Epoka e-booka

E-atrament
Amazon, największy na świecie internetowy sklep i księgarnia zarazem, rozpoczął ofensywę. Także w Polsce można już zamówić Kindle 2, czytnik elektronicznych książek. Dla kogo to dobra wiadomość, a dla kogo zła?
Nowy Kindle Amazon
Małgorzata Kozłowska/Polityka

Nowy Kindle Amazon

E-book kontra książka
SanFranAnnie/Flickr CC by SA

E-book kontra książka

Pudełko wielkości średnich rozmiarów książki po otwarciu odsłania sześciocalowy szary ekran, klawiaturkę i logo amazonkindle. Kiedy to cacko po raz pierwszy pojawiło się w lutym 2009 r. w ofercie ograniczonej do Stanów Zjednoczonych, przez amerykańską prasę przetoczyła się fala artykułów, których autorzy, w zależności od stopnia entuzjazmu, ogłaszali już to zmierzch tradycyjnej książki, już to opowiadali, w jaki sposób Kindle zmieni świat i kulturę.

Skąd ten rewolucyjny zapał u doświadczonych publicystów, którzy jak Steven Johnson z „The Wall Street Journal” widzieli i opisywali niejeden technologiczno-kulturowy przełom? Przecież Kindle nie jest pierwszym czytnikiem elektronicznych książek, w skrócie e-booków. Czytelnicy mogą wybierać wśród bogatej oferty: Cybook firmy Bookeen, Reader Sony, iRex firmy Iliad – by wspomnieć tylko kilka najbardziej popularnych rozwiązań. Łączy je wszystkie technologia elektronicznego atramentu zastosowana w ekranie wyświetlającym tekst.

W odróżnieniu od ekranów ciekłokrystalicznych, znanych z telefonów komórkowych i komputerów przenośnych, ekran wykorzystujący e-atrament nie świeci, lecz przypomina kartkę papieru z nadrukowaną treścią. Podczas zmiany strony cząsteczki e-atramentu przegrupowują się pod wpływem sił elektrostatycznych, by odtworzyć kolejną kartkę książki i tylko to przegrupowanie wymaga energii elektrycznej. W efekcie ekran czytnika nie męczy wzroku i jest bardzo energooszczędny, jedno naładowanie baterii starcza na długie tygodnie dosyć nawet intensywnych lektur.

Trudne życie e-czytelnika

Sam czytnik byłby jednak bezużyteczny, gdyby nie e-booki, czyli książki wydane w wersji cyfrowej. Można się w nie zaopatrzyć w księgarniach internetowych – coraz więcej z nich specjalizuje się w sprzedaży elektronicznej. Wystarczy kliknąć, zapłacić, np. za pomocą karty kredytowej, i po chwili pobrać treść książki z sieci do komputera, a następnie przenieść do czytnika i zagłębić się w lekturze, zamiast czekać (ponosząc często dodatkową opłatę) na odbiór egzemplarza drukowanego. Oferta e-booków nie dorównuje jeszcze pod względem liczbowym książkom drukowanym, jednak dynamicznie rośnie: najbardziej znane e-księgarnie zagraniczne, jak anglojęzyczne Diesel eBooks i Books On Board, lub francuskojęzyczna Numilog mają w katalogu po kilkadziesiąt tysięcy tytułów. W polskim serwisie Virtualo.pl można kupić kilkaset tytułów polskojęzycznych.

Niestety, życie e-czytelnika nie jest tak łatwe, jak mogłoby wynikać z powyższego opisu, a to dlatego, że dostępne w cyfrowej ofercie książki zostały zdigitalizowane przy użyciu różnych standardów. Innego kodowania wymaga Reader, innego Cybook, innego jeszcze Kindle. Nic bardziej irytującego, gdy poszukiwana i pilnie potrzebna książka jest, owszem, dostępna w wersji elektronicznej, lecz w cyfrowym formacie, którego posiadany czytnik nie obsługuje. I nic dziwnego, że czytelnicy stawiali opór i nie dawali się zagonić do e-booków.

Martwe statystyki drgnęły wyraźnie w tym roku. Na najbardziej zaawansowanym, amerykańskim rynku wydawniczym obroty w drugim kwartale potroiły się w stosunku do drugiego kwartału 2008 r. Ruszyła także sprzedaż czytników, a dokładnie jednego – Kindle 2. Wszedł na rynek w lutym, a już w kwietniu szef Amazona Jeff Bezos oświadczył, że sprzedaż przekroczyła najśmielsze oczekiwania, co zdaniem analityków (Amazon nie publikuje dokładnych danych o sprzedaży) oznaczało, że nowy Kindle znalazł nawet do pół miliona odbiorców. Pod wrażeniem konsumenckiego zapału firma analityczna Forrester Research zweryfikowała swoją prognozę na 2009 r. uznając, że do końca roku w samych Stanach Zjednoczonych sprzeda się 3 mln e-czytników, 1,8 mln będzie nosiło logo Amazon. A to dopiero początek, bo za rok co najmniej kolejnych 6 mln Amerykanów kupi nowe czytniki.

Przepustka do świata treści

Czy nowy Kindle, od niedawna dostępny także poza USA, powtórzy sukces iPoda, odtwarzacza muzycznego firmy Apple, który w ciągu kilku lat podbił i praktycznie zmonopolizował rynek? Trudno szukać odpowiedzi bez zrozumienia, na czym polega sukces Kindle.

Pierwszą wersję swojego czytnika Amazon wprowadził na rynek już w 2007 r. Mimo niezwykle topornego dizajnu ówczesny Kindle pobił lepiej zaprojektowane i dominujące na rynku urządzenie firmy Sony – po świętach Bożego Narodzenia 2007 r. przepastne magazyny Amazona świeciły pustkami, Kindle sprzedał się do ostatniej sztuki. O sukcesie zadecydowała jedna innowacja – nowy czytnik został zaopatrzony w moduł do komunikacji bezprzewodowej, umożliwiający włączanie się do sieci telefonii komórkowej. Dzięki temu właściciel Kindle ma bezpośredni dostęp do oferowanych przez Amazon elektronicznych książek, a także czasopism, gazet i blogów. Nie trzeba już pośrednictwa komputera, nie jest potrzebny nawet dostęp do Internetu, wystarczy, by czytnik znajdował się w zasięgu sieci komórkowej.

Nowy Kindle zerwał z topornym wzornictwem i przypomina stylem najlepsze rozwiązania projektanckie, z jakich dotychczas słynął koncern Apple. Doskonałej jakości materiały, niezwykle łatwa obsługa i inne użytkowe cechy osaczają użytkownika uwodzicielskim wdziękiem. Steven Johnson, popularny komentator świata nowych technologii z „The Wall Street Journal”, wspomina: „Kilka tygodni po tym jak kupiłem Kindle, siedziałem samotnie w restauracji w Austin, pracowicie studiując e-book poświęcony biznesowi i technologii, gdy dopadło mnie gwałtowne pragnienie, by poczytać powieść. Po kilku kliknięciach zanurzyłem się w księgarni Amazona, a po minucie–dwóch kupiłem i pobrałem powieść Zadie Smith »On Beauty«. (W polskim tłumaczeniu »O pięknie«, przyp. red.). Rachunku za obiad doczekałem się w chwili, gdy kończyłem pierwszy rozdział”.

Johnson ujawnia istotę pomysłu Jeffa Bezosa: czytnik ma być jedynie przepustką do tego, co najcenniejsze – do świata treści. Dlatego kupując Kindle za 259 dol. (nabywca z polski musi jeszcze doliczyć dodatkowe 80 dol. za cło i koszty przesyłki), czytelnik dostaje urządzenie wraz z możliwością bezpłatnej komunikacji z księgarnią Amazona tak, by gdy tylko dopadnie go gwałtowna chęć lektury, mógł pofolgować swej zachciance, zasilając oczywiście konto Jeffa Bezosa.

Kupowanie książek nigdy jeszcze nie było równie łatwe i przyjemne, a wyniki już widać. W lutym 2009 r. wpływy ze sprzedaży e-booków stanowiły 13 proc. handlu książkami w Amazon, w wakacje udział ten zwiększył się do 35 proc. Na razie nie wiadomo, w jakim stopniu wzrost sprzedaży e-booków dokonuje się kosztem książek papierowych, a na ile jest wynikiem uruchomienia nowej fali popytu. Odpowiedź na to pytanie ma decydujące znaczenie dla przyszłości nie tylko świata książek, lecz całego rynku wydawniczego i, szerzej, losów kultury rozwijającej się od ponad pięciu stuleci w cieniu wielkiego wynalazku Gutenberga.

W galaktyce Gutenberga

Nie chodzi przy tym o głupawe pytanie o to, czy Internet zabije książkę. Umberto Eco, wielki bibliofil, właściciel biblioteki liczącej 50 tys. tomów, odpowiada na to pytanie w wydanej niedawno książce „N’esperez pas vous debarrasser des livres” (Nie liczcie, że pozbędziecie się książek). Wydawnictwo to jest fascynującym zapisem rozmowy o miłości do książek i lektury, jaką prowadzi Eco z drugim bibliofilem, Francuzem Jean-Claude’em Carrierem. Eco stwierdza przenikliwie: „Wraz z Internetem wróciliśmy do epoki alfabetu. Nawet jeśli kiedykolwiek wierzyliśmy, że wkraczamy do cywilizacji obrazkowej, komputer przywrócił nas galaktyce Gutenberga”. Nigdy jeszcze ludzie nie czytali i nie pisali tak dużo jak obecnie, konstatuje Eco i nie martwi się o losy książki, bo to tak, jakby się martwić, że człowiek zrezygnuje z wynalazku koła. Książka jest, podobnie jak koło, wynalazkiem doskonałym. Eco nie sentymentalizuje, tylko potwierdza opinię wyrażoną przed kilkunastu laty przez szefa laboratoriów firmy Xerox, który stwierdził, że gdyby najpierw wynaleziono wszystkie znane ekrany i inne interfejsy elektroniczne, a dopiero na końcu książkę, jej wynalazca dostałby Nobla.

Ze względu na liczne zalety estetyczne i użytkowe książka, również w swej formie fizycznej, przetrwa inwazję e-booków, co nie znaczy, że rewolucji nie będzie. Rewolucja już się zaczęła i burzy struktury tradycyjnego świata wydawniczego. Pierwsze wstrząsy wywołał Amazon, zanim jeszcze Jeff Bezos pomyślał o Kindle. Pojawienie się księgarni, na której półkach znajdują się miliony tytułów, a nie mizerne sto tysięcy, jakimi mogą poszczycić się największe księgarnie realne, wstrząsnęło rynkiem już pod koniec lat 90. ubiegłego stulecia.

Amazon (i inne księgarnie internetowe) pozwolił zaistnieć tzw. długiemu ogonowi, czyli tytułom, jakie nie trafiają na księgarskie półki, bo mają zbyt wolną rotację. Już w 2000 r. w wyniku otwarcia przed czytelnikami długiego ogona obroty w handlu książkami wzrosły o miliard dolarów.

Bezos nie jest jednak filantropem, lecz twardym przedsiębiorcą narzucającym wydawcom niezwykle ciężkie warunki współpracy po to, by oferowane przez jego sklep ceny były jak najmniejsze, a marża dla Amazona jak największa. Wydawcy prasowi, którzy chcą zaistnieć wśród właścicieli Kindle’a, muszą oddać Bezosowi aż 70 proc. wpływów. Apetyt Amazona jest proporcjonalny do jego pozycji rynkowej, Sony, nie mając ani tylu klientów, ani takiego zaplecza handlowego zadowala się mniejszym haraczem, w granicach 40 proc.

Nie tylko jednak wydawcy zgrzytają zębami, powody do niezadowolenia miewają także sami czytelnicy. W lipcu 2009 r. wielu właścicieli Kindle’a zauważyło ze zdumieniem, że z ich czytników zniknęły niektóre książki, m.in. „Rok 1984” i „Folwark zwierzęcy” George’a Orwella. Przekonali się, że w cyfrowym świecie pojęcie Wielkiego Brata nabiera nowego, złowieszczego znaczenia. Administratorzy Amazon postanowili usunąć wspomniane tytuły, gdy okazało się, że są jakieś kłopoty z prawami autorskimi.

Jeff Bezos przyznał później, że jego firma zareagowała w niewłaściwy sposób i przeprosił klientów. Orwellowskie wrażenie jednak pozostało, zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę, że Amazon dysponuje olbrzymią bazą informacji na temat swoich użytkowników. Każdy ich zakup, a także wszystkie zachowania w internetowym sklepie są rejestrowane. Dzięki tej wiedzy system obsługujący sklep może proponować podpowiedzi, wskazując np. nowe książki, także filmy i inną ofertę bliskie gustom konkretnego klienta.

Monopol w cyfrowym świecie to jednak rzecz ulotna. Amazonowi nie brakuje rywali. Do szturmu przystępuje sieć księgarska Barnes&Noble, główny konkurent Amazona w Internecie. Jej wunderwaffe to nook, nowy czytnik e-booków, mający wszystkie zalety Kindle’a oraz kilka dodatkowych. Umożliwia on nie tylko łączenie się za pomocą sieci komórkowej z księgarnią, ma także wbudowaną antenę Wi-Fi i umożliwia wypożyczanie książek między właścicielami nooka. Nook kosztuje tyle samo co Kindle, umożliwia jednak również korzystanie z wielu formatów e-booków.

Wojna e-booków

Naciera też Google z projektem Google Książki, w ramach którego zdigitalizowano ponad 10 mln tytułów (kierownictwo Google nie kryje ambicji, by zeskanować i udostępnić w wersji cyfrowej wszystkie możliwe książki na Ziemi). Tytuły, wobec których nie będzie wątpliwości dotyczących praw autorskich, zostaną udostępnione czytelnikom (choć nie są znane jeszcze szczegóły handlowe). Wokół pola bitwy krążą gracze przypadkowi, nieplanujący dotychczas wejścia na książkowy rynek. Jednym z nich jest Apple, firma, która zachwyciła konsumentów iPodem, a potem iPhonem. Okazuje się, że urządzenia te, wymyślone w innym celu niż czytanie książek, stały się de facto najpopularniejszymi czytnikami e-booków. Nawet Jeff Bezos, mimo swojego przywiązania do Kindle, nie miał wyjścia i pobłogosławił oprogramowanie umożliwiające czytanie na ekranie iPhone’a e-booków kupionych w Amazonie. By zaś zdystansować się od rywali, w połowie roku wprowadził czytnik Kindle DX z dużym ekranem umożliwiającym wygodniejsze czytanie prasy.

Obok światowej wojny e-booków trwają lub właśnie zaczynają się wojny lokalne. W Polsce w grudniu ruszyć ma serwis eClicto, firmowany przez firmę Kolporter. Czytnik eClicto ma kosztować 899 zł, niestety, nie będzie on oferować takich możliwości komunikacyjnych jak Kindle. Książki trzeba będzie kupować i pobierać za pomocą podłączonego do Internetu komputera, a oferta dostępnych po polsku tytułów jest bardziej niż skromna.

Wojna e-booków nasila się, zwłaszcza że idą święta i mimo kryzysu ludzie na całym świecie ruszają na zakupy w poszukiwaniu oryginalnych prezentów. Jak co roku wielką popularnością cieszyć się będą książki, tyle tylko, że coraz częściej w cyfrowej postaci. Umberto Eco ma rację, Gutenberg ucieszyłby się widząc, że Homo legens, człowiek czytający, który narodził się wraz z wynalazkiem druku, opanował całą planetę, a kultura tekstu, wbrew ględzeniu sentymentalnych konserwatystów, nie miała się nigdy lepiej.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną