Fenomen rumuńskiego kina

Rumun na fali
Nie węgierskie, nie czeskie, nie polskie, tylko biedne i utożsamiane z amatorstwem kino rumuńskie, jako jedyne z naszego regionu zdołało się przebić do światowej ekstraklasy.
„Loverboy” Catalina Mitulescu. Konfrontacja romantyzmu, marzeń, bezgranicznego oddania pierwszej miłości z trudnym do wyobrażenia wyrachowaniem.
WOLF/materiały prasowe

„Loverboy” Catalina Mitulescu. Konfrontacja romantyzmu, marzeń, bezgranicznego oddania pierwszej miłości z trudnym do wyobrażenia wyrachowaniem.

Poruszający melodramat młodzieżowy „Loverboy” Catalina Mitulescu.
WOLF/materiały prasowe

Poruszający melodramat młodzieżowy „Loverboy” Catalina Mitulescu.

„Najszczęśliwsza dziewczyna na świecie” Radu Jude. Obraz rodzinnej degrengolady w społeczeństwie owładniętym dzikim pragnieniem bogacenia się.
VIVARTO/materiały prasowe

„Najszczęśliwsza dziewczyna na świecie” Radu Jude. Obraz rodzinnej degrengolady w społeczeństwie owładniętym dzikim pragnieniem bogacenia się.

O narodzinach rumuńskiej nowej fali zaczęto mówić, gdy nikomu nieznany 39-latek z Bukaresztu Cristian Mungiu otrzymał Złotą Palmę w Cannes za dramat społeczny „4 miesiące, 3 tygodnie i dwa dni”. Przełomowy, w pełni zasłużony sukces przypominał wyczyn Krzysztofa Kieślowskiego z „Krótkim filmem o zabijaniu”. Odcinek „Dekalogu” tylko zyskiwał na znaczeniu pokazywany oddzielnie. Podobnie film Rumuna, stanowiący część szerszego telewizyjnego cyklu, zatytułowanego „Opowieści Złotego Wieku”, obśmiewającego żałosną codzienność komunistycznej dyktatury. Poważniejsza w tonacji, pilotująca całą serię historia o podziemiu aborcyjnym wykraczała dalece poza obraz patologii czarnorynkowego handlu mięsem, zbierania pustych butelek czy suto zakrapianych wizytacji partyjnych dygnitarzy na prowincji. Spełniała kryteria wnikliwego studium upadku zastraszonego społeczeństwa rządzonego przez Ceauşescu.

Takich twórców jak Mungiu: wrażliwych, wybitnie utalentowanych, gruntownie wykształconych, doskonale rozumiejących język współczesnej sztuki, pracuje w Rumunii wielu. Większość z nich studiowała na renomowanych zagranicznych uczelniach w Szwajcarii, Anglii, we Francji albo Stanach Zjednoczonych. Po rewolucji i krwawym przewrocie w grudniu 1989 r. wrócili, wierząc, że tylko w kraju będą należycie rozumiani, co nie do końca się sprawdziło. Czuli się wyalienowani, trochę jak cudzoziemcy, tym bardziej że nie zamierzali kopiować gatunkowych wzorów, korzystać z gotowych rozwiązań, podczepiać pod obowiązujące trendy, czego się po nich spodziewano.

Programowo odrzucali konformizm pokolenia rodziców. Chcieli rozpocząć wszystko od zera, budować całkiem nową relację z publicznością, opartą na emocjonalnym zaangażowaniu i krytycznym spojrzeniu, zaufaniu i inteligencji. Stawiali sobie za cel robienie kina artystycznego, maksymalnie blisko rzeczywistości, poszukującego zarazem nowych środków wyrazu. Pytani o inspiracje, wskazywali cinéma-vérité, Johna Cassavetesa, czeską nową falę i Luciana Pintilie - jedynego rumuńskiego reżysera starszego pokolenia, który nie zhańbił się kolaboracją, wybierając emigrację. (O trudnych początkach nowej fali czytaj w POLITYCE 38/07).

W 2009 r. Corneliu Parumboiu („12:08 na wschód od Bukaresztu”) wyreżyserował nietypowy dramat kryminalny „Policjant, przymiotnik”, którego akcja sprowadza się do monotonnego śledzenia niefrasobliwych poczynań młodego funkcjonariusza, najwyraźniej ociągającego się z aresztowaniem nastolatka sprzedającego kumplom marihuanę. Chłopak nie jest zawodowym dilerem, choć przełożeni policjanta tak twierdzą. Rozważając, czy warto niszczyć mu życie, Parumboiu stawia pytania ogólniejsze - o kondycję pogrążonego w stagnacji postkomunistycznego państwa, kultywującego totalitarne nawyki, niezdolnego albo nieprzejawiającego chęci do gruntowniejszej przebudowy. Film wygrał canneński konkurs Un Certain Regard.

Rok później debiutant Florin Serban dostał w Berlinie Srebrnego Niedźwiedzia za mocny dramat psychologiczny rozgrywający się w poprawczaku „Jak chcę gwizdać, to gwiżdżę”. A Bogdan George Apetri zaszokował międzynarodową publiczność „Peryferiami”, przejmującą odyseją młodej matki, która po wyjściu na przepustkę z więzienia próbuje załatwić pieniądze i uciec z synem za granicę.

Coś z greckiej tragedii

Ambitne, niepozorne filmy, różniące się od hollywoodzkich superprodukcji tak bardzo, że nikomu nie przyjdzie do głowy ich ze sobą porównywać, zdobyły też uznanie w Ameryce. Regularnie od kilku lat organizowane są przeglądy kina rumuńskiego na nowojorskim festiwalu Tribeca. Recenzują je czołowi krytycy „The New York Timesa”, „The Wall Street Journal”, „Village Voice”, podkreślając, że mają one coś wspólnego z greckimi tragediami i koncepcją katharsis.

Gdyby policzyć wszystkie laury i wyróżnienia, jakimi obsypano rumuńskich filmowców w ciągu ostatnich kilku lat, wniosek nasuwałby się jeden. Tylko dzięki rumuńskim artystom Zachód może teraz zrozumieć problemy i mentalność krajów postkomunistycznych. Co stanowi paradoks, bo Rumunia nie ma ani odpowiedniego zaplecza technicznego, ani wysoko rozwiniętego przemysłu filmowego. Kręci się tam niewiele. Rocznie powstaje niespełna 20 fabuł (połowa to koprodukcje) - trzy razy mniej niż w Polsce.

Działający od siedmiu lat rumuński CNC (odpowiednik naszego PISF) na programy operacyjne, m.in. edukację, promocję i produkcję, dysponuje skromniutkim budżetem, wynoszącym łącznie około 7,5 mln euro (u nas jest pięć razy więcej). Sal projekcyjnych też mają mniej. Przykładowo, wspomniany dramat Mungiu „4 miesiące, 3 tygodnie i dwa dni” obejrzało - jak na 22-milionową Rumunię - wyjątkowo dużo widzów, bo przeszło 60 tys. (rekord ich krajowego box office’u). Tak wysoką frekwencję osiągnięto tylko dzięki temu, że reżyser osobiście jeździł z własną kopią filmu od miasta do miasta, urządzając pokazy w kinie objazdowym.

Fenomen żywotności rumuńskiej nowej fali nie polega na osławionej bałkańskiej egzotyce. Folkloru, bajek, magii, ludowości w niej nie znajdziemy. Historycznych rozliczeń, odwołań do czasów okupacji albo jeszcze dawniejszych - zresztą też już nie. Współtworzą ją filmy na wskroś współczesne, rozgrywające się na ogół poza dużymi skupiskami miejskimi i stolicą, gdzieś na zapadłej prowincji, w środowiskach drobnych przedsiębiorców lub przestępców: sutenerów, złodziei, lokalnych mafiosów, prostytutek, zabójców. Są absolutnie pozbawione moralnego wartościowania, swobodę oceny pozostawiają widzowi.

Zaskakuje w tych filmach silne, organiczne połączenie codzienności i filozofii. Surowej, paradokumentalnej materii codziennego życia, obserwacji zwykłych czynności, wsłuchiwania się w nużące, pozbawione wyraźnego nerwu rozmowy z niewidoczną na pierwszy rzut oka, lecz głęboką refleksją egzystencjalną. To połączenie pojawia się w sposób naturalny, niewymuszony, bez wskazywania palcem, bez żadnych dodatkowych metafor, sprytnie ukrytych symboli, inteligentnych, odautorskich podpowiedzi, obrazowych gier.

W dążeniu do uchwycenia nagiej, odartej z masek i jakiegokolwiek komentarza rzeczywistości kryje się największy sekret oryginalności Rumunów. Udało im się nie tylko skutecznie odreagować i odciąć od wstydliwej, kompromitującej spuścizny kłamstw, politycznych manipulacji, odwracania znaczeń w znienawidzonej propagandzie poprzedniego ustroju i wszechobecnej, dezorientującej reklamy. Ale też dzięki eksperymentalnej estetyce, nowatorskiej formie, patrząc w zaskakująco świeży, autentyczny sposób na codzienność, dotrzeć do tego, co pod nią najgłębiej ukryte - do intymnej prawdy o człowieku zagubionym, niepotrafiącym sprostać stawianym sobie wymaganiom, cierpiącym z powodu niegodziwości innych.

Narratorem jest czas

Mistrzem i prekursorem nowego stylu (neo-neorealizmu) jest Cristi Puiu, rocznik 1967, autor najwyżej cenionych dzieł nowej fali - m.in. „Śmierci pana Lazarescu” i „Aurory”. Po powrocie z Genewy, gdzie studiował malarstwo, nakręcił za 200 tys. dol. fabularny debiut „Stuff and Dough”, który wywołał rewolucję w kinie rumuńskim. Od niego, 10 lat temu, wszystko się zaczęło. Puiu interesował się awangardą. Jeszcze jako student Akademii Sztuk Pięknych, zastanawiając się, jakie filmy chciałby robić, myślał o Godardzie i jego słynnej maksymie: „kino to prawda 24 klatki na sekundę”. I o Fassbinderze, który twierdził coś zupełnie odwrotnego: „kino to kłamstwo 24 klatki na sekundę”. Puiu doszedł do wniosku, że każda opowieść jest skrótem, a przez to fikcją, bo narzuca widzowi określony punkt widzenia. - Weźmy Napoleona - tłumaczy. - Jak opowiedzieć jego historię? Od urodzin na Korsyce? Skupiając się na rodzicach? Wcześniejszych przodkach? A może na wyjaśnieniu genezy monarchii francuskiej? Decyduje o tym narrator - on się liczy w opowiadaniu najbardziej.

W filmach Puiu narratorem jest czas, wszechogarniająca teraźniejszość, która nie pozwala zdobyć się na dystans. Puiu najbardziej interesuje moment przed, gdy człowiek jeszcze niczego nie wie, nie przeczuwa nawet swojej klęski i beztrosko patrzy w świat, który szykuje mu pułapkę bez wyjścia. Z perspektywy widza wygląda to dość przewrotnie, ot, same nieistotne, puste sceny, pozornie bez jakiegokolwiek sensu, ładu, hierarchii. Dopiero przy końcu cała ta krzątanina okazuje się znacząca, a tragizm przytłacza.

W „Stuff and Dough” wygląda to tak, że przez półtorej godziny słychać ogłuszający ryk silnika furgonetki, którą kieruje młody chłopak przewożący torbę z tajemniczą zawartością wyglądającą na lekarstwa, z jednego końca Rumunii na drugi. Nudną podróż wypełnia rozmową z kumplem i jego dziewczyną o wszystkim i niczym. Dopiero w finale, gdy doprowadzi swą misję do końca, okaże się, że stracił wolność, bo zawarł pakt z diabłem, czyli gangsterem, dla którego odtąd będzie musiał pracować.

Być może w streszczeniu brzmi to znajomo albo trywialnie, ważne, że po 10 latach od premiery film, dla którego trudno znaleźć gatunkowe określenie (kino drogi? thriller?), wciąż robi piorunujące wrażenie. Trzeba tylko zaakceptować fakt, że jego główną atrakcją jest uważna, psychologiczna obserwacja, wychodząca poza kino, poza schematy zaczerpnięte z innych filmów, dotykająca natury człowieka, jego autentycznych relacji z innymi ludźmi i prawdziwym światem. Im mniej w tym wyrafinowanej poezji i cytatów, im więcej drobiazgowych szczegółów, precyzji realistycznego spojrzenia, tym bogatszy i bardziej satysfakcjonujący efekt finalny. Ten minimalistyczny styl, nazywany dowcipnie puizmem, stał się narodową specjalnością Rumunów. Do dziś rozwija go i udoskonala wielu młodych reżyserów, zbuntowanych przeciwko sztampowej narracji, poszukujących pełniejszego oglądu człowieka w jego osamotnieniu, zaślepieniu, bezradności.

Reguły życia

Wyraźny wpływ „Stuff and Dough” widać w bardzo różnych tematycznie przedsięwzięciach, które trafiają właśnie na polskie ekrany. Takich na przykład, jak komedia satyryczna „Najszczęśliwsza dziewczyna na świecie” Radu Jude o skłóconej z rodzicami licealistce, która nie chce im oddać samochodu wygranego na loterii zorganizowanej przez producenta napojów gazowanych. Groteskowe, ciągnące się w nieskończoność naciski, wyrzuty, słowne szantaże, łącznie z groźbami wyrzucenia z domu córki, ujawniają gorzki obraz rodzinnej degrengolady w społeczeństwie owładniętym dzikim pragnieniem bogacenia się i doganiania kapitalistycznego Zachodu. Albo w melodramacie „Wtorek, po świętach” Radu Munteanu o smutnych konsekwencjach małżeńskiej zdrady, zwłaszcza dla małoletniej córki rozstających się rodziców. Albo w inteligentnej sarkastycznej psychodramie „Reguły życia” Constantina Popescu, w której widz ma okazję przyjrzeć się z bliska psychopatycznej osobowości człowieka sukcesu, zaradnego przedsiębiorcy, opływającego we wszelkie dobra materialne, uchodzącego za idealnego ojca, a stosującego brutalną przemoc wobec niepokornego, dorastającego syna.

Nie znaczy to wcale, że nowa fala kostnieje, powielając w kółko jeden i ten sam model dramaturgii. Wiele wskazuje na to, że Rumuni dojrzeli do kolejnego etapu swojej przygody z kinem artystycznym, wkraczając coraz śmielej na teren komercji i kreacji.

Dobrym przykładem może być poruszający melodramat młodzieżowy „Loverboy” Catalina Mitulescu (pokazywany w tym roku w Cannes w sekcji Un Certain Regard) o prostytucji nieletnich. Siłą filmu jest jego niebywała emocjonalność. Opowiada historię pięknej 17-letniej dziewczyny ze wsi, która z miłości do swego chłopaka godzi się wyjść na ulicę. Problem w tym, że przystojny młodzieniec też pała do niej wielkim uczuciem, ale podrywanie i rozkochiwanie w sobie nastolatek to jego praca. Mitulescu konfrontuje romantyzm, marzenia, bezgraniczne oddanie pierwszej miłości z trudnym do wyobrażenia wyrachowaniem, stawiając pytania o cenę, jaką młodzi ludzie płacą za zabicie w sobie idealizmu. Pokazany w filmie przypadek nie jest w Rumunii odosobniony, sprawa dotyczy szerszego zjawiska, wielu dzieci uprawiających seks za pieniądze, dla których, paradoksalnie, nie pieniądze są w tym najważniejsze.

A my, z zazdrością przyglądający się rumuńskim sukcesom, cieszyć się możemy, że oparta na faktach, jedna z najbardziej obiecujących propozycji tego sezonu, „Crulic - The Path to Beyond” Anki Damian powstała w koprodukcji z krakowską Fundacją Magellana. To rzadki przykład połączenia dokumentu z animacją, kolażem, rysunkami, którego bohaterem - przemawiającym zza grobu - jest skazany za kradzież Rom, ofiara głodówki w polskim więzieniu. Metafizyka ostro zaangażowana społecznie. Czegoś podobnego, co nie mogło ujść uwadze selekcjonerów w tak błyskotliwym ujęciu, dawno nie było. Na początek, w sierpniu, „Crulic” powalczy na jednym z najbardziej prestiżowych festiwali na świecie. PISF będzie miał się czym chwalić.

Janusz Wróblewski z Cluj-Napoki

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną