Apichatpong Weerasethakul, tajski nowator kina

Sztukmistrz z Bangkoku
Apichatpong Weerasethakul − warto zapamiętać to trudne nazwisko. Tajski reżyser jest bowiem największym nowatorem współczesnego kina.
Apichatpong Weerasethakul. Tego nazwiska warto się nauczyć na pamięć (wiemy, łatwo nie będzie...)
AFP

Apichatpong Weerasethakul. Tego nazwiska warto się nauczyć na pamięć (wiemy, łatwo nie będzie...)

Kadr z filmu „Wujek Boonmee, który potrafi przywoływać swoje poprzednie wcielenia”.
AFP

Kadr z filmu „Wujek Boonmee, który potrafi przywoływać swoje poprzednie wcielenia”.

Reżyser w towarzystwie Charlotte Gainsbourg odbiera Złotą Palmę w Cannes za „Wujka Boonmee”
ANGELI/BEW

Reżyser w towarzystwie Charlotte Gainsbourg odbiera Złotą Palmę w Cannes za „Wujka Boonmee”

O 41-letnim artyście zrobiło się głośno pół roku temu, gdy odbierał najwyższe autorskie wyróżnienie, Złotą Palmę w Cannes, za tajemniczą baśń o reinkarnacji „Wujek Boonmee, który potrafi przywoływać swoje poprzednie wcielenia” (film wchodzi właśnie do kin studyjnych). Odważny werdykt, nagradzający eksperyment, będący częścią multimedialnego projektu Primitive, który składa się z instalacji wideo, filmów krótkometrażowych oraz poetyckiej książki, nie był pomyłką.

Reżyser obdarzony silną, charyzmatyczną osobowością, zbuntowany przeciwko kulturze masowej, doskonale orientujący się w najnowszych prądach artystycznych, od początku starał się narzucić swój własny styl. Jego twórczość, dobrze znana wytrawnej publiczności festiwalowej, nie opiera się na żadnej ogólnie przyjętej zachodniej konwencji, ale na grze skojarzeń, nieoczekiwanej zmianie tempa oraz estetyki. Przykładowo w czarno-białym, zacierającym granice między fabułą a dokumentem „Tajemniczym obiekcie w południe” dany jest tylko początek historii: chłopcem unieruchomionym na wózku inwalidzkim opiekuje się nauczycielka. Dalsze ich perypetie wymyślają i odgrywają napotkani przez realizatorów nieznajomi ludzie.

W „Chorobie tropikalnej” po 15-sekundowej ciszy, która nagle zapada w połowie filmu (co sprawia wrażenie, jakby zerwała się taśma), pojawia się napis z nowym tytułem i kontynuowana jest już całkiem inna opowieść, którą można uznać za odwrotność pierwszej. W „Świetle stulecia” oglądamy te same sytuacje zainscenizowane w szpitalu miejskim, tyle że przedstawione najpierw oczami lekarki, a potem lekarza (matki i zmarłego niedawno ojca artysty). W obu wersjach różniące się zasadniczo wieloma szczegółami i scenografią.

Kino niepodobne do niczego

Wprawiająca w osłupienie, mocno oddziałująca na wyobraźnię wizjonerskość kina Apichatponga sprawiła, że dość szybko zaczęło ono budzić zaciekawienie, stając się wdzięcznym obiektem analiz. Po tym, jak „Światło stulecia” okrzyknięto w Toronto wydarzeniem, co potwierdził opiniotwórczy brytyjski miesięcznik „Sight and Sound”, umieszczając je w czołówce najlepszych filmów sezonu, posypały się porównania do mistrzów. Pisano o polifonicznej strukturze, mieszaniu gatunków, zacieraniu granic między fikcją a prawdą, rewolucji wizualnej, choć nikt jeszcze nie był do końca pewien, na czym polega fenomen twórczości tego artysty. Niemniej trzy lata temu francuski minister kultury nagrodził młodego reżysera prestiżowym orderem literatury i sztuki zarezerwowanym wyłącznie dla uznanych sław (odbierał to wyróżnienie razem z kompozytorem Philipem Glassem i utytułowanym pisarzem Julianem Barnesem).

Zaiste rzadki to przypadek, gdy elity rozpływają się z zachwytu nad artystą, tymczasem rzesze kinomanów nic o nim nie wiedzą. Poza Tajlandią, gdzie Apichatpong nazywany jest mesjaszem azjatyckiego kina, do regularnej dystrybucji jego filmy nie trafiają. Są zbyt hermetyczne i dziwne. Nic nie układa się w nich wedle wyobrażeń zachodniego widza.

Filmy Tajlandczyka szokują swobodą ekspresji, brakiem narracyjnych ograniczeń, czym do pewnego stopnia przypominają osiągnięcia papieża francuskiej nowej fali Jeana Luca Godarda. Apichatpong nie uprawia jednak polityki, nie bawi go naprawianie świata (zwłaszcza z pozycji lewicowych). Walczy o prawo do wyrażania jedynie własnych intuicji. Czemu służy to bezceremonialne łamanie reguł języka filmowego? Docieraniu do znacznie bardziej abstrakcyjnych treści, do − mówiąc górnolotnie − jądra materialnego świata, który nieoczekiwanie traci u niego swoje właściwości i rozszczepia się na wiele równoległych bytów.

Niepodobne do niczego kino Apichatponga − używając porównania z fizyki – to jakby przejście od mechaniki klasycznej do mechaniki kwantowej. Jeśli awangarda XX w. zajmowała się przekraczaniem granic i redefiniowaniem zjawisk podlegających zasadom przyczynowo-skutkowym, on wybiera takie, które są nieuchwytne i ukryte. Zagląda tam, gdzie nie sposób niczego nazwać ani racjonalnie wytłumaczyć.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną