Światosław Richter w kolekcji "Wirtuozi muzyki poważnej"

Wędrowny pianista
Kolejny bohater naszej serii to Światosław Richter, artysta jedyny w swoim rodzaju, jedna z największych postaci w sztuce rosyjskiej XX w.
Światosław Richter przy fortepianie
Topfoto/Forum

Światosław Richter przy fortepianie

Polityka

Myślę, że to geniusz – szepnął do swojej uczennicy słynny moskiewski pianista i pedagog fortepianu, kuzyn Karola Szymanowskiego, Henryk (Harry) Neuhaus, kiedy jego klasę odwiedził 22-letni młodzieniec z Odessy i zagrał kilka utworów Chopina, Beethovena i własnych. Światosław Richter nie ukończył wcześniej żadnej szkoły muzycznej i był praktycznie samoukiem. Trochę lekcji udzielił mu ojciec, znakomity muzyk, wychowanek uczelni wiedeńskiej (był rodowitym Niemcem), był jednak bardzo zajęty pracą w konserwatorium odeskim i przekazał naukę syna swojej studentce harfistce. Ta jednak nauczyła go spraw podstawowych i więcej nie była mu potrzebna. Chłopak nienawidził grania gam i ćwiczeń, nie grał więc ich nigdy. Za to wciąż czytał kolejne nuty a vista, z partyturami oper Wagnera na czele (które uwielbiał przez całe życie). Później mawiał, że jego nauczycielami byli: ojciec, Neuhaus i Wagner.

Mógł zostać kompozytorem; według Neuhausa jego próby były interesujące – ale stwierdził, że nie chce powiększać ilości złej muzyki. Mógł być dyrygentem i nawet miał za sobą jedną udaną próbę, ważną, bo było to prawykonanie Symfonii koncertującej na wiolonczelę i orkiestrę Prokofiewa (solistą był Mścisław Rostropowicz) – ale nie spodobał mu się ten zawód, ponieważ wiąże się z koniecznością analizy muzycznej, a także sprawowania władzy. Mógł być malarzem, miał i w tym kierunku zdolności – ale wolał muzykę, choć w późniejszych latach wziął parę lekcji malarstwa; pozostało po nim trochę naprawdę niezłych obrazów, dziś pokazywanych w jego dawnym moskiewskim mieszkaniu, które jest teraz filią Muzeum Puszkina.

Pozostał więc przy fortepianie, ale w tej dziedzinie miał temperament odkrywcy. Z radością dokonywał prawykonań współczesnych sobie dzieł – Prokofiewa czy Brittena. Jeszcze w latach 40. i 50. grywał nieznane w Związku Sowieckim sonaty Schuberta czy cykl „Das Wohl-temperierte Klavier” Bacha. A grywał ten niełatwy repertuar w wielu małych miejscowościach na terenie całego kraju – wędrowiec z usposobienia, lubił te podróże, nie wiedząc, do jakiej dziury i na jaki rozklekotany instrument trafi. Podobnie zaczynał jako młody chłopak – graniem w klubach, akompaniowaniem śpiewakom i instrumentalistom. Zawsze chciał nieść muzykę każdemu, a jednocześnie nie lubił zależności i presji. Dlatego nie planował swego życia koncertowego na parę lat naprzód, jak robią to artyści na całym świecie.

Zdegustowany swoją grą

Mówiono, że nie lubi wielkich sal. Sam twierdził, że owszem, lubi, lecz trudno mu planować koncerty z takim wyprzedzeniem, jakie w nich jest wymagane. Ale własny festiwal organizował od 1963 r. w małej miejscowości koło francuskiego Tours, a raczej w posiadłości rolnej – La Grange de Meslay.

Jego mieszane pochodzenie niemiecko-rosyjskie było dlań źródłem kłopotów – dla władz sowieckich zawsze był podejrzany. Pierwsze wyjazdy zagraniczne odbył na początku lat 50. – do Czechosłowacji, do której (zwłaszcza do Pragi) szczególnie lubił później jeździć. Jednak za żelazną kurtynę, a ściślej – do Stanów Zjednoczonych pojechał dopiero w 1961 r. Poprzedzała go już legenda, rozgłaszana na jego temat przez rosyjskich kolegów. Nie zawiódł publiczności amerykańskiej, choć sam był swoją grą raczej zdegustowany. Nie chciał tam zostać (a był namawiany), nie chciał nagrywać (a sam Glenn Gould chciał być producentem).

Robił, co chciał, grał, co, gdzie i kiedy chciał. Był człowiekiem wolnym.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną