Arcyantywestern braci Coenów

Długie umieranie westernu
Śmierć westernu ogłaszano wiele razy, a on stale się odradza. Tym razem dzięki (anty)westernowi braci Coen „Prawdziwe męstwo”, nominowanemu do Oscara w 10 kategoriach.
Jeff Bridges w roli szeryfa, który mści się w imieniu 14-latki, granej przez Hailee Steinfeld.
materiały prasowe

Jeff Bridges w roli szeryfa, który mści się w imieniu 14-latki, granej przez Hailee Steinfeld.

„Prawdziwe męstwo” to remake klasycznego westernu Henry’ego Hathawaya z 1969 r.
materiały prasowe

„Prawdziwe męstwo” to remake klasycznego westernu Henry’ego Hathawaya z 1969 r.

Kadr z filmu „Prawdziwe męstwo”.
Materiały promocyjne

Kadr z filmu „Prawdziwe męstwo”.

Kadr z filmu „Prawdziwe męstwo”.
materiały prasowe

Kadr z filmu „Prawdziwe męstwo”.

Autorzy „Fargo” obiecywali kiedyś, że nakręcą opowieść o Dzikim Zachodzie „z dużą ilością krwi i przemocy, ze skalpowaniem, wieszaniem oraz Indianami wpuszczającymi swoim ofiarom mrówki pod powieki”. Potraktowano tę zapowiedź jak niezły dowcip, kolejny przejaw ich wisielczego humoru. A oni słowa dotrzymali. Ale zamiast kopania nieboszczyka, czyli parodii skompromitowanej konwencji, mistrzowie pastiszu i czarnej komedii wypuścili epicki film, w którym ironia jest ledwo, ledwo wyczuwalna.

Pomyśleć można, że zależy im bardziej na wskrzeszeniu legendy z jej mitologią pogranicza, zuchwałą wiarą w istnienie powszechnego prawa moralnego i kolonizatorskimi zapędami białego człowieka. Jednak bez przesady. Są na to zbyt inteligentni. Wszystko to okrutnie demistyfikują, na tyle jednak dyskretnie, że amatorzy tradycyjnego kowbojskiego świata mogą się czuć w pełni usatysfakcjonowani.

„Prawdziwe męstwo” tylko w Ameryce zarobiło do tej pory przeszło 120 mln dol., co stawia ten film zdecydowanie na czele największych komercyjnych osiągnięć braci. Niewątpliwie zawdzięcza to wystylizowanej prostocie. Linearnie, majestatycznie prowadzona dramaturgia w niczym nie przypomina szybkich, skomplikowanych, wielowątkowych konstrukcji „Tajne przez poufne” czy wyrafinowanej łamigłówki z „To nie jest kraj dla starych ludzi”.

Zgodnie z żelaznymi regułami gatunku widzowie mają czas na kontemplację pustynno-skalistych przestrzeni stanu Arkansas, są długie galopady koni, strzelaniny. Żadnych formalnych niespodzianek, nowatorskich rozwiązań. Trzeba też pamiętać, że to remake klasycznego westernu Henry’ego Hathawaya z 1969 r. z pamiętną rolą podstarzałego Johna Wayne’a, grającego na ekranie samego siebie. Wcielił się wtedy w jednookiego, niedomytego, nieustannie pijanego najpodlejszego szeryfa w okolicy, bezlitosnego drania, który nie wie, co to strach. Za tę rolę Wayne dostał jedynego w swojej karierze Oscara.

Okiem nastolatki

W nowej wersji zabijakę i twardziela, mięknącego jedynie na widok 14-letniej dziewczynki zlecającej mu pomszczenie swego ojca, gra Jeff Bridges. O dziwo, nie on wydaje się tu najważniejszy, tylko dziewczyna. Tak jak w powieści Charlesa Portisa, która posłużyła za kanwę scenariusza, narratorem nie jest zapijaczony szeryf, zdobywający się w końcu na akt heroizmu, lecz stara panna wspominająca swoje przygody z lat 70. XIX w., gdy była nastolatką. Różnica z pozoru niewielka. Jak się jednak okazuje – znacząca.

W świętoszkowatej dziewczynce (granej kapitalnie przez bardzo młodą aktorkę Hailee Steinfeld) wrażliwości zbyt wielkiej nie ma. Dziewczęce emocje skutecznie stłumiły zaszczepione w szkółce niedzielnej wiktoriańskie zasady. I one właśnie sprawiają, że bystre, nadzwyczaj rozsądnie myślące dziecko może beznamiętnie przyglądać się okrutnym egzekucjom, podziurawionym jak sito trupom i ludzkiej krzywdzie.

Jej chłodną purytańską duszę rozpalają wyłącznie długie handlowe negocjacje na temat procentów i rabatów od należnych płatności. A także obowiązek przypilnowania, by mądre i słuszne – bo zapisane w Piśmie Świętym – prawo zemsty mogło się dopełnić. Zabawnie to ilustruje scena przysłuchiwania się zeznaniom szeryfa federalnego w sądzie. Gdy pod naporem prokuratorskich pytań zaczyna on z dumą przyznawać się do liczby niepotrzebnie ukatrupionych złoczyńców, w jej oczach pojawia się nagle oznaka ożywienia, błysk radości, a może nadziei, że oto znalazła właściwego człowieka, który najpierw pociąga za spust, a potem dopiero rozmawia.

W widowiskowej adaptacji dokonanej przez Coenów (świetnie oddającej lekki pastiszowy ton powieści) nie kto inny, tylko grzeczna, rezolutna, działająca w słusznej sprawie małoletnia bohaterka uosabia wszystko co najgorsze na Dzikim Zachodzie: ślepe okrucieństwo, nienawiść, kult pieniądza, cynizm, niczym niezachwianą pewność siebie, brak współczucia.

Sens filmu, będącego w istocie gorzkim moralitetem, sprowadza się do pytania o cenę, jaką przyszło zapłacić dziewczynce za żarliwie wyznawany i broniony przez nią system wartości. Pobożnej starszej pani, dumnie wspominającej krwawy akt odwetu, nigdy nie udało się ustalić, jaki popełniła błąd i dlaczego resztę życia musiała spędzić za biurkiem na sumiennym sprawdzaniu czeków w banku, wiecznie zasłaniając się brakiem czasu na inne rozrywki, w tym na tak nieistotny drobiazg jak założenie rodziny.

Można naiwnie sądzić, że Coenowie wyśmiewają i odkłamują wyidealizowany, romantyczny świat opiewany w westernach, wzniesiony na fundamentach wolności jednostki, swobód obywatelskich, praworządności, a w istocie przesiąknięty religijnym fanatyzmem, rasizmem, przemocą i kolonialną mentalnością ludzi gotowych targować się o cenę każdej, najdrobniejszej nawet przysługi. Byłaby to jednak krytyka mocno spóźniona. W kinie prostuje się bowiem ten zafałszowany, stereotypowy obraz co najmniej od pół wieku.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną