Młodzi polscy dokumentaliści-pstrykacze w natarciu

Pokazać niewidzialne
Fotografują opuszczone fabryki, miejskie zakamarki, billboardy... Swoje prace nazywają projektami artystycznymi. Czy tworzą nową jakość w sztuce?
Opuszczona torpedownia w Gdyni
www.opuszczone.com/materiały prasowe

Opuszczona torpedownia w Gdyni

„Real Foto” – jedno ze zdjęć zebranych przez Mikołaja Długosza z portalu Allegro
www.allegro.pl/Materiały prywatne

„Real Foto” – jedno ze zdjęć zebranych przez Mikołaja Długosza z portalu Allegro

„Komunia” uwieczniona przez Przemysława Pokryckiego
Przemysław Pokrycki/Materiały prywatne

„Komunia” uwieczniona przez Przemysława Pokryckiego

Reklama Peweksu – zdjęcie z albumu „Best Before” Petera Ferko, Dominika Lejmana i Karoliny Wysockiej
Peter Ferko, Dominik Lejman, Karolina Wysocka/Materiały prywatne

Reklama Peweksu – zdjęcie z albumu „Best Before” Petera Ferko, Dominika Lejmana i Karoliny Wysockiej

Zdjęcia robią długimi seriami, obiekt po obiekcie, regularnie, beznamiętnie, wytrwale, jak do katalogu produktów. Siła tych przedsięwzięć tkwi bowiem w nagromadzeniu, skumulowaniu. Mieli wyjątkowych mistrzów: małżeństwo niemieckich fotografików i twórców tzw. szkoły düsseldorfskiej Hillę i Bernda Becherów. Ich monumentalne cykle zdjęć wież ciśnień, silosów, magazynów czy hutniczych pieców to niemal klasyka. Nie liczy się w nich wyobraźnia, fantazja, polot, lecz pomysł, warsztat i konsekwencja.

Najbardziej lubią tzw. klimaty urbanistyczne, pozostają nieczuli na najpiękniejsze nawet okoliczności przyrody. Choć zdarzają się wyjątki. Cecylia Malik zrealizowała projekt zatytułowany – bardzo adekwatnie do zawartości – „365 drzew”. Rzeczywiście, autorka dokonała imponującej dendrologicznej dokumentacji fotograficznej, ale na każdym drzewie umieściła także siebie samą, przycupniętą a to na konarze, a to gdzieś w listowiu. Zatem jest to bardziej cywilizacyjny artefakt aniżeli natura. Zazwyczaj jednak nowi dokumentaliści myszkują, według z góry powziętego planu, po obszarach gęściej lub luźniej zabudowanych.

Często czynią to z wyraźną perspektywą historyczną. Biorąc pod uwagę ich wiek, kieruje nimi raczej ciekawość niż nostalgia, choć sentymentalnych motywów wykluczyć do końca nie można. Zabawa polega na tym, by pod hasłem „Co nam zostało z tych lat...” przyjrzeć się jakiemuś wycinkowi odchodzącej w przeszłość materialnej (choć podszytej duchowością) rzeczywistości. Wniosek na ogół bywa przewidywalny: zostało nam coraz mniej.

Doskonały przykład stanowi przedsięwzięcie „Best Before” trójki artystów: Petera Ferko, Dominika Lejmana i Karoliny Wysockiej (Wyd. Bęc Zmiana 2010). To rodzaj archeologii reklamy, polegający na wyszukaniu i utrwalaniu na zdjęciach śladów reklam malowanych na murach budynków. Pokryte liszajami czasu, łuszczące się, ale monumentalne napisy pochodzą sprzed 30, a nawet 50 lat. Cóż, starszych czytelników z pewnością rozrzewnią blaknące hasła typu: „Pewex poleca atrakcyjne towary importowane”, „Społem – korzystaj z naszej gastronomii” czy „Czas to pieniądz” – relikty z czasów PRL.

Oryginalne i banalne

Nieco wcześniej podobnym tropem poszła Ilona Karwińska, w latach 2005–07 zapamiętale fotografująca warszawskie neony. Jej działanie okazało się inspirujące; zorganizowano wystawę, powstał społeczny ruch w obronie starych neonów, wreszcie muzeum, które zajęło się ich ratowaniem i gromadzeniem. W stołecznym entourage’u powstała także praca Artura Frankowskiego „Typespotting” (Wyd. Bęc Zmiana), który spojrzał na Warszawę przez pryzmat... liter. „Interesowały mnie napisy o różnorodnej funkcji, stylistyce i przeznaczeniu. Chciałem stworzyć zbiór, który opowie o Warszawie zarówno tym, którzy nigdy nie odwiedzili tego miasta, jak i tym, którzy niemal codziennie przemierzają jego ulice” – deklaruje autor. I zebrał napisy typograficznie dziwne i piękne, oryginalne i banalne.

O ile miejska typografia swobodnie przekracza dekady i ustroje – od II RP po ostatnie lata – o tyle zdecydowanie w peerelowskim klimacie zanurzył się projekt Mikołaja Grosperre’a „Kolorobloki”. Zrealizowany w latach 2005–06 i pokazywany na licznych wystawach, był obrazem brzydko starzejącego się modernizmu w jego najuboższej postaci – klockowatych wieżowców. Nawet rozsypane po polskich miastach rzucają się w oczy, zaś zebrane w serii zdjęć porażają monotonną i przyziemną estetyką. I na niewiele się zdaje ich oswajanie – poprzez malowanie elewacji, dodawanie billboardów i reklam, ozdabianie okien.

Pojawiły się także cykle bardziej industrialne, ukierunkowane na minioną epokę przemysłową. Najbardziej oryginalny z nich znaleźć można na stronie internetowej www.opuszczone.com, której pomysłodawcy i twórcy kryją się pod pseudonimami Chris i HumanTree. Wyjątkowość tego przedsięwzięcia polega na tym, że poza nimi do projektu dołączyło się już kilkanaście osób, a mapa starych, opustoszałych i zrujnowanych fabryk, które obfotografowali od 2004 r., stale się rozrasta, także za granicę (od Tajlandii i Kambodży, przez Włochy i Francję, po Islandię i Białoruś).

Podobnym tropem poszedł swego czasu Wojciech Wilczyk, który w robiącym duże wrażenie cyklu „Czarno-biały Śląsk” (1999–2003) pokazał industrialny rozpad. Ale jego najsłynniejszy, zwrócony ku przeszłości projekt to „Niewinne oko nie istnieje”. Objeżdżając przez dwa lata wzdłuż i wszerz całą Polskę, utrwalił na 5800 zdjęciach niemal wszystkie zachowane budynki, które przed II wojną światową służyły za żydowskie miejsca kultu. Z dokładnym opisem, co i kiedy się tam mieściło oraz co mieści się teraz. Okazały album wydał mu i pierwszą wystawę projektu zorganizował łódzki Atlas Sztuki. Obecnie zdjęcia pokazywane są w Paryżu.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną