Pisarz John Irving dla POLITYKA.PL

Kocham XIX-wieczną powieść
John Irving, autor „Świata według Garpa” opowiada o swojej nowej powieści, podziale Stanów Zjednoczonych wskutek rządów George’a W. Busha, a także nieprzemijającej miłości do...
Autor na spotkaniu z czytelnikami w Warszawie
Tomasz Wawer/Agencja Gazeta

Autor na spotkaniu z czytelnikami w Warszawie

Everett Irving/Materiały promocyjne

Dominic Baciagalupo, jeden z głównych bohaterów „Ostatniej nocy w Twisted River”, mówi, że „wszystkim rządzi przypadek”. Czy zgodziłby się pan z twierdzeniem, że jest to powieść o przypadkowości ludzkiej egzystencji właśnie?
Zgodziłbym się z tym. Nie jestem człowiekiem religijnym. Myślę, że życie jest bardzo przypadkowe, kruche, co oczywiście nie oznacza, że nie należy się o nie troszczyć. To zdanie znaczy tylko tyle, że powinieneś spodziewać się najgorszego. Sprzeczność polega na tym, że moje powieści pełne są przypadków, ale nie napisałem ich przypadkiem. To, co czytelnikowi jawi się jako przypadkowe jest czymś, co starannie zaaranżowałem. Wiem, co się wydarzy zanim napiszę książkę. Rzeczy, które wyglądają na zbiegi okoliczności, są więc z góry zaplanowane. Dziwnie jest planować coś w ten sposób, będąc pisarzem, który nie wierzy, że wszechświat jest w jakikolwiek sposób zorganizowany.

Zdarza się panu – jak Danny’emu Angelowi, bohaterowi „Ostatniej nocy” – pisać pierwszy rozdział na końcu?
Nie za każdym razem. To moja trzecia książka o pisarzu, ale po raz pierwszy dałem pisarzowi swoją osobowość literacką. Szczęśliwie ludzie dostrzegają, że nawet jeśli biografia twórcza Danny’ego i jego sposób pisania są skonstruowane na podstawie moich doświadczeń, to jego życie jest dokładnym przeciwieństwem mojego. Jego życie jest bardzo nieszczęśliwe, wręcz koszmarne, z kolei ja czuję się szczęśliwym człowiekiem. Angel traci każdego, kogo kocha. Kiedy tworzyłem tę postać, myślałem o wszystkich tych rzeczach, których zawsze się bałem. Miałem nadzieję, że one nigdy nie przytrafią się ani mnie, ani nikomu, kogo kocham.

Czy podpisałby się pan pod słynnym zdaniem Stendhala, że „powieść jest zwierciadłem, które obnosi się po gościńcu”? Mam na myśli, oczywiście, opisywanie sytuacji możliwych bądź zaistniałych, a nie autobiografizm, choć i on odgrywa pewną rolę w pana powieściach.
Tak i nie. Pisanie powieści jest dla mnie doświadczeniem niezwykle wizualnym. Chcę, żeby czytelnik mógł zobaczyć wyraźnie akcję powieści. Przypuszczam, że gdybym był malarzem, malowałbym krajobrazy albo portrety. To byłyby z pewnością bardzo realistyczne, może wręcz fotorealistyczne obrazy. Jak wspomniałem, nie życzę nikomu, żeby przytrafiały mu się historie rodem z moich książek. Ale też myślę, że losy Hamleta czy Króla Leara nie są udziałem każdego. To są koszmary. Proszę wyobrazić sobie Leara, który starzeje się, traci kontakt z rzeczywistością. Myśli, że jedyna córka, która go naprawdę kocha, jest przeciwko niemu, a dwie córki, które przeciwko niemu spiskują, stoją po jego stronie. To okropna historia, ale właśnie to czyni z niej coś potężnego.

Pisze pan w „Ostatniej nocy”, że historie opowiadane przez pisarzy są intensywniejsze od tego, co przydarza się ludziom.
Tak. Fikcja literacka to coś w rodzaju zintensyfikowanej rzeczywistości, w której uwypukla się najważniejsze momenty. Jedna z sióstr Brontë powiedziała, że powieści są czymś na kształt zintensyfikowanego zdrowego rozsądku. Innymi słowy, myślę o jakiejś trudnej sytuacji w życiu człowieka i mówię sobie: „Ok, co mogłoby uczynić ją jeszcze gorszą?”.

Często porównuje się pana z żyjącymi jak pan w Nowej Anglii, tyle że w XIX wieku, Nathanielem Hawthorne’em i Hermannem Melville’em. Który z pisarzy anglojęzycznych jest panu najbliższy?
Myślę o sobie jako o człowieku z Nowej Anglii bardziej niż o kimś, kto pochodzi ze Stanów Zjednoczonych. Wielu ludzi mieszkających w Nowej Anglii myśli podobnie.

To jak z Williamem Faulknerem, który uważał się za pisarza Południa, a nie pisarza amerykańskiego.
Dokładnie tak. Jeśli czuję się z czymś związany, to z historią, kulturą, literaturą Nowej Anglii. Hawthorne i Melville byli dla mnie bardzo ważni dużo bardziej niż wielcy XX-wieczni – Hemingway, Fitzgerald, czy wspomniany Faulkner. Oni mnie nigdy nie interesowali tak bardzo, gdyż nie pochodzili z moich stron. Główny nurt myśli amerykańskiej i tamtejszej polityki wprawia mnie w zakłopotanie, bo ludzie w Nowej Anglii nie myślą w ten sam sposób. Chodziłem do szkoły z internatem, w której literatura amerykańska była traktowana po macoszemu, poza pisarzami z Nowej Anglii, oczywiście. Wychowałem się na powieści angielskiej, na Dickensie, Hardym. Czuję się bardziej związany z tymi pisarzami niż z amerykańskimi prozaikami naszych czasów. Poza tym, chodziłem do bardzo angielskiej szkoły, jak na Stany Zjednoczone.

Jakich współczesnych pisarzy amerykańskich ceni pan najbardziej?

Nie jestem wielkim fanem współczesnej literatury amerykańskiej. Kocham powieść XIX-wieczną. Lubię fabułę, lubię długie narracje z dobrze zarysowanymi postaciami. Wiele z tych rzeczy zniknęło we współczesnej prozie, ale nie dotyczy to wszystkich pisarzy. Podziwiam dzieła Petera Matthiessena i Jamesa Saltera. Z literatury światowej z kolei najbardziej cenię powieści Salmana Rushdiego i Güntera Grassa. To są wielcy pisarze, którzy potrafią opowiedzieć historię. Lubię także powieści takiego młodego pisarza amerykańskiego, Jonathana Franzena [ur. 1959 – przyp. KC]. Nazywam je amerykańskimi powieściami wiktoriańskimi. Doskonałe są zwłaszcza „Korekty”. To jest pisarz, który opowiada długie historie o ludziach, historie, które wolno się rozwijają. To bardzo staroświecki sposób pisania, ale właśnie dlatego jego powieści do mnie przemawiają.

Wróćmy do Nowej Anglii, bo tam toczy się akcja „Ostatniej nocy w Twisted River i większości pańskich powieści. Czy to jest miejsce tylko dla prawdziwych mężczyzn, jak Ketchum, jeden z głównych bohaterów „Ostatniej nocy”?
Najważniejsze w tej postaci jest to, że on pochodzi ze świata, który mu odebrano. Skończyło się spławianie kłód rzekami Vermontu i New Hampshire, skończył się jego czas. Ludzie tacy, jak Ketchum, stali się dinozaurami. Stracili wiarę w to, co robili. To sprawiło, że zaczęli podważać wszelkie autorytety. Dla Ketchuma każdy, kto ma władzę, jest idiotą, a każda decyzja jest złą decyzją. Wielu ludzi myśli w ten sposób. Większość z nich mieszka na wsi, dlatego też nie przyciągają oni zbytnio uwagi mediów. Czują się lekceważeni. A Ketchum to jeden z nich. Postać pozytywna, ale zarazem przerażająca. Myślę, że nie chcielibyśmy żyć w kraju, którym by rządził.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj