Rozmowa z Ignacym Karpowiczem, pisarzem karkołomnym

Piszę swoją klęskę
O urokach życia na odludziu, popkulturze, która zastępuje dziś religię, i o nowej, karkołomnej powieści „Balladyny i romanse”
Leszek Zych/Polityka

Okładka najnowszej książki Ignacego Karpowicza
Wydawnictwo Literackie/materiały prasowe

Okładka najnowszej książki Ignacego Karpowicza

Justyna Sobolewska: – Dlaczego zaszył się pan sam na wsi? Nie lubi pan ludzi?

Ignacy Karpowicz: – Lubię w małych porcjach i rzadko. To jedyny znany mi przykład na to, że dawki homeopatyczne czasem działają. Poza tym ja powoli przetrawiam różne rzeczy, no i wyniosłem się daleko od ludzi, żeby nie musieć czuć. Kiedy piszę, wczuwam się w bohaterów i jestem tak wymęczony tymi uczuciami, że nie mam już siły przeżywać emocji po skończeniu pracy. Jest mnie po prostu za mało, żeby czuć 24 godziny na dobę. Nie jestem przecież sklepem całodobowym ani stacją benzynową.

Pisze pan bardzo dużo o uczuciach...

Chińskie ciasteczko by powiedziało, że skoro zdajemy sobie sprawę, że nasze życie do niczego nie prowadzi, jedyną rzeczą wartą uwagi są uczucia. Więc o nich piszę, więc uważam.

Mieszka pan bez ciepłej wody, ze studnią i sławojką. A co, dajmy na to, z kąpielą?

Jak z kąpielą sobie radzę? Najpierw sprawdzam w necie prognozę pogody. Przelotne opady źle rokują, ale już deszcze są w sam raz, burze zaś bywają przesadzone, takie bizantyńskie, z fleszem i grzmotem. Gdy już wiem, że coś spadnie z nieba, to biorę gripex. Z doświadczenia wiem, że nie warto być czystym i przeziębionym. Warto być czystym i zdrowym. Po zażyciu gripeksu czekam na deszcz. Deszcz spada, namydlam się i biegam po trawie, omijając psie kupy, w tym deszczu, i voila! Po jakimś czasie jestem wykąpany. Jedyny feler to temperatura. Deszcze bywają kwaśne, ale nigdy ciepłe. Niby klimat się ociepla, ale nie w mojej wsi.

Jak wygląda pana dzień?

Budzi mnie pies. Psa wypuszczam na podwórko, potem psa karmię. Parzę kawę i wypalam papierosy. Pracuję. Około południa zjadam śniadanie. Potem coś tam się krzątam jak gospodarz w zagrodzie. Potem czytam, oglądam, tak zwana kultura, trochę szczęścia i cierpienia, żeby nie wyjść z wprawy. Potem psa karmię. W okolicach dwudziestej jem obiad. Po obiedzie znowu pracuję. W okolicach drugiej, trzeciej nad ranem idę spać. Spać muszę szybko i intensywnie, bo pies mnie obudzi o siódmej. Psa wypuszczam na podwórko, potem psa karmię. Parzę kawę i wypalam papierosy. Generalnie superżycie, tylko doba trochę krótka. Jeśli będę miał szczęście, za 20–30 lat obudzę się w szpitalu z rakiem czy innym choróbskiem i umrę. Jest super. Nie narzekam.

Bez telefonu, bez telewizora, ale na bieżąco z popkulturą. W nowej powieści „Balladyny i romanse” bogini Atena z Ozyrysem oglądają modny serial „Sześć stóp pod ziemią” i zaśmiewają się przy Coelho.

Bardzo lubię popkulturę, mam Internet, czytam Pudelka i Lacana. Jestem na bieżąco, rękę trzymam nie na kołderce, ale – powiedzmy z przesadą – na pulsie świata. A przez to, że w tym świecie w ogóle nie uczestniczę, jest on dla mnie interesujący. Zdarza mi się nie widzieć żadnych nowych ludzi przez miesiąc czy więcej i wtedy zaczynam podejrzewać, że ludzie są fajni i dobrzy. Po prostu zaczynam kochać ludzi. Ludzie wydają mi się szlachetni, zaczynam w ludzi wierzyć. Jedni cierpią, inni pokonują własne ograniczenia, jedni walczą o słuszne sprawy, inni ponoszą piękne klęski, jedni stoją na Krakowskim Przedmieściu, inni stoją przeciwko tym pierwszym, ale przecież wszyscy są ludźmi, wszyscy pragną szczęścia, miłości, lepszego świata. I kiedy już tak bardzo ludzi kocham, że gazetowa reklama 19-procentowej obniżki cen w salonach samochodowych doprowadza mnie na granicę łez, ba!, gotów jestem zrobić jakąś przyjemność Jarosławowi Kaczyńskiemu, żeby poczuł, że ktoś go kocha, wtedy wiem, że muszę pilnie pojechać do miasta, bo straciłem kontakt z rzeczywistością. Że muszę zobaczyć prawdziwych ludzi. Wystarczą dwa dni w Warszawie i już wiem, jacy ludzie są naprawdę. Podłość, zawiść, małość, głupota, co za szczęście, że one nie zniknęły i nie znikną. Wracam z ulgą do siebie. Reklama samochodu już mnie nie wzrusza, pozwalam Kaczyńskiemu, żeby toczyły go nienawiść i nieszczęście. Jestem wyleczony z miłości do ludzi, to jest na jakiś czas, na miesiąc czy dwa, bo miłość do ludzi cholernie uzależnia.

Sporo pan podróżował: Afryka, Ameryka Południowa, Azja, ale wrócił pan na wieś, dlaczego?

Z powodu rozczarowania podróżowaniem w ogóle. Poza tym ten tłok. Niby płacisz, na przykład w Etiopii, za pokój jednoosobowy, ale przecież sam nie jesteś. Są z tobą twoje demony, słabości, upokorzenia, marzenia, siatka kulturowa, klisze. Nie możesz ich wyprosić na zewnątrz. One śpią z tobą. W tym samym łóżku. Siedzą ci, wybaczy pani część liryczną i anatomiczną, na piersi, serce ściskają, żebra łamią, członek drażnią. Zdałem sobie sprawę, że te miejsca, które mogę wypodróżować, są fajne, ale nie ma większej różnicy jakościowej między miejscami już oswojonymi a obcymi, a skoro tak, skoro nie ma, to uznałem, że nie ma też powodu, żeby gonić w piętkę dokoła świata. Ten popiół, mój popiół, moje rozpacze i wzloty, one zawsze podróżowały ze mną. One nie są jak bagaż, który – jeśli masz farta – to ci linia lotnicza zgubi po drodze.

Jest coś, za czym tutaj pan tęskni?

Prosta odpowiedź na to pytanie brzmi: chodzi o to, by być kochanym i kochać zwrotnie. Ale ja mogę kogoś kochać przez dwa tygodnie. Potem szlag mnie trafia. Tęsknić można na przykład za sensem w życiu, ale ja myślę, że takiego sensu życie nie ma. Są jeszcze raptowne chwile, jak nazwał je Philip Roth, czyli takie sekundy czy minuty przyspieszenia, które zmieniają wszystko. Chyba na nie właśnie czekam. Nic lepszego nie może mnie spotkać. Nic innego nie może podważyć codziennej goryczy. Nie warto czekać na nic innego.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną