Wielka sztuka w warszawskich Łazienkach

Staś się nie znał, ale zbierał
Gdyby nie rozbiory, mielibyśmy jeden z najbardziej okazałych zbiorów malarstwa dawnego w tej części Europy. Ślady owej niedoszłej potęgi pokazuje wystawa otwarta w Pałacu na Wodzie w warszawskich Łazienkach.
„Neptun i Amfitryta (Triumf Galatei)”, autor nieznany, 1638–40 r.
Zamek Królewski w Warszawie/materiały prasowe

„Neptun i Amfitryta (Triumf Galatei)”, autor nieznany, 1638–40 r.

„Alegoria męstwa (Mars)” Marcello Bacciarellego, 1792–93 r.
Zamek Królewski w Warszawie/materiały prasowe

„Alegoria męstwa (Mars)” Marcello Bacciarellego, 1792–93 r.

„Satyr grający na fujarce” Jacoba Jardaensa, 1620–21 r.
Zamek Królewski w Warszawie/materiały prasowe

„Satyr grający na fujarce” Jacoba Jardaensa, 1620–21 r.

„Wiejski doktor” Davida Teniersa (mł.), druga połowa XVII w.
Zamek Królewski w Warszawie/materiały prasowe

„Wiejski doktor” Davida Teniersa (mł.), druga połowa XVII w.

Król Stanisław August Poniatowski kochał poezję, cenił teatr i filozofię, ale jednak szczególną miłością pałał do malarstwa. I to już od najmłodszych lat. Gdy jako 16-latka wysłano go do Flandrii, by doskonalił się w sztuce wojennego rzemiosła, on wolał spędzać czas oglądając zbiory sztuki. Wszędzie gdzie zajechał, a podróżował sporo, ciągnęło go do galerii – w Londynie, Paryżu, Berlinie. Ale dopiero jako król mógł swej słabości dać upust.

Gdy zasiadał na tronie w 1764 r., był właścicielem ledwie parunastu, wyniesionych z domu, mało znaczących obrazów. Gdy pod koniec jego panowania sporządzono katalog obrazów, liczył on 2289 pozycji. Ich wartość oceniono na 55 tys. dukatów, co odpowiada – w wartości nabywczej – dzisiejszej kwocie ok. 30 mln zł. A przecież było jeszcze ponad 700 rzeźb (w tym 176 marmurowych), 1800 rysunków i blisko 70 tys. rycin wartych kolejne 25 tys. dukatów, a także porcelana, meble, miniatury...

Wykwintny amator

Król zbierał dzieła sztuki, bo... musiał. „Na europejskich dworach kolekcjonowanie stało się pasją i obowiązkiem, mającym świadczyć zarówno o wyrafinowanym smaku estetycznym, jak i o bogactwie władcy” – zauważa prof. Andrzej Rottermund. Ale z dzisiejszego punktu widzenia był Król Staś osobliwym kolekcjonerem. Z jednej strony niezwykle zachłannym, gromadzącym bez opamiętania. Wiadomo, że Marcello Bacciarelli, który sprawował pieczę nad królewską kolekcją, zmuszony był ukrywać przed władcą wiele z nadchodzących ze świata ofert zakupu. Król bowiem, nie bacząc na stan swoich finansów (zazwyczaj kiepski), gotów był akceptować większość propozycji. Utworzył w Europie całą sieć agentów, którzy buszowali po lokalnych rynkach sztuki. Obejmowała ona m.in. Sztokholm, Londyn, Amsterdam, Hagę, Paryż, Rzym, Florencję, a nawet Neapol.

Z drugiej strony trudno nazwać Poniatowskiego koneserem. Mimo wielu podróży po Europie, licznych zakupów, mądrych dyskusji o sztuce z artystami, którymi się otaczał, pozostał – jak go trafnie określił Tadeusz Mańkowski w wydanej w 1932 r. imponującej monografii – „wykwintnym amatorem, którego zajmuje głównie to, co odpowiada modzie, gustowi, powszechnym opiniom”. Podobną opinię, jeszcze za życia króla, wyrażali nieżyczliwi mu przedstawiciele tradycyjnego polskiego sarmatyzmu. Henryk Rzewuski pisał m.in.: „Król, Bogiem a prawdą, na niczem się nie znał, lubo miał wielką pretensję do koneserstwa w rzeczach kunsztu”.

Podobało mu się to, co podobało się na salonach Paryża czy Londynu. Cenił sobie bardzo kunszt van Dycka, Rembrandta, Rubensa, Poussina i chwała mu za to. Ale jego największymi faworytami pozostawali artyści o nazwiskach, które dziś znane są jedynie fachowcom. Potrafił zapłacić więcej (300 dukatów) za obraz manierzysty Vanloo niż za wyśmienity obraz Fragonarda (200 dukatów).

Ów oświecony dyletantyzm nie przeszkadzał mu jednak hołdować zasadzie, że jako klient wie najlepiej. A jak szczegółowe potrafiły być jego wskazówki dotyczące zamawianego dzieła, niech świadczy ów zachowany list z sugestiami dla malarza Bacheliera: „Chciałbym widzieć bażanta, wiszącego za nogę w spiżarni, wraz z jakimś innym, mniejszym ptakiem na stole, z kotem, który się zdaje do tego skradać, szklankami i innymi naczyniami kuchennymi i okienkiem zakratowanym w tle”.

O kolekcjonerskich ambicjach króla świadczy też zachowana notatka, w której Poniatowski zaleca, jak zachować się na wypadek pożaru pałacu i co ratować przede wszystkim. „Pierwsza myśl o ratunku powinna być o tym stoliku, na którym pisuję” – przypomina. Następnie idą w kolejności: szafki górne i dolne, archiwa, skarbiec, biblioteka z pismami Naruszewicza, a w końcu „obrazy, które łatwo zdjąć ze ścian”.

13 Rembrandtów

Lektura katalogu królewskiej kolekcji robi dziś piorunujące wrażenie. Szczególnie zbiór malarstwa holenderskiego, wprawdzie z mnóstwem gorszych manierystów, ale też z 13 obrazami Rembrandta i licznymi pracami Steena, Metsu, Dou czy Terbocha, Wouwermansa. Flamandowie? Proszę bardzo: Teniers (5), Breughel (14), Rubens i van Dyck (po 3), Jordaens. Z Francji Boucher, Fragonard, Greuze i David, z Niemiec – Cranach i Holbein (3). I ważne nazwiska z Włoch: Guido Reni (jego obraz przedstawiający śpiącego Amora był najwyżej wycenionym w całej kolekcji – na 1200 dukatów), Tycjan, Veronese, a nawet Leonardo da Vinci. Słowem, mistrz goni mistrza. A byłoby jeszcze lepiej, gdyby król, ze swymi gigantycznymi wydatkami, zamiast modami, kierował się rzeczywistą jakością artystyczną.

Historycy sztuki już dawno stwierdzili, że indeksem nazwisk nie ma się co zbytnio emocjonować. W XVIII w. rzadko przywiązywano wagę do weryfikacji autorstwa obrazów i badania ich autentyczności. Oryginały cudownie mieszały się z kopiami. Dziś już wiadomo, że sporo z tych atrybucji było nieprawdziwych, a wielu innych nie sposób dziś ustalić, ponieważ po obrazach nie zachował się choćby cień. Ale i po tych zastrzeżeniach przyznać trzeba, że w królewskich zbiorach znajdowało się wiele wybitnych prac, które dziś byłyby ozdobą każdego muzeum.

Kolekcja była ogromna. A mogła być jeszcze większa. W Wiedniu czekała już specjalna przesyłka z pracami m.in. van Dycka. Ale prawdziwy skarb zgromadzono w Londynie. Handlarz i kolekcjoner Noel Desenfans zebrał 380 dzieł, w tym wiele prawdziwych arcydzieł. Nigdy nie dotarły do Polski. Część została rozprzedana, a 39 najcenniejszych stało się zaczątkiem jednej z najlepszych dziś kolekcji malarstwa na Wyspach Brytyjskich – Dulwich Gallery.

Poniatowski umyślił więc sobie tak: na Zamku Królewskim zawisną obrazy o tematyce historycznej oraz portrety znamienitych postaci. W Łazienkach znajdzie się malarstwo rodzajowe, głównie holenderskie, zaś w jednej sali (tzw. Galerie en Bas) zgromadzone zostaną dzieła, które król cenił i lubił najbardziej, m.in. Veronese’a, Fragonarda, Rembrandta, Caracciego, Mengsa i van der Meulena. A do Belwederu i do pałacu w Kozienicach wywędrować miały obrazy mniejszej wartości artystycznej i sentymentalnej. Tego planu nie udało się jednak zrealizować, bo nastąpił trzeci rozbiór Polski. A wraz z nim powolny, ale nieuchronny rozpad kolekcji.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną