniczą rolę w państwie, rozstawiają polityczne figury, inwigilują prawicę, zawiązują spiski.

Klub Wielkiego Kłamstwa

Jej rola wynika po prostu z osobowości prezydenta, właśnie z jego autentycznego, a nie sztucznie kreowanego wizerunku. Z tego samego powodu prezydent hołubi Jana Olszewskiego. Czy można to zmienić? Nie można, tak jak nie można sprawić, by prezydent był wyższy, bardziej elokwentny, by jego wydłużony krok przy ceremoniach oficjalnych nie był sztuczny, by jego wypowiedzi stały się czytelniejsze nie tylko w sensie artykulacji, ale także treściowej zawartości, bez owych „wiem, ale nie powiem”. Bez insynuacyjnych kontekstów pod adresem mediów, rządzących i tych wszystkich, którzy są jego nieprzyjaciółmi i jakoby kreują nieprawdziwą rzeczywistość, czyli są autorami Wielkiego Kłamstwa na temat tej prezydentury.

Prezydent z wizerunkiem nadanym przez Władysława Stasiaka ma być miły, sympatyczny i mniej konfliktowy, zwłaszcza ma nie wpadać zbyt często w potyczki z rządem. To bardzo ponętny wizerunek. Rzecz jednak w tym, że na prezydenturze Lecha Kaczyńskiego ciążą dwie wielkie traumy. Pierwsza związana z brakiem koalicji PO i PiS, druga spowodowana upadkiem rządu Jarosława Kaczyńskiego i wyborczą przegraną PiS. Z żadną z nich prezydent wewnętrznie się nie pogodził.

Jeszcze kilkanaście dni temu, w rozmowie ze środowiskami twórczymi na temat ustawy medialnej, tłumacząc dlaczego dopuścił do skoku na media koalicji PiS, Samoobrona, LPR, przywoływał jako okoliczność łagodzącą właśnie brak PO-PiS. Po prostu wszystko miało być inaczej, ale z powodu ambicji Tuska wyszło źle. Tu obraz jest czarno-biały: zły Tusk kontra najlepszy z dotychczasowych premierów, prezydencki brat Jarosław. Otoczenie może ten obraz wyostrzać, ale on jest jak najbardziej autorstwa samego Lecha Kaczyńskiego i to on rzutuje na nieudaną, można powiedzieć wzorcowo złą kohabitację.

Jaka będzie rola Władysława Stasiaka? Czy sprawi, że będzie mniej wet czy ustaw wysyłanych do Trybunału Konstytucyjnego, aby tylko utrudnić pracę rządowi? Tu też doszliśmy do sytuacji absurdalnych. Praktyką staje się wysyłanie ustaw do TK, aby przynajmniej zamrozić na kilka miesięcy jakąś ważną reformę przygotowaną przez rząd. Skrajnym przykładem są dzieje tak zwanej ustawy kompetencyjnej, która przekazywała wiele uprawnień wojewodów samorządom. Prezydent wysłał ją do Trybunału, gdyż miał wątpliwości, czy była zgodna z ustawą o ochronie przyrody w jednym, trzecio-, a może czwartorzędnym punkcie dotyczącym zasad tworzenia parków krajobrazowych i obowiązujących w nich zakazów. Z tego powodu zatrzymał całą ważną reformę ustrojową, zmianę kilkunastu ustaw i kilkudziesięciu rozporządzeń wykonawczych! A przecież, jeśli miał w tej jednej drobnej kwestii wątpliwość, nic nie stało na przeszkodzie, aby ustawę podpisać i jeden przepis następnie zaskarżyć.

Niewątpliwie urzędnicy musieli się sporo namęczyć, aby jakiś powód do zaskarżenia znaleźć, ale przecież wytyczne, jak postępować z ustawami, nie pochodzą od urzędników, ale od prezydenta lub jego brata, wynikają z tego klimatu, że za wszelką cenę trzeba rządowi pracę utrudniać.

Lech Kaczyński nie jest samodzielnym podmiotem politycznym, lecz przedłużeniem wizji politycznych swego brata; on je tylko realizuje i ze wszystkich sił wspiera. Jeżeli ktoś naprawdę kształtuje wizerunek prezydenta, to Jarosław Kaczyński. To on wyznacza polityczne cele i jednym z zasadniczych jest reelekcja brata. Przegrana Lecha Kaczyńskiego stawia Jarosława w bardzo trudnej sytuacji, traci ostatnie przyczółki realnej władzy, bo dziś wciąż ją ma, właśnie dzięki temu, że prezydent walczy z rządem, prezentuje filozofię PiS w polityce zagranicznej, broni ostatnich przyczółków IV RP.

Problemem Lecha Kaczyńskiego jest jego osobowość i osobowość brata, a w o wiele mniejszym, by nie powiedzieć minimalnym stopniu jego otoczenie. Gdy kampania wyborcza zacznie się na serio, specjaliści od politycznego marketingu będą musieli pudrować nie tyle prezydenta, co pięć lat jego urzędowania.

 

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną