Felietony Ludwika Stommy

Pyrrusowa wiktoria

Wiedeń 1683 - niepotrzebne zwycięstwo

„Sobieski pod Wiedniem” - obraz Jana Wycka z 1698 r. „Sobieski pod Wiedniem” - obraz Jana Wycka z 1698 r. AKG / EAST NEWS
Właśnie wchodzi na polskie ekrany film włoskiego reżysera, z udziałem polskich aktorów, przypominający bitwę pod Wiedniem. Co się tam zdarzyło naprawdę?
Jan III Sobieski pod Wiedniem na obrazie Juliusza Kossaka.Wikipedia Jan III Sobieski pod Wiedniem na obrazie Juliusza Kossaka.

Zacznijmy od tego, iż w końcu XVII w. Turcja mocarstwem już nie była. Pisze Jan Reychman: „Imperium osmańskie potrafiło jeszcze podejść pod mury Lwowa i Wiednia. (…) ale była to już świetność pozorna, mająca przykrywać wewnętrzną pustkę i kryzys. Wstrząsana coraz to groźniejszymi buntami janczarów, rozszerzającymi się, tu i ówdzie pokonywana na lądzie i morzu przez Austriaków i Wenecjan, przez Polaków i Rosjan, przy stale pogarszającej się sytuacji gospodarczej, rosnącym deficycie skarbowym, w obliczu upadku rzemiosła i handlu, przy zaostrzających się wewnętrznych konfliktach klasowych i narodowościowych, wkraczała Turcja w erę następną, erę upadku”. Czy mogła Turcja zdobyć Lwów? Zaprzeczyły temu definitywnie zmagania chocimskie 9–11 września 1673 r. Czy mogła zdobyć Wiedeń? Zapewne. Utrzymać go jednak przez dłuższy czas – w czym historycy tureccy są jeszcze bardziej kategoryczni niż Yves Ternon – nie miała najmniejszych szans. Wojska Kara Mustafy pokonane zostały przez zorganizowaną niemal ad hoc kontrofensywę chrześcijańską. Cóż dopiero mówić, gdyby mobilizacja sił krzyża potrwała dłużej przy jednoczesnym odcięciu tureckich linii zaopatrzeniowych, z którymi już i Kara Mustafa miał poważne kłopoty.

Rzeczpospolita posiadała podówczas znakomite służby dyplomatyczne (czytaj szpiegowskie), zwrócone przede wszystkim przeciwko Turcji, Rosji, Tatarom i Kozaczyźnie. Jest więc rzeczą absolutnie nieprawdopodobną, żeby Jan III Sobieski nie miał pełnego rozeznania w sytuacji geopolitycznej, przynajmniej na wschód i południe od swojego państwa. W tej mierze okresowe spustoszenie Wiednia, a co za tym idzie, osłabienie polityczne i finansowe Habsburgów, powinno mu być na rękę. Dlaczego więc mimo wszystko zdecydował się na kosztowną i ryzykowną pomoc austriackiej stolicy, i to wbrew interesom wielu państw ościennych? Historycy wysuwają tutaj przynajmniej trzy hipotezy. Pierwszą – obawę przed zagrożeniem tureckim – możemy z góry odrzucić. Odparci pod Chocimiem Turcy dysponowali na Ukrainie tylko trzeciorzędnymi siłami. Po drugie, uwikłani w wojnę z Habsburgami marzyć nawet nie mogli o przekroczeniu linii Karpat, co czyni zgoła bałamutnymi obliczanie kilometrów od Wiednia do Krakowa. Druga argumentacja ma charakter mistyczny, łączy się z „przedmurzem chrześcijaństwa” i misyjnymi koncepcjami polskiego władcy. Już jednak jego listy do Marysieńki budzą ugruntowane podejrzenia, iż tak wielce mistycznym kawalerem Jan Sobieski nie był, żeby przenosić krucjatowe mrzonki nad geopolityczny interes ojczyzny. Świadczy o tym również jego polityka międzynarodowa (choćby próby zbliżenia z Rosją), w której nijak nie widać religijnego pazura. Pozostaje możliwość trzecia – król wracając opromieniony zwycięstwem nad Turkami liczył na umocnienie swojej władzy, co pozwoliłoby mu na realizację polityki mającej na celu – w tym większość dziejopisów jest zgodna – ujarzmienie i podporządkowanie Prus Wschodnich. Jest to koncepcja, która wydawać by się mogła logiczna i spójna.

Niestety, nie docenił Jan III poziomu zanarchizowania współczesnego mu szlacheckiego społeczeństwa polskiego. W pismach ulotnych znacznie więcej pisano o bitwie pod Parkanami (9 października 1683 r.), która acz ostatecznie zwycięska, zmusiła w pewnej chwili Sobieskiego do sromotnej ucieczki. W tym też czasie „z pomocą” królowi ruszyły wojska litewskie, które nie mając żadnych Turków przed sobą, zadowoliły się „łupieniem czeskich wsi”. Łupienie oznaczało w tych czasach masowy rabunek, gwałt, podpalanie wsi, tortury mających wskazać, gdzie zakopano rzekome skarby. Z rozpaczy i bezsilności rodzi się tylko nienawiść. W ten sposób Jan III tracił też ewentualnych sojuszników na południowych rubieżach.

Na mapie geopolitycznej Europy bitwa pod Wiedniem zmieniła niewiele. Wzmocniła wrogich Polsce Habsburgów i zagrożoną od południa Rosję, osłabiła natomiast, co oczywiste, Turcję i związaną z nią Francję, w której pokładał Sobieski tyle nadziei. Teraz były one stracone. Pisze Otto Forst de Battaglia: „Najlepiej opisuje uczucia gabinetu wersalskiego brandenburski ambasador Sponheim, raportując, że Francja ubolewa, iż oblężenie Wiednia nie trwało dostatecznie długo, by doprowadzić do konfrontacji między cesarzem i Królem Słońce”. W ten sposób stracił syn Jana III jakiekolwiek szanse uzyskania następstwa tronu. Oczywiście zarówno Leopold I (pamiętajmy nie tak bezpodstawną anegdotę o podkręcaniu wąsa), jak i papież Innocenty XI (Benedetto Odeschalchi) nie szczędzili Janowi III Sobieskiemu najpatetyczniejszych komplementów. Papież pisał nawet: „W tym szczęśliwym dniu Wasza Królewska Mość okazał się godny nie tylko korony Polski, lecz zasłużył sobie na władanie całym światem, gdyby nieba zezwalały na to jednemu tylko monarsze…”. Trudno zaiste o słowa większej hipokryzji z ust człowieka uznającego się za jedynego zwierzchnika całej religii. Leopold w tak wysokie tony już nie uderzał: „Świat cały mówi o królu w najwyższych pochwałach i przyznaje, że jego przybycie ocaliło Wiedeń. (…) Zapewniam, że zawsze będę miał do niego całkowite zaufanie…”.

W następnych latach ani papiestwo, ani Habsburgowie w niczym dyplomatycznie ani politycznie nie wspomogli Polski. Powracającego króla witano wszędzie uroczyście, bankietami i przygotowywanymi z niebywałym rozmachem szlacheckimi festynami. Już wtedy jednak pisał ambasador wenecki (czyli przedstawiciel najbliższych aliantów Sobieskiego): „Zawsze dowiadywaliśmy się o źle obliczonych zamiarach tego króla, który wyobrażając sobie, że dalekie wyprawy zyskują większy poklask i przyczyniają sławy, zaniedbuje nadarzające się bliżej zdobycze i nie korzysta ze sposobności, jakie daje mu sprzyjający los…”. W ocenie intencji Sobieskiego było to na pewno niesprawiedliwe. W ocenie realiów politycznych, niestety, bliskie prawdy, chociaż króla najmniejsza bodaj była w tym wina. Jeżeli chodzi o samą bitwę – że posłużę się słowami niezapomnianego trenera Kazimierza Górskiego – „Gra się tak, jak przeciwnik pozwala”. Nie umniejszając w niczym geniuszu militarnego Jana III, stwierdzić też trzeba, że Turcy rozegrali bitwę najgorzej, jak tylko było można. Po pierwsze, nie odciągnęli sił oblegających miasto, a dysponujących niemal całą artylerią; po drugie, uznali za niemożliwą szarżę jazdy chrześcijańskiej przez winniczne tarasy, nie zauważywszy, że piechota zdążyła je w znacznej mierze zniwelować. Atak wojsk Sobieskiego, husarii przede wszystkim (choć brało w nim udział również 10 tys. jeźdźców niemieckich, czyli 50 proc. sił królewskich), miał ogromne znaczenie. Nie da się jednak zapomnieć, iż jednocześnie podjęły atak na drugie skrzydło 70-tysięczne wojska niemieckie, saskie i frankońskie księcia Karola Lotaryńskiego.

Ostateczne rozkazy wydawał oczywiście Sobieski (tak jak Piłsudski nad Wisłą w sierpniu 1920 r.) i jego to było zwycięstwo. Zawistne głosiki zaczęły jednak wychwalać a to króla Leopolda, a to (tym razem przynajmniej częściowo słusznie) księcia Lotaryńskiego, odpowiednika naszego Rozwadowskiego czy Veyganda z cudu nad Wisłą. W tych uroczystościach i bankietach, z jakimi przyjmowano zwycięzcę spod Wiednia, jawiły się już również zawiść i niechęć kanapowych partyjek, którym wygrana Sobieskiego (ale czy jego na pewno?) nie była na rękę.

Kult „wiktorii wiedeńskiej” z całą swoją emfazą zaczął się naprawdę dopiero w XIX w. z Krasińskim („Nad miastem chmury”) i wieloma mniej czy bardziej udanymi romantykami. Nic dziwnego – były to czasy konieczności pokrzepienia serc.

Sam Sienkiewicz wolał skończyć trylogię na Chocimiu, niż przeciągać ją do Wiednia, gdzie jego bohater broniłby znienawidzonych Germanów. Pozostał jednak mit. Mit ostatniego na półtora wieku polskiego (?) zwycięstwa, muszącego być z samej swojej istoty katolickim i niepokalanym. Stąd też protest ułanów polskich przeciw książce Boya-Żeleńskiego o Marysieńce Sobieskiej. Jakże może bowiem bohater narodowy (Piłsudskiego zapomniano albo przekłamano) żyć nieślubnie, a potem chaotycznie z wybranką swojego serca?

Cóż nam zostało naprawdę dzisiaj ze zwycięstwa Sobieskiego pod Wiedniem, oprócz paru zdobnych siodeł tureckich? Po pierwsze, kawa, którą nasz rycerz Kulczycki herbu Grymała zdobył na Turkach (inni gardzili takim śmierdzącym łupem), dzięki której założył parę kawiarni w Wiedniu, skąd przeszły one do Paryża i do całej Europy. Po drugie, legenda króla, która być może okaże się narodowo silniejsza od feudalnych pretensji rodziny Branickich do Wilanowa. Po trzecie, ten list do Marysieńki, który napisał już parę godzin po bitwie (poprzedni o świcie przed atakiem). Osiem stron dzisiejszego normowanego maszynopisu! Znalazł czas. Aż do słów: „Jużże tedy kończyć muszę, całując i ściskając ze wszystkiego serca i duszy najśliczniejszą moją Marysieńkę. A m. le Marquis et a ma Solur mes baisemains. Niech się wszyscy cieszą (…) Dzieci całuję i obłapiam”. Prócz doraźnych rozkazów, był to pierwszy list Sobieskiego spod Wiednia („W namiotach wezyrskich 13 IX w nocy”). Papież mógł sobie poczekać.

W półtora wieku później – jako się rzekło – ułani polscy wypisywali protesty, a nawet wymachiwali szabelkami przeciw Tadeuszowi Boyowi-Żeleńskiemu, iż odważył się przedstawić Jana III nie tylko jako wielkiego wodza, ale i czułego kochanka. Cóż za skandal. Politycznie następne lata przyniosły Sobieskiemu same rozczarowania. Okazało się, że nie ma już żadnej recepty. Paradoksalnie od „wiktorii wiedeńskiej” zaczął się ostateczny upadek Polski. Jan III temu nie winien, chociaż mógłby mieć mniej szlachetnej naiwności.

Polityka 41.2012 (2878) z dnia 10.10.2012; Historia; s. 56
Oryginalny tytuł tekstu: "Pyrrusowa wiktoria"
Więcej na ten temat
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną