Kultura

Artysta trzymający pion i poziom

Mondrian bardziej ceniony niż lubiany

Martwa natura z dzbanem na imbir2, 1912r. Martwa natura z dzbanem na imbir2, 1912r. materiały prasowe
Bywają malarze, których wielbimy, i tacy, których cenimy. Holendra Pieta Mondriana częściej włączamy do drugiej grupy. Czy ogromna monograficzna wystawa w paryskim Centre Pompidou sprawi, że i jego da się polubić?
Kompozycja w kratę , 1919r.materiały prasowe Kompozycja w kratę , 1919r.
Kompozycja czerwona, niebieska i szara, 1927r.materiały prasowe Kompozycja czerwona, niebieska i szara, 1927r.
Nowy York, 1942r.materiały prasowe Nowy York, 1942r.

Od kilku dziesięcioleci Piet Mondrian stał się mimowolnym uczestnikiem zorganizowanych przez historyków sztuki rozlicznych wyścigów pod hasłem „Kto naprawdę był prekursorem malarstwa abstrakcyjnego?”. W blokach startowych ustawia się go wraz z Rosjanami Wassilym Kandinskim i Kazimierzem Malewiczem, niekiedy rezerwując jeszcze dodatkowe tory dla Litwina Mykołasa Ciurlonisa, Czecha Frantiska Kupki czy Francuza Francisa Picabii. Na koniec zwycięzcą zazwyczaj obwołuje się Kandinskiego. To ciekawe, bo ani nie był pierwszy (tu wyprzedził go Ciurlonis, Picabia, a nawet Belg van de Velde), a do odrzucenia figuratywności doszedł – jeśli wierzyć przekazom – przypadkowo, wieszając przez pomyłkę obraz do góry nogami.

Mondrian nie otrzymał więc dotychczas palmy pierwszeństwa, pod jednym wszakże względem wydaje się w tej rywalizacji nie do pokonania: drogi, jaką przebył do swych ascetycznych dzieł abstrakcyjnych. Zaczynał, rzec by można, wręcz banalnie. Od niepozbawionych wprawdzie uroku i zdradzających talent, ale na pewno niezapowiadających geniuszu, martwych natur, wizerunków budowli, a nawet wyraźnie podszytych symbolizmem postaci kobiecych. Co najciekawsze, w owej tradycyjnej estetyce trwał dość długo, aż do wyjazdu do Paryża w 1911 r. Miał wówczas już 39 lat! Przypomnę, że Picasso w tym wieku miał już na swym koncie m.in. „Panny z Avignon”, „Guernicę” i kilka poważnych artystycznych wolt. Tymczasem Mondrian dopiero wychodził z malarskiej szkółki.

W Paryżu zamieszkał oczywiście w artystycznym zagłębiu Montparnasse’u. Z siłą właściwą dobremu kalwińskiemu wychowaniu (jego ojciec był nawet dyrektorem protestanckiej szkoły) oparł się jednak destrukcyjnym wpływom okolicznego towarzystwa. Nie upijał się z Soutinem i Modiglianim, nie łajdaczył z Kieslingiem. Skutecznie odseparował się od wszelkich szaleństw, balang, orgii, afer i depresji, całego tego twórczego rozdygotania, którego doświadczała dzielnica. Żył skromnie, samotnie i schludnie, tworząc w małym mieszkanku swoją własną sztukę.

Paryż odcisnął jednak na Mondrianie swe piętno. A konkretnie ówczesne malarskie specialité de la maison francuskiej stolicy – kubizm. To pod jego wpływem, dobijając czterdziestki, artysta zarzucił w końcu realistyczne pejzażyki i zaczął malować na podobieństwo Picassa czy Braque’a. Wprawdzie po trzech latach wrócił do rodzimej Holandii, ale awangardowy wirus, którym się zaraził w Paryżu, skutecznie go zainfekował.

Artystyczna ewolucja

Trudno byłoby znaleźć innego twórcę, którego artystyczny rozwój tak bardzo przypominałby rozbudowany matematyczny dowód, w którym każde równanie ściśle wynika z poprzedniego i jednoznacznie implikuje następne. U Mondriana każdy kolejny kwartał czy rok wyznaczał logicznie kolejny krok na malarskiej drodze. Tak chętnie malowane przez niego drzewa czy fasady katedr ulegają powolnemu uproszczeniu, geometryzacji. Z każdym rokiem znikają kolejne detale, kolory, ornamenty.

Około 1920 r. ta artystyczna ewolucja doprowadza w końcu do powstania dzieł, które zapewniły mu artystyczną nieśmiertelność. Tych powszechnie znanych, w których nieliczne linie przecinają się tylko pod kątem prostym, a na płótnie pojawia się (i to rzadko obok siebie) tylko kilka podstawowych kolorów: żółty, czerwony, niebieski. I mnóstwo bieli. Nie ma w tych obrazach perspektywy, głębi, jakichkolwiek niekontrolowanych pacnięć pędzla. Ekstremalnie ascetyczna, chłodna abstrakcja. Cień, echo, kwintesencja dawnych rozłożystych dębów i strzelistych kościołów.

Co ciekawe, Mondrian nie tylko niespiesznie i uparcie maszerował raz obraną malarską drogą, ale też chętnie dzielił się swoimi przemyśleniami na ten temat. Jako surowy protestant ze wstrętem myślał o takich stanach, jak uniesienie, wena, talent, natchnienie. Jako intelektualista zaś chętnie obudowywał własną sztukę filozoficznymi rozważaniami. Pozostawił po sobie wiele rozpraw, esejów, artykułów, w których rozważał takie tematy, jak „czym jest i być powinna sztuka?”, „jakiego malarstwa potrzebujemy?” i „co mam na myśli malując to, co maluję”. O ile jednak jego obrazy wytrzymały próbę czasu, inspirowały tysiące artystów i trudno bez nich wyobrazić sobie sztukę XX w., o tyle te teoretyczne wykłady zestarzały się straszliwie i aż trudno uwierzyć, że mógł je z całym przekonaniem wygłaszać poważny i wiekowy już artysta.

Historycy sztuki dopatrują się rozlicznych filozoficznych wpływów na artystyczną postawę Mondriana, zaczynając zazwyczaj aż od Spinozy. Ale chyba najmocniej w jego głowie zamieszał, poznany w 1916 r., niejaki dr Schoenmaekers. Głosił poglądy teozoficzne, które Mondrian z ochotą zaakceptował i zaadaptował do swojej sztuki. Otóż uważał, że podstawową cechą malarstwa abstrakcyjnego jest harmonia, która wyzwala od wszelkich napięć, konfliktów, dzięki czemu sprzyja rozwojowi ludzkości i powiększa obszar szczęścia na świecie. A zatem – wnioskował Mondrian – maksymalnie zredukowane geometryczne malarstwo abstrakcyjne przyczynia się do poprawy ludzkiej egzystencji i im bardziej je zaakceptujemy, tym lepiej będzie się nam – jako ludzkiemu gatunkowi – wiodło. Jego rozważania są pełne pompatycznych i naiwnych prawd objawionych (np. „dzięki temu co niezmienne identyfikujemy się ze wszechbytem”), które dziś trudno poważnie traktować.

Tworzenia lepszego świata

W 1919 r. Mondrian powrócił do Paryża i do dawnego, ascetycznego trybu życia. Choć jego sława rosła, on nie udzielał się publicznie, z rzadka wystawiał i niechętnie sprzedawał swoje prace. Z godną podziwu konsekwencją malował te swoje przecinające się linie i kolorowe kwadraty lub prostokąty, wierząc, że przyczynia się do tworzenia lepszego świata. I choć z czasem maksymalnie zredukował liczbę elementów na płótnie do dwóch, a później już do jednego koloru, to nigdy nie doszedł do tak radykalnego rozwiązania jak Kazimierz Malewicz, malujący biały kwadrat na białym tle (1918 r.).

Mało tego, pod koniec życia w jego sztuce nastąpiła dość nieoczekiwana zmiana. Mając blisko 70 lat, w 1940 r. wyemigrował do Ameryki i choć przez tyle lat Paryżowi nie udało się artystycznie zdemoralizować surowego artysty, Nowy Jork uczynił to niemal w jednej chwili. Do surowych i wyrafinowanych prac Mondriana zaczęło się wkradać coraz więcej barwnych pól, a czarne linie zastąpione zostały kolorowymi. Twórca zaczyna przydawać pracom tytuły kompletnie niepasujące do wzniosłych teozoficznych koncepcji: „Victory Boogie Woogie” czy „Broadway Boogie Woogie”. Pisze wówczas: „Dopiero teraz widzę, że moje dzieła w bieli, czerni i niewielkiej ilości kolorów są po prostu olejnymi rysunkami”. Słowa te czyta się dziś z prawdziwą przykrością. Co go nagle tak zafascynowało w Ameryce, że postanowił zdyskredytować to, co wcześniej uczyniło go wielkim? Doprawdy, trudno powiedzieć.

Paryska wystawa także nie odpowiada na to pytanie. Może dlatego, że jej kuratorów interesował przede wszystkim Mondrian z paryskich lat 1912–38. Ani ten wcześniejszy – akademicko-symbolistyczny, ani ten z ostatnich lat – nieoczekiwanie zafascynowany jazzem. Wystawa, na przykładzie blisko stu prac, fantastycznie pokazuje więc artystyczną drogę Mondriana od pierwszych kubistycznych eksperymentów po kompozycje, które znamy z każdego podręcznika historii sztuki. Przy okazji uczyniono rzecz niezwykłą – zrekonstruowano owo słynne atelier malarskie, skromne acz wyrafinowane, tak radykalnie różne od dziadowskich lub buduarowych siedlisk ówczesnej francuskiej bohemy.

Wystawa ma także część drugą, której na imię De Stijl. To nazwa założonej w 1917 r. grupy holenderskich artystów. Pierwsze skrzypce grał w niej właśnie Mondrian, ale w życzliwej pamięci potomnych przetrwali także: malarz Theo van Doesburg, projektant mebli Gerrit Rietveld (legendarny fotel), poeci, architekci. W Paryżu zgromadzono także ich dzieła, by pokazać, w jak dużym stopniu podzielali oni poglądy estetyczne Mondriana. Jest także sporo zdjęć przypominających artystyczną atmosferę owych czasów i dzieła rozsianych po całym świecie artystów, którzy w kolejnych dziesięcioleciach XX w. próbowali podążać szlakami wydeptanymi wcześniej przez Mondriana i De Stijl. Słowem, wystawa kompletna i – mimo surowego charakteru samej sztuki – wciągająca.

 

Mondrian/De Stijl, Paryż, Centre Pompidou, wystawa czynna do 21 marca 2011 r.

Polityka 06.2011 (2793) z dnia 05.02.2011; Kultura; s. 64
Oryginalny tytuł tekstu: "Artysta trzymający pion i poziom"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Młodzi: monogamia to tylko jedna z opcji

Amelia chętnie słucha, gdy jej chłopak opowiada, jak mu się udała randka z drugą dziewczyną. Dla coraz większej liczby młodych monogamia przestaje być normą. Staje się tylko jedną z opcji.

Norbert Frątczak
11.10.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną