Kultura

Skandalista Żuławski

Andrzej Żuławski nie żyje. Miał 75 lat

Andrzej Żuławski Andrzej Żuławski Radosław Nawrocki / Forum
Reżyser, pisarz, scenarzysta zmarł w Paryżu w wyniku choroby nowotworowej.

Artykuł ukazał się w POLITYCE w marcu 2010 r. »

Od lat Andrzej Żuławski nie nakręcił żadnego filmu, mimo to wciąż o nim głośno. Niestety, coraz rzadziej z powodów artystycznych. Ostatnio wywołał skandal dziennikiem zatytułowanym „Nocnik”. Swego czasu reżyser wsławił się tym, że wyprosił z telewizyjnego studia krytyka, który ośmielił się nazwać go kabotynem. W wywiadzie dla „Przeglądu” Andrzej Żuławski wyłożył swoje racje. „Ja chcę się spierać, mówić: hej, wy wszyscy, pocałujta mnie tam, gdzie ja wiem, bo zachowujecie się źle”. Czyli od upominania jest on, reszta ma go słuchać. I tej zasady uparcie się trzyma.

W prasie pełno jest jego kontrowersyjnych, częściej jednak obraźliwych opinii na dowolny temat. Polacy kochają papieża? On nie. „Mnie papież niczego nie nauczył. Może tylko tego, jak nie powinno się umierać”. Jesteśmy dumni z demokratycznych przemian? On nie. „Bez przerwy chodzimy na cmentarze, kroczymy w jakichś procesjach, wieszamy święte obrazy, czyli zajmujemy się wszystkim tym, co nie jest budową republiki, światłego państwa”. Cenimy Kieślowskiego, Holland, Kutza? On nie. Nazywa ich „mistrzami kiczu i bezstylowości”. Kiedy trzeba włożyć kij w mrowisko, wiadomo, że nie zawiedzie. Jak podczas pamiętnej premiery „Strasznego Dworu” Moniuszki, nazwanej przez Jerzego Waldorffa głupim, bezczelnym, obraźliwym dla narodu przedstawieniem. Zbrodnią w Narodowym.

Jego rzadko tłumaczone na obce języki książki (wydał ich ponad 20) krajowi recenzenci na ogół lekceważą, uznając, że to napuszone erudycyjnie manifesty przekory i arogancji. Skwapliwie natomiast omawiają te pozycje, w których artysta drażni i obraża. Gdy szczerze, bez ogródek wyjawia, co myśli o rodakach, białych plamach historii, kłamstwach filozofii (którą studiował), skandalu Powstania Warszawskiego, nędzy sztuki współczesnej, a przede wszystkim o urojonej wielkości autorytetów, których po prostu nie trawi. Rozczarowaniu nimi dał wyraz w głośnym wywiadzie-rzece zatytułowanym skromnie „Żuławski”. Rozpisywały się o nim chyba wszystkie gazety właśnie dlatego, że autor nafaszerował je środowiskowymi niedyskrecjami i ploteczkami. Podobny szum towarzyszy obecnie „Nocnikowi” – świeżo opublikowanemu zbiorowi luźnych zapisków, kolejny raz poświęconych wylewaniu pomyj na narodowe świętości i wszystkich wokół.

Pranie brudów

Cytując z upodobaniem co bardziej jadowite fragmenty, Żuławskiemu zarzuca się, że nie tyle obnaża nadętą pozę i grzechy powszechnie szanowanych osób takich jak Michnik, Szymborska lub Wajda, ile raczej własną frustrację. Wywołaną głównie tym, że choć uważa się za równego im, na salony zapraszany nie bywa. Trącane przez niego autorytety traktują go niczym nieszkodliwego wariata, zaszytego w samotni w Starej Miłosnej, gdzie opuszczany przez kolejne kobiety dawno utracił wpływy i najpewniej niczego więcej już nie wyreżyseruje. Pozostaje mu więc ujadanie.

Niektórzy w krytyce Żuławskiego posuwają się o krok dalej, twierdząc, że reżyser-skandalista celowo urządza cyrk ze swego życia. Po cóż miałby kompromitować w „Nocniku” siebie oraz młodszą o 44 lata kochankę, aktorkę, w opisie której, jak wyznaje, „skumulował całą swoją złość na negatywną stronę życia, na oszustwo i pogoń za złą karierą”? Pranie brudów zakończone pozwem Weroniki Rosati do sądu o zniesławienie sprawia wrażenie nie tyle obyczajowego obciachu, co zręcznej manipulacji. Wygląda na nieźle skrojoną akcję mającą na celu zwrócenie uwagi na starzejącego się, mocno zdesperowanego 70-letniego artystę, niepotrafiącego w żaden inny sposób o sobie przypomnieć. Na promocję egocentryzmu, mitomanii wiecznie niespełnionego człowieka, niegodzącego się żyć w cieniu.

To jednak zbyt proste wytłumaczenie. Kontrowersyjne opinie i ostry język Żuławskiego, którymi zdążył już zrazić do siebie prawie wszystkich, wydają się elementami jego życiowej strategii. A nie jedynie rozpaczliwą kompensacją braku twórczej aktywności w ostatnich latach. Dlaczego więc to robi? „Moja wolność w mówieniu wynika z tego, że wobec tzw. środowiska nie mam żadnych długów i czuję się z tym dobrze”. Twierdzi, że nudzi go poprawność. Nie znosi oczywistości. Że taki jest, bo ceni dociekliwość. Lubi wywlekać ciemne strony, gdy inni widzą tylko jasne. Stoi za tym obsesyjne drążenie pytania, kim jest człowiek? Co się skrywa pod zasłoną dobrego wychowania, wpojonych wartości? Głoszenie prawdy, choćby miała być najohydniejsza i miała boleć, to w jego przekonaniu przywilej i powinność artysty.

Za swoją bezkompromisowość Żuławski płaci wysoką cenę. Jest na to przygotowany. Nie ma za złe, że ludzie uważają go za dziwaka, że na starość stał się samotnikiem. Dobrze się czuje w roli błazna, choć w jego mniemaniu bliżej mu do mędrca, powiedzmy takiego Diogenesa marzącego jedynie o tym, by nikt nie zasłaniał mu słońca. Otwarcie przyznaje, że krytyki nie dopuszcza, a nawet jeśli, to ma ją gdzieś. „Ja walę kupę, a te muchy po niej chodzą i się nią żywią, bo się im płaci”. Z muchami miałby się liczyć albo spierać?

Krew pożądana

O jego filmach (ma w dorobku 12 pełnometrażowych fabuł) zwykło się mówić, że stanowią kwintesencję manieryzmu, brzydoty, gwałtu. Połowa z nich zrealizowana za granicą jest w Polsce prawie nieznana. Artysta nakręcił je na emigracji we Francji, bo został z kraju wyrzucony. Dwukrotnie. Pierwszy raz po zrobieniu „Diabła” w 1972 r. Cenzura uznała, że obraz szatańskiego spisku po drugim rozbiorze w 1793 r. jest karykaturalny i reżyser, dokonując zamachu na etos szlachecki, wydobywał na światło dzienne – jak to określili kolaudanci – same plugastwa. Nawet Wajda, do tego momentu mentor i przyjaciel Żuławskiego, nie wystąpił w jego obronie. Filmowa wizja upadku Polski była jego zdaniem zbyt wydumana i bardzo daleka od historycznej prawdy. Mało kto się orientował wówczas, że intencją artysty było stworzenie zakamuflowanego obrazu policyjnej prowokacji, obnażenie metod działania tajnych służb, szykujących marcową czystkę w 1968 r. „Diabeł” powędrował na półkę, a reżyser ratował się wyjazdem do Paryża, gdzie zaproponowano mu ekranizację „Nocy amerykańskiej”, która odniosła komercyjny sukces pod tytułem „Ważne to kochać”.

 

 

Drugi raz wyrzucono go z ojczyzny w 1977 r., po skandalu z przeciągającą się aż dwa lata epicką produkcją „Na srebrnym globie”. Żuławski otrzymał szansę powrotu i wyreżyserowania widowiska science fiction według prozy stryjecznego dziadka, Jerzego Żuławskiego. Rewolucyjna wizja tej powieści – chciał opowiedzieć o korzeniach cywilizacji, o narodzinach religii na obcej planecie – nie spotkała się jednak z akceptacją władz. Po obejrzeniu 70 proc. nakręconych materiałów uznano, że to bluźnierstwo i pod pretekstem przekroczenia budżetu produkcję zatrzymano. Wszystkie negatywy kazano wrzucić do rowu i razem z wybudowanymi dekoracjami spalić, a następnie zalać cementem. Reżyser otrzymał wilczy bilet zakazujący wykonywania zawodu.

We Francji, dokąd się przeniósł na stałe, bohaterami Żuławskiego stały się święte prostytutki, romantyczni mordercy, terroryści, szpiedzy, schizofrenicy, chorzy na raka idealiści sprawdzający rozmaite warianty losów Stawrogina, księcia Myszkina oraz Anastazji Filipownej. Wprawdzie zachodnia publiczność nie do końca rozumiała rozedrgane, demoniczne obrazy ich konwulsyjnych związków, ale zrzucając to na karb słowiańskiej duszy reżysera, pozwolono Żuławskiemu rozwinąć skrzydła. Po canneńskim sukcesie „Opętania”, melodramatu i krwawego thrillera, gdzie można było zobaczyć kopulującą z ośmiornicą Isabelle Adjani, Polaka uznano za szalonego wizjonera, demiurga kina, który jednak troszeczkę za bardzo odleciał. Następne filmy (m.in. „Kobieta publiczna”, „Narwana miłość”) z racji mętnych, na półkryminalnych fabuł podszytych mrocznym, metafizycznym przesłaniem nie przyniosły mu spodziewanego rozgłosu. Pisano nawet o Dostojewskim znad Wisły, któremu jednak z racji apodyktycznego charakteru i nieobliczalnych pomysłów nie warto powierzać pieniędzy na produkcje.

Żuławski raczej źle znosi towarzystwo filmowców. Mimo że sam został reżyserem, po cichu zawsze gardził tym środowiskiem, za to m.in., że zajmuje się bzdurami, ot, chociażby kręceniem konwencjonalnych, poprawnych politycznie bajeczek. Gruntownie wykształcony, pochodzący z wybitnie inteligenckiej rodziny, do której należy wielu nieprzeciętnie uzdolnionych pisarzy, dyplomatów i malarzy, wielokrotnie dawał do zrozumienia, że on przynależy do innego, lepszego świata. Hollywood, gdzie kariery porobili niewiele od niego starsi Skolimowski i Polański, też niespecjalnie go pociągało. Ze swoją narcystyczną osobowością, encyklopedyczną wiedzą, hermetyczną twórczością skupioną na przekraczaniu tabu i prowokacji widział się raczej w Europie, a najlepiej w Polsce. Bo tylko tu ze swoim filozoficzno-kulturoznawczym przygotowaniem mógł stosunkowo łatwo osiągnąć cel. Szokować i burzyć ustalone hierarchie.

Jego azylem stała się wyobraźnia wsparta i ukształtowana lekturami Junga, gnostyków, Biblii. Określając się jako niewierzący, postrzegał świat z perspektywy eschatologicznej. Poprzez symbole zapowiedzianej (spełnionej) apokalipsy. Proza życia, codzienność w ogóle go nie zajmowały. Ani tradycyjna psychologia. Tylko histeria, obłęd, perwersja, poprzez które ujawnia się obecność demonicznych sił. Zamiast piękna i liryzmu szukał seksualnych fantazji obnażających zwierzęcą stronę miłości. Pociągała go krew, fizjologia, dzikość pożądania. Słowem, interesowało go to co pierwotne, co inni uznawali za brudną, chorą i w gruncie rzeczy nieistotną część rzeczywistości, której nie warto poświęcać zbyt wiele miejsca.

Bez znieczulenia

Wizjonerskie, spazmatyczne, wykrzyczane kino Żuławskiego nie mieściło się w kanonach Szkoły Polskiej, gomułkowskiego realizmu, moralnego niepokoju ani kina czasu demokracji. Było jakby nie z tej planety. Ekscentryczne, osobne, autorskie, szokujące, nerwowe i dlatego odrzucane. Hipnotyczna ekspresja debiutanckiej „Trzeciej części nocy”, gdzie pokazał swego ojca karmiącego wszy podczas okupacji we Lwowie, działała jak wstrząs. Do dziś ciągnie się za nią odium dzieła niemal półpornograficznego, zresztą podobnie jak za nakręconą 25 lat później „Szamanką”.

Obdarzony silnym temperamentem, z wszelkimi zadatkami na tyrana, Żuławski wypracował swój własny styl. Także pracy z ekipą, zwłaszcza z aktorami, których zmuszał do odrzucania wyuczonych chwytów, masek, technik i sposobów gry. Namawiał do przekraczania granic, do eksperymentowania z ciałem i duszą. Chciał rozbić pancerz, który nakładała na nich cywilizacja. O tej metodzie, przypominającej szarlatanerię Grotowskiego, krążyły legendy. Jedni mówili o czarach, o wudu, inni o znęcaniu się i upokarzaniu. Valerie Kaprisky wyznała, że Żuławskiego w ogóle nie interesowały psychologiczne pobudki jej postaci. Żądał od niej, aby wypowiadała tekst z taką intensywnością, jakby znajdowała się w karetce pogotowia z umierającym kochankiem, a jej słowa miały uniemożliwić mu zapadnięcie w śpiączkę. W przypadku Iwony Petry, grającej tytułową rolę w „Szamance”, skończyło się to głębokim psychicznym urazem i kilkuletnią terapią.

Cokolwiek by sądzić o drodze artystycznej i ekstremalnych wyborach Żuławskiego, trudno nie mieć do niego szacunku. Choćby za zaangażowanie, odwagę myślenia i mówienia rzeczy niepopularnych, choć prawdziwych. Za inspirujący skandal w sztuce, przywracający jej świeżość. I za ryzyko, które przypłaca anatemą. Za to wszystko możemy mu wybaczyć skandale, choć może nie wszystkie.

 

Polityka 12.2010 (2748) z dnia 20.03.2010; Kultura; s. 52
Oryginalny tytuł tekstu: "Skandalista Żuławski"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Mury Granady. Co zachwyca w Andaluzji

Gdy w Polsce zimno i plucha, tylko niespełna trzy godziny lotu dzielą nas od Andaluzji, gdzie cieszyć możemy się promieniami słońca i niezwykłymi zabytkami.

Paweł Moskalewicz
10.10.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną