Kultura

Kino wielowymiarowe

Berlinale: zachwyty i żale

Irański reżyser Asghar Farhadi i odtwórcy głównych ról w jego filmie „Nader i Simin. Separacja” Irański reżyser Asghar Farhadi i odtwórcy głównych ról w jego filmie „Nader i Simin. Separacja” Luo Huanhuan / BEW
Irański film „Nader i Simin. Separacja” pokazany został w połowie festiwalu i od razu stało się jasne, że nic lepszego w konkursie nie zobaczymy. Podobnego zdania było jury obradujące pod przewodnictwem Isabelli Rossellini.
materiały prasowe
„Nader i Simin. Separacja” - kadr z filmu nagrodzonego Złotym Niedźwiedziem na Berlinale 2011materiały prasowe „Nader i Simin. Separacja” - kadr z filmu nagrodzonego Złotym Niedźwiedziem na Berlinale 2011
Kadr z filmu „El Premio”. Za zdjęcia do niego Wojciech Staroń otrzymał Srebrnego NiedźwiedziaBerlinale/materiały prasowe Kadr z filmu „El Premio”. Za zdjęcia do niego Wojciech Staroń otrzymał Srebrnego Niedźwiedzia
Kadr z uhonorowanej za reżyserię „Śpiączki”Berlinale/materiały prasowe Kadr z uhonorowanej za reżyserię „Śpiączki”
Nagrodzony Grand Prix czarno-biały film węgierskiego reżysera Beli Tarra „Turyński koń”materiały prasowe Nagrodzony Grand Prix czarno-biały film węgierskiego reżysera Beli Tarra „Turyński koń”

Festiwale przypominają trochę zawody sportowe – narodowe kinematografie wystawiają swe reprezentacje, tworzą się nieoficjalne rankingi krajów przodujących pod względem liczby zdobytych trofeów, a nasi wysłannicy z entuzjazmem donoszą o polskich akcentach. Tymczasem coraz trudniej jednoznacznie ustalić, w jakich barwach występuje konkretny film. Niemal przy każdym tytule, prezentowanym na tegorocznym Berlinale, wymieniano kilka państw, które dołożyły się do budżetu.

My też zaczynamy brać udział w tych globalnych przedsięwzięciach, oczywiście w miarę możliwości. Jakkolwiek mogło to się wydawać dziwne, Polska figurowała jako koproducent (wraz z Meksykiem, Francją i Niemcami!) filmu „El Premio”, który nakręciła pochodząca z Argentyny Paula Markovitch, zaś piękne zdjęcia są autorstwa naszego Wojciecha Staronia, nagrodzonego Srebrnym Niedźwiedziem. Kolejny polski operator wpisuje się do światowej czołówki, czego, niestety, nie można powiedzieć o polskich reżyserach.

W pierwszych relacjach z Berlina powtarzały się opinie, że w tym roku było skromniej niż w przeszłości: mniej gwiazd i  co najważniejsze – brak arcydzieł. Ale arcydzieł brakuje ostatnio nie tylko na tym festiwalu, a co powiedzieć o tegorocznych nominacjach oscarowych? Może po prostu powinniśmy pogodzić się z myślą, że wielkie dzieła powstawać będą coraz rzadziej, gdyż taki jest uboczny efekt „umiędzynarodowienia” i demokratyzacji kina. Przybywa multipleksów, kwitnie produkcja przeznaczona dla telewizji i DVD. Wciąż też powstają nowe festiwale filmowe (wkrótce startuje wielka impreza w Pekinie), których już dzisiaj jest tyle, że modni reżyserzy mogliby spędzać cały rok w podróżach.

Oczywiście najbardziej renomowane festiwale korzystają ze swej uprzywilejowanej pozycji, ale ostatnio zmieniają nieco strategie. Nawet Cannes, które zawsze może liczyć na obecność sław, czyni starania, aby na Lazurowym Wybrzeżu pojawili się np. nowi, obiecujący twórcy z Azji. Natomiast Berlin nie ma zamiaru konkurować z Cannes czy Wenecją pod względem gwiazdorstwa i wystawności, czego dowodem zakończony właśnie festiwal. Niemcy stawiają zdecydowanie na kino ambitne, poszukujące, czasem wręcz niszowe, które raczej nie trafi do wielkich sal multipleksów. Ale to właśnie w tych filmach najlepiej widać problemy współczesnego świata.

Irański niepokój moralny

Idealną wręcz propozycją na tak zaprogramowane Berlinale był wspomniany film irańskiego reżysera Asghara Farhadiego, nagrodzony Złotym Niedźwiedziem. „Nader i Simin. Separacja” zaczyna się niczym zwyczajny obrazek rodzinny. Oglądamy skłóconych małżonków, którzy spotkali się w sądzie, by przedstawić swe racje przed niewidocznym w kadrze sędzią. Simin, już na pierwszy rzut oka Iranka nowoczesna, co podkreśla strojem, chce za wszelką cenę wyjechać za granicę. Nader, też należący do tej samej miejscowej średniej klasy, nie godzi się na emigrację z osobistego powodu, nie chce bowiem zostawić ojca cierpiącego na chorobę Alzheimera. Simin wyprowadza się do rodzinnego domu.

Jest jeszcze córka, 11-letnia Termeh, która w sporze rodziców – i jego późniejszych następstwach – odegra rolę wnikliwego i obiektywnego świadka. W finale zaś będzie musiała dokonać wyboru, kiedy sędzia spyta, z którym z rodziców postanowiła zostać. Odpowiada, że już podjęła decyzję, ale jeszcze się wstrzymuje z odpowiedzią. Na tym film się kończy, widz musi pomyśleć, po której stanęła stronie, a może po tym, co się stało, nie wierzy już ani ojcu, ani matce? Otóż po wyprowadzce żony Nader wynajmuje do opieki nad ojcem kobietę z innej sfery społecznej (cały czas w czarnym czadorze), przy tym bardzo religijną, która np. dzwoni do swego przewodnika religijnego, by zapytać, czy nie zgrzeszy, zdejmując zasiusiane spodnie choremu na alzheimera. W jednym domu spotkały się dwa Irany – jak bardzo od siebie odseparowane, pokażą dalsze wydarzenia. Kiedy gospodarz wyrzuci z domu służącą, zarzucając jej, że źle zajmuje się ojcem i w dodatku kradnie, kobieta za namową swego bezrobotnego męża oskarży go o to, że w wyniku brutalnego potraktowania poroniła. Nader broni się, twierdząc, iż nie wiedział, że jest w ciąży. Jak było naprawdę?

Może to odległe skojarzenie, ale przypomniało mi się nasze niegdysiejsze kino moralnego niepokoju. Trzeba jednak dodać, że nie tylko temat zadecydował o sukcesie „Separacji”. Film jest świetnie zrobiony i zagrany (Niedźwiedzie dla wykonawców głównych ról). Po prostu nowoczesne kino do oglądania, w wielkim skrócie pokazujące religijne, moralne i społeczne komplikacje dzisiejszego Iranu.

Podobną metaforę buduje amerykański reżyser Joshua Marston w nakręconym w Albanii filmie „Przebaczenie krwi”. Północ Albanii, na pierwszy rzut oka normalne miejsce na świecie, w zasięgu podstawowe zdobycze współczesnej cywilizacji  telewizory, komórki, zagraniczne papierosy itp. Ale to tylko zewnętrzny pozór, w istocie bowiem reguły rządzące miejscową społecznością nie zmieniły się od średniowiecza. Sytuacje konfliktowe między zwaśnionymi rodami nadal reguluje tzw. Kanun, wedle którego rodzina zabitego może w rewanżu zamordować wybranego mężczyznę z rodziny zabójcy.

Morderstwo w „Przebaczeniu krwi” spowodowane jest banalną kłótnią sąsiedzką o drogę. Rodzinę mordercy, który w dodatku się ukrywa, dosięgają surowe sankcje otoczenia, zaś potencjalną ofiarą rytualną może być 17-letni syn zabójcy. Chłopak jednak się buntuje, a to znaczy, że musi się przeciwstawić woli ojca i odwiecznej tradycji. Ale takie właśnie gesty sprzeciwu decydowały o moralnym rozwoju człowieka, od tragedii greckiej poczynając.

Szekspir w Belgradzie

W Berlinie zawsze było dużo polityki, więc i tym razem spodziewano się znaczących propozycji. Żyjemy przecież w ciekawych czasach, o czym przypominały oglądane późnym wieczorem w hotelu telewizyjne wiadomości. Z dużymi nadziejami czekano na reżyserski debiut brytyjskiego aktora Ralpha Fiennesa, który postanowił przenieść na ekran szekspirowskiego „Koriolana”. Film jest dynamiczny, mocny, chwilami brutalny i drastyczny. Oglądamy Koriolana w dzisiejszych dekoracjach, miasto wprawdzie Rzym się nazywa, ale w niczym starożytnej Romy nie przypomina, zresztą zdjęcia kręcone były w Belgradzie. Kariera wodza, który raz jest wrogiem tłumów, a raz ulubieńcem, a potem znowu zdrajcą, z pewnością wyraża jakąś prawdę o zawiłościach polityki, ale jest to prawda cokolwiek banalna.

Silna była reprezentacja gospodarzy. Nagrodę za reżyserię dostał Ulrich Kohler, który w „Śpiączce” pokazał, jak złudna może być pomoc zachodniego świata dla biednej Afryki.

Większe wrażenie robił jednak obraz Andresa Veiela „Jeżeli nie my, to kto”. Scenariusz powstał na podstawie książki Gerda Koenena pod wszystko mówiącym tytułem „Wesper, Ensslin, Baader – prehistoria niemieckiego terroryzmu”. Jeszcze raz lata 60. i trójka przywódców ówczesnych buntów młodzieżowych. Tym razem na pierwszym planie mniej eksponowany w poprzednich podobnych filmach Bernward Wesper, kochanek Gudrun Ensslin, która zostawi go dla Andreasa Baadera. Wesper próbuje ratować związek, zajmuje się ich porzuconym przez matkę dzieckiem, ale Ensslin jest już pod silnym wpływem bardziej radykalnego Baadera. Jest w filmie scena, gdy Gudrun chce porozmawiać przez telefon z porzuconą rodziną, co widząc Baader wyrywa sznur z gniazdka, wyrażając w ten sposób sprzeciw wobec znienawidzonych mieszczańskich odruchów. Ensslin przyznaje mu rację, co widownia skwitowała śmiechem.

 

 

Zdecydowanie najkorzystniej wypadł w filmie wątek rodzinnych rozliczeń z faszyzmem. Bunt zaczynał się od pytania zadawanego ojcom, co robili w czasie wojny. Wesper dowiaduje się, choć nie od rodziny, że ojciec nie tylko pisał peany na cześć Hitlera, ale też organizował palenie książek zakazanych autorów. Kiedy wyrzuca to matce, ta wygłasza zdumiewającą pochwałę führera: „Gdyby nie Hitler, nie byłoby cię na świecie! Ojciec nie chciał mieć dziecka, to Hitler życzył sobie, żeby ludzie się rozmnażali!”. A na widowni – znowu śmiech. I jak tu rozmawiać poważnie o historii?

Poza konkursem pokazano nowy film Wolfganga Murnbergera „Mój najlepszy wróg”. Akcja zaczyna się w latach 30. ubiegłego wieku w Wiedniu, a potem mamy Anschluss i lata wojny. Nie wnikając w szczegóły, najlepszy pomysł tu jest taki, że w obliczu wydarzeń historycznych często o losie decydują nie świadome wybory, lecz mundur, który się nosi. Tak się bowiem składa, że wskutek pewnej skomplikowanej intrygi Żyd gra udanie esesmana, a esesman zostaje poniewieranym Żydem. Dodajmy, że w filmie padają bodaj dwa polskie słowa, w tym oczywiście jedno na literę k.

Siła dokumentu

Nie zachwycił rosyjski film „W sobotę” Aleksandra Mindadzego, choć temat – pierwszy dzień z życia mieszkańców Czarnobyla po wybuchu reaktora w 1986 r. – zapowiadał się ciekawie. Rosyjscy twórcy, nie po raz pierwszy zresztą, udowodnili, iż pokazują swój kraj dokładnie tak, jak życzyłaby sobie tego – w ich mniemaniu – zachodnia publiczność. Wszystko oparte na schematach i kalkach. Główny bohater, kiedyś perkusista w miejscowej orkiestrze (pseudonim Johnny), teraz odpowiedzialny pracownik elektrowni, oddany swej partii, dowiaduje się wcześniej od innych o katastrofie i postanawia uciec z miasta wraz ze swą dziewczyną. Ale jest to ucieczka jak z koszmarnego snu – niby uciekają, a wciąż stoją w miejscu. W rezultacie zostają w mieście, trafiają na huczne wesele, gdzie były Johnny przypomni sobie, jak się wali w bębny i pije alkohol.

Wprawdzie reżyser zapewnia, że chciał nie tylko zbudować metaforę, ale pokazać ówczesne realia, jednak na ekranie tego nie widać. Metafora aż w oczy kłuje. Wszyscy chleją, obejmują się i bełkocą, jak w parodii rosyjskiego filmu. W dodatku główny aktor, o fizjonomii predestynującej go do ról kozackich atamanów, gra cały czas spode łba, abyśmy nie mieli wątpliwości, że jest postacią wewnętrznie pękniętą, może z Dostojewskiego.

Więcej prawdy o współczesnej Rosji pokazał niemiecki reżyser Cyril Tuschi w zaprezentowanym w sekcji Panorama dokumencie „Chodorkowski”. Reżyser wykonał kawał porządnej roboty, pokazując karierę Chodorkowskiego od komsomolca do miliardera, docierając do jego byłych współpracowników, rodziny i polityków, wreszcie i do samego skazanego, z którym może chwilę porozmawiać przez szybę. Chodorkowski spokojny, półuśmiechnięty, odpowiada na pytania, wierząc, że będzie miał szansę przekonać sąd o swej niewinności. (Napisy końcowe informują o wyroku z grudnia 2010 r., skazującym go na następne 6 lat więzienia). Zaś główna teza filmu jest prosta – gdyby superbogacz nie zajął się polityką, miałby do dziś święty spokój. A mógł też w porę wyjechać za granicę, na co władze po cichu liczyły. (Został zatrzymany tuż po powrocie z Ameryki). To był jeden z najbardziej obleganych tytułów całego festiwalu, wyświetlany parokrotnie, za każdym razem gromadził nadkomplety na widowni. Siedzący obok mnie Rosjanin w wieku zaawansowanym cały czas robił dokładne notatki. Chyba jakiś pilny krytyk.

Na tegorocznym Berlinale zobaczyliśmy po raz pierwszy filmy zrealizowane w technologii 3D, francuską animację Michela Ocelota „Opowieści nocy” oraz dwa dokumenty. Wim Wenders w „Pinie” pokazał teatr tańca Piny Bausch, a Werner Herzog w „Grocie zapomnianych marzeń” malowidła naskalne odkryte na południu Francji. Rezultaty są znakomite, ale kino dwuwymiarowe też nie powiedziało ostatniego zdania. Czego dowodem nagrodzony Grand Prix czarno-biały film węgierskiego reżysera Beli Tarra „Turyński koń”. Zaledwie 30 ujęć na dwie i pół godziny projekcji, dialogów niemal brak. Beckett to przy naszym bratanku prawdziwe kino akcji. O naprawdę wybitnym, poruszającym filmie Tarra, odnoszącym się do filozofii Nietzschego, trzeba by napisać oddzielny esej. Miejmy nadzieję, że trafi do naszych kin.

Jeszcze o polskich akcentach, niestety poza głównym konkursem. W Panoramie Special nowy film Jana Komasy „Sala samobójców” (wkrótce na ekranach), w sekcji Forum „Made in Poland” Przemysława Wojcieszka, w przeglądzie animacji „Świteź” Kamila Polaka. Do tego Grand Prix Deutches Kinderhifswerk dla „Jutro będzie lepiej” Doroty Kędzierzawskiej. W sumie niezły występ. Natomiast tym razem bankiet wydawany przez polską ekipę był skromny. W przeszłości bywało odwrotnie: żadnych filmów, za to przyjęcie wystawne. Zdecydowanie wolę, by na przyszłość było tak jak w tym roku.

Polityka 09.2011 (2796) z dnia 25.02.2011; Kultura; s. 84
Oryginalny tytuł tekstu: "Kino wielowymiarowe"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kraj

Osamotnienie – dżuma współczesności?

Mamy w Polsce 5 mln jednoosobowych gospodarstw domowych. Na razie co czwarte gospodarstwo. W 2035 r. – co trzecie.

Ewa Wilk
08.02.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną