Odlotowi nie chcą przylecieć
Światowe metropolie robią wiele, by ściągnąć do siebie gwiazdy światowej architektury. Tymczasem w Polsce zaskakująco skutecznie gwiazdy do współpracy zniechęcamy. I niekiedy – na całe szczęście.
Projekt z 2010 r.: Sinfonia Varsovia Concert Hall. Niezrealizowany.
materiały prasowe

Projekt z 2010 r.: Sinfonia Varsovia Concert Hall. Niezrealizowany.

Wybitny szwajcarski architekt Peter Zumthor przygotowuje adaptację dawnej kieleckiej synagogi dla potrzeb Centrum Spotkań Kultur i Religii.
Miro Kuzmanović/Reuters/Forum

Wybitny szwajcarski architekt Peter Zumthor przygotowuje adaptację dawnej kieleckiej synagogi dla potrzeb Centrum Spotkań Kultur i Religii.

Stołeczne Muzeum Sztuki Nowoczesnej też zaprojektował Szwajcar – Christian Kerez.
materiały prasowe

Stołeczne Muzeum Sztuki Nowoczesnej też zaprojektował Szwajcar – Christian Kerez.

Tadao Ando w 1993 r. zaprojektował (i postawił!) pawilon konferencyjny w Weil am Rhein w Niemczech.
Forum

Tadao Ando w 1993 r. zaprojektował (i postawił!) pawilon konferencyjny w Weil am Rhein w Niemczech.

Biurowiec, osiedle, gmach opery czy muzeum zaprojektowane przez takiego Daniela Libeskinda, Jeana Nouvela czy Santiago Calatravę to zawsze powód do dumy. To tak, jakby sprowadzić zespół The Rolling Stones lub zorganizować monograficzną wystawę Rembrandta. Ba, więcej, bo budynek zostaje na bardzo długo, a podziwiać go mogą wszyscy, nie tylko ci z biletami. Taki gmach jest świadectwem nowoczesności i klasy inwestora, wszystko jedno, czy to burmistrz, szejk, właściciel korporacji czy nawet podły dyktator. Nic więc dziwnego, że trwa światowy wyścig do pracowni najsłynniejszych architektów. To wyścig po projekty, które zapewnić mają napływ turystów, międzynarodowe uznanie, masowe cmokanie z zachwytu.

Ostatnie lata należą w tej rywalizacji zdecydowanie do Bliskiego Wschodu, a szczególnie do dwóch emiratów – Kataru i Abu Dhabi. Ze światowej czołówki szaleją tam szczególnie Norman Foster (8 projektów) i Zaha Hadid (7 projektów). Ciekawe, że tak wzięci na Zachodzie architekci jak Frank Gehry czy Rem Koolhaas mają na swym koncie tylko po jednym bliskowschodnim projekcie, zaś Santiago Calatrava – ani jednego! Albo nie trafiają w gusty szejków, albo nie mają ochoty się grzebać w piaskach pustyni.

To jednak wyjątki, bo generalnie świat architektoniczny ciągnie nad Zatokę Perską. Nic dziwnego. Mniej lub bardziej znani twórcy mogą tam realizować najbardziej odlotowe projekty, a im bardziej pokręcony, na tym większą życzliwość inwestora może liczyć. I jeszcze im za to słono płacą.

Bardzo dobre, ale nie wybitne

Polska do tej rywalizacji włączyła się dość późno i początkowo nieśmiało. Do dziś powstały właściwie tylko dwa budynki sygnowane powszechnie znanymi w świecie nazwiskami, a i to już dość dawno: krakowskie Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha projektu Japończyka Araty Isozakiego (1995 r.) oraz stołeczny biurowiec Metropolitan Normana Fostera (2003 r.). Oba świadczące o wielkiej kulturze zawodowej projektantów, ale z pewnością nieprzekraczające granicy, która oddziela budowle bardzo dobre od wybitnych. Jak na sporej wielkości kraj, leżący w Europie i mający rozliczne ambicje, to dość zawstydzająca statystyka. Tym bardziej że okazały się to miłe złego początki.

Największe nadzieje rozbudziły w minionych latach zorganizowane w Warszawie cztery międzynarodowe konkursy architektoniczne na siedziby: Muzeum Historii Żydów Polskich (2005 r.), Muzeum Sztuki Nowoczesnej (2007 r.), Muzeum Historii Polski (2009 r.) i orkiestry Sinfonia Varsovia (2010 r.) oraz w Gdańsku – na gmach Europejskiego Centrum Solidarności (2007 r.). Wszak nagrody były spore, a potencjalne budowle – jeszcze większe. Tymczasem tylko pierwszy z nich, choć architektonicznie nie pozwalał na wielkie szaleństwa, wzbudził zainteresowanie w niektórych słynnych pracowniach. I choć wygrali mniej znani projektanci z Finlandii, to w szranki z nimi stanęły takie tuzy, jak Kengo Kuma, Daniel Libeskind, Zvi Hecker czy David Chipperfield. Efektem tej rywalizacji jest zresztą chyba najlepszy projekt spośród wszystkich, które wygrały w rozstrzygniętych w ostatnich latach w Polsce konkursach.

Pozostałe rywalizacje pod tym względem rozczarowały, a słynnych projektantów ze świata, którzy by się do nich zgłosili, można w sumie policzyć na palcach jednej ręki i jeszcze zostaną wolne palce. Chyba wiele wody upłynie w Wiśle, zanim doczekamy się takiej obsady konkursów, jak tej na budowę kościoła Dio Padre Misericordioso w Rzymie w 2003 r. Konkurowali ze sobą m.in. Frank Gehry, Santiago Calatrava, Tadao Ando, Peter Eisenman czy Gunter Behnisch, a wygrał Richard Meier. To tak, jakby w castingu o jedną rolę rywalizowali Brad Pitt, Johnny Depp, Leonardo DiCaprio i Tom Cruise.

Skoro zawiodły konkursy, jedyną nadzieją pozostało bezpośrednie dogadywanie się ambitnych inwestorów ze światowymi gwiazdami. Szło to całkiem obiecująco, bo potrafimy robić dobre wrażenie. Zaczęło się w 2006 r. od informacji, że w samym centrum Warszawy stanie wieżowiec Żagiel projektu Daniela Libeskinda. Rok później na tę prestiżową listę trafił ponownie Libeskind (wieżowiec w Poznaniu) i Zaha Hadid (Lilium – najwyższy wieżowiec stolicy). W 2008 r. znów ujawnił się Libeskind (osiedle w Gdańsku) oraz Zaha Hadid (już całe Lilium Center), a także Tadao Ando (Poznań – muzeum Starego Browaru). I wreszcie 2009 r. – Frank Gehry (Centrum Festiwalowe w Łodzi).

Projekty na wyrost, projekty powielane

Dziś większość tych projektów jest zawieszona, kilka odwołanych, a kiedy ruszą inne, nie wiadomo. Praktycznie tylko Żagiel ma szansę dumnie załopotać nad stołeczną architekturą. A i to z ponadtrzyletnim opóźnieniem w stosunku do początkowych założeń (zakończenie budowy planowano wstępnie na 2009 r.).

Co sprawia, że tak kiepsko pozyskujemy, a jeszcze gorzej zagospodarowujemy największych mistrzów architektury? Powodów jest kilka.

Zarówno Gehry w Łodzi, jak i Ando w Poznaniu, a zapewne także Hadid w Warszawie nie zrealizują swych projektów, ponieważ wcześniej nie zadbano o odpowiedni budżet na ich realizację. Zawiodła zasada „jakoś się uda”. Do tego dorzucić warto naszą biurokrację, ciągnące się latami rozstrzygnięcia sądowe (np. w sprawie budowy Żagla wstrzymanej po proteście kilku mieszkańców sąsiedniego bloku).

Nie bez znaczenia są również nasze gusty. Już wspominane wcześniej konkursy dowiodły, że Polacy (nawet ci wpływowi w architekturze) wolą estetykę hipermarketu Carrefoura i postmodernistyczne dziwactwa od jakichkolwiek śmiałych rozwiązań. Wystarczy zresztą rozejrzeć się dookoła po tzw. nowoczesnych budynkach polskich miast: albo jakieś historyzujące potworki, albo oszklone kloce i półwalce. A gwiazdy światowej architektury dlatego zazwyczaj są gwiazdami, że proponują rozwiązania niekonwencjonalne, przeto u nas raczej nie mają czego szukać.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną