Kultura

Teatr to kamień szlachetny

Rozmowa z Isabelle Huppert

Isabelle Huppert w Isabelle Huppert w "Kwartecie" w reż. Roberta Wilsona, wystawianym we francuskim teatrze Odeon Les Hotels Paris Rive Gauche - AlainB / Wikipedia
Francuska aktorka (m.in. film "8 kobiet") opowiada o teatrze Krzysztofa Warlikowskiego, aktorstwie i Polakach

Ewelina Kustra: – Dlaczego zdecydowała się pani na współpracę z Krzysztofem Warlikowskim?

Isabelle Huppert: – Podoba mi się sposób budowania przez Warlikowskiego świata scenicznego, styl pracy z aktorami, a także jego ogromne przywiązanie do estetyki. W jego spektaklach aktorzy świadomie posługują się ciałem, co daje efekt pożądania, zmysłowości.

Jakie przedstawienia Warlikowskiego widziała pani, zanim spotkaliście się na próbach „Tramwaju”?

Widziałam „Dybuka” – poznaliśmy się z Krzysztofem właśnie po tej premierze w Teatrze Bouffes du Nord w 2004 r. Potem obejrzałam jego sztuki wystawiane w Operze Paryskiej: „Ifigenię w Taurydzie”, „Parsifala”, „Króla Rogera”. Gdy oglądałam „(A)pollonię” w teatrze Chaillot, wiedzieliśmy już, że będziemy razem robić „Tramwaj” na podstawie dramatu Tennessee Williamsa.

Pani bohaterki są neurotyczne i zarazem pociągające. Po „Tramwaju” czułam się wyczerpana, podobnie jak po obejrzeniu filmu „Pianistka”, też z panią w roli głównej. Czy ten drenaż emocjonalny, którego doświadcza patrzący na panią widz, udziela się pani jako aktorce?

Kobiety, które gram, żyją intensywnie. Tak widzą je reżyserzy, ja mam podobną koncepcję – to wypadkowa spotęgowanych wizji szaleństwa, które na scenie lub w filmie stają się moim bezpośrednim udziałem. Tak zresztą określiłabym istotę aktorstwa. Dla publiczności to wyczerpujące emocjonalnie przeżycie, które mnie jako aktorce – przeciwnie – dodaje energii. Mogę powiedzieć, że miałam szczęście grać często role kobiet nawet neurotycznych, ekstremalnych, lecz do granic wyrazistych – dzięki temu mogłam testować spektrum swoich aktorskich możliwości.

Ma pani wzorce kobiece w aktorstwie?

Są aktorki, na które lubię patrzeć, których gra do mnie przemawia. Ale te obserwacje nie mają najmniejszego wpływu na to, jak sama postrzegam siebie jako aktorkę. Nie porównuję się z nikim.

Ale bywa pani w teatrze jako widz?

Oczywiście! Mogłabym spędzać w teatrze niemal każdy wieczór. Raczej nie opuszczam spektakli w paryskim Théâtre de l’Odéon, ostatnio widziałam tam „Operę za trzy grosze” Roberta Wilsona. Najbardziej kuszą mnie przedstawienia w wykonaniu zagranicznych reżyserów. Z większością z nich współpracowałam: Warlikowski, wspomniany Wilson, Jacques Lassalle czy Eric Lacascade. Na liście moich ulubieńców był też Claude Régy, który niestety zmarł w ubiegłym roku. Natomiast gdy siedzę na widowni, nie podglądam warsztatu innych. Podobnie zachowuję się w kinie, gdzie mogę oglądać bardzo różne filmy.

Powiedziała pani kiedyś, że nie gra pani postaci, ale stany emocjonalne.

Nic się nie zmieniło. Nawet samo sformułowanie „granie roli” wydaje mi się dziwne, bo zakłada naiwny stosunek do zawodu aktorki. Gra się stany, wkracza się w wyobraźnię reżysera. „Granie postaci” ma charakter redukujący. To tak, jakby ktoś narysował na tablicy osobę i kazał mi się do niej upodobnić. To nie aktorstwo, lecz naśladownictwo. Aktorstwo jest znacznie szerszym zbiorem zachowań. Emocje spektaklu odbiera publiczność. Aktor musi się ich pozbywać, inaczej nie mógłby normalnie żyć. Gdy kończę kwestię na scenie, mam poczucie, że należy ona już do przeszłości.

Blanche DuBois z „Tramwaju” to postać wyjątkowo skomplikowana.

To wypadkowa wizji Williamsa i Warlikowskiego. Niemal w każdej scenie wydaje się kimś innym, co podkreśla także moja charakteryzacja. Warlikowski kładzie nacisk na szaleństwo bohaterki, wpisując ją niejako w psychozę mitu American Dream z lat 50. ubiegłego wieku. Dopiero to stanowi punkt wyjścia dla rozważań: a może Blanche nie jest aż taką wariatką, tylko odchodzi od zmysłów w zetknięciu z szaleństwem tego świata?

Tę postać Tennessee Williams wzorował na swojej siostrze Rose, którą rodzice poddali zabiegowi lobotomii, po którym żyła już niemal jak roślina.

Wielu znanych mi aktorów i aktorek gromadzi informacje na temat granej postaci, co na scenie dodaje im pewności siebie. Ja tak nie pracuję. Jednak sztuka Williamsa istnieje już od dziesięcioleci, więc o Blanche sporo wiadomo z analizy tekstu dramatu: jest osobą zdeklasowaną, zanurzoną w marzeniach o dawnej świetności, która w zetknięciu z proletariackością siostry Stelli, przejętą od nieokrzesanego męża Polaka, daje jej się jeszcze bardziej we znaki. To zderzenie intelektualnego, wyrafinowanego świata Blanche i zwierzęcości Stanleya jest siłą napędową całej tragedii.

 

 

Trzy razy zagraliście „Tramwaj” w Warszawie. Polska publiczność reaguje na nią inaczej niż francuska?

W Warszawie wyczuwało się większe napięcie, ale najprawdopodobniej było ono powodowane barierą językową, koniecznością śledzenia tłumaczenia dialogów na ekranie. Dla mnie jako aktorki takie skupienie publiczności jest bardzo motywujące. Poza tym ta sama sztuka w innej sali teatralnej opowiada się trochę inaczej emocjonalnie – to wzbogaca spektakl. Wszelkie zmiany to dla mnie dodatkowy zastrzyk energii.

W „Tramwaju” pojawia się żart, że Polak to ktoś taki jak Irlandczyk, tylko trochę mniej inteligentny. Kim są dla pani Polacy?

Rzeczywiście, warszawska publiczność żywiołowo na tę kwestię reagowała. Co wiem o Polakach? Pracowałam z Andrzejem Wajdą, w filmie Jerzego Skolimowskiego na podstawie powieści „W Ameryce” Susan Sontag miałam zagrać postać, której pierwowzorem była Helena Modrzejewska, lecz niestety nie doszło ostatecznie do realizacji. We francuskim filmie grałam Marię Curie-Skłodowską... A teraz występuję w Warszawie. Polska nie jest mi obca.

Przed panią kolejne wyzwania.

Właśnie wróciłam ze Stanów, gdzie gościnnie wystąpiłam w serialu telewizji NBC „Prawo i porządek”, w specjalnym finałowym odcinku, gdzie gram matkę porwanego dziecka. To było niesamowite przeżycie – przeskoczyć z paryskich przedstawień Warlikowskiego do serialu kryminalnego, by następnie znów się zanurzyć w świecie Blanche, tym razem w Warszawie. Zaraz zabieram się do pracy nad filmem w reżyserii debiutującej za kamerą Evy Ionesco, który będzie dekadencką i toksyczną opowieścią o jej relacji z matką, znaną rumuńską fotografką Iriną Ionesco.

Pani również interesuje się fotografią.

Ale, broń Boże, nie robię zdjęć. Lubię je tylko oglądać. Wystawa 120 moich portretów, każdy w wykonaniu innego artysty, objeżdża cały świat. Pod koniec maja jedziemy z nią do Rumunii. Mam nadzieję, że uda mi się pokazać te zdjęcia również w Polsce.

W lipcu francuską premierę będzie miał film „Copacabana” Marca Fitoussi, w którym występuje pani ze swoją córką Lolitą Chammah.

Na ekranie gramy również matkę i córkę, które są w opozycji: córka reprezentuje klasyczne wartości mieszczańskie, chce wziąć ślub, mieć dzieci, natomiast matka to wolny ptak. Na początku miałyśmy problem z tym, aby traktować się serio podczas prób, co chwila wybuchałyśmy śmiechem, ale potem wcieliłyśmy się w swoje role.

Jest pani jedną z niewielu aktorek grających z powodzeniem zarówno w kinie, jak i w teatrze.

Odczuwam wprawdzie różnicę między grą na deskach teatru i przed obiektywem kamery, ale nie w efekcie końcowym, tylko w repertuarze stosowanych przeze mnie środków wyrazu. I czasem mam większą ochotę na jedno, a czasem na drugie. Teatr jest wyjątkowy pod względem fizycznego zetknięcia się żywych osób po obu stronach sceny, ale to dla mnie niewystarczający powód do proklamowania jego wyższości nad kinem. Choć w dobie multiplikacji obrazu przy użyciu telewizji, komórek czy Internetu teatr to kamień szlachetny.

***

Isabelle Huppert, aktorka filmowa i teatralna. Zagrała w ponad stu filmach takich reżyserów jak: Jean-Luc Godard („Pasja”, 1982 r.), Claude Chabrol (m.in. „Violette Noziere”, 1978 r., „Ceremonia”, 1995 r., za tę rolę dostała nagrodę Cezara, do której była 12 razy nominowana), Michael Haneke („Pianistka”, 2001 r., nagroda MFF w Cannes). Grała też u Andrzeja Wajdy w „Biesach”. Inne głośne filmy z jej udziałem to m.in. „Koronczarka” (1977 r.), „Pani Bovary” (1991 r.), „8 kobiet” (2002 r.).

Polityka 20.2010 (2756) z dnia 15.05.2010; Kultura; s. 60
Oryginalny tytuł tekstu: "Teatr to kamień szlachetny"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kraj

Tata Maty

W przewrotnym sensie jest beneficjentem rządów PiS, gdyż będąc ich konsekwentnym krytykiem, stał się znaczącą osobistością życia publicznego. Niektórzy określają go mianem „opozycyjnego celebryty”, na co Marcin Matczak nieco się zżyma. Ale w sumie nieźle oddaje ono jego status.

Rafał Kalukin
18.10.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną