Komiksowa świetność herosów przemija

Superbohaterowie są zmęczeni
Amerykański przemysł filmowy na dobre wchłonął skostniałą branżę komiksową. I robi na tym duże pieniądze.
Ryan Reynolds jako superheros Zielona Latarnia
Warner Bros/materiały prasowe

Ryan Reynolds jako superheros Zielona Latarnia

Kapitan Ameryka przypuszcza atak na ekrany
Marvel/materiały prasowe

Kapitan Ameryka przypuszcza atak na ekrany

Julie, wojowniczka z animacji „Heavy Metal: F.A.K.K.2 - The Movie”, której współscenarzystą był Simon Bisley
Heavy Metal Magazine/materiały prasowe

Julie, wojowniczka z animacji „Heavy Metal: F.A.K.K.2 - The Movie”, której współscenarzystą był Simon Bisley

Slaine, barbarzyński wagabunda
2000 A.D./materiały prasowe

Slaine, barbarzyński wagabunda

Moda na ekranizacje superbohaterów w najbliższym czasie nie przeminie. Do kin wchodzą właśnie „Captain America: Pierwsze starcie” i „Zielona Latarnia”, od czerwca możemy oglądać kolejny film o X-Menach. Czy to oznacza, że także komiksy z facetami w trykotach przeżywają drugą młodość? Przeciwnie! To dowód ich słabości i sygnał, że komiksowa świetność superbohaterów przemija.

Dziś komiks nie jest już dominującym medium w USA – stracił pozycję na rzecz filmu i gier wideo. Choćby ze względu na specyficzną dystrybucję, bo w Ameryce nie kupimy kolorowych zeszytów w każdym kiosku, tylko w wyspecjalizowanych sklepach komiksowych. Ale ich bohaterowie są tak mocno wpisani w kulturę jankesów, że nie mogli tak po prostu zginąć. Batman, Superman czy Spider-Man nie są tylko postaciami z komiksów, ale przede wszystkim silnymi markami, które przynoszą duży zysk dzięki licencjom, co najszybciej zrozumieli właśnie filmowcy.

Liczby mówią same za siebie: „Iron Man 2” zarobił ponad 600 mln dol., „Spider-Man 3” – 890 mln dol., a „Batman. Mroczny rycerz” – ponad miliard dolarów. Przypieczętowaniem tej kulturowej dominacji filmu był przed dwoma laty zakup komiksowego wydawnictwa Marvel przez Walt Disney Company za 4 mld dol. Tym samym padł ostatni bastion, bo inny komiksowy gigant – DC Comics (to z niego wywodzą się „Batman” i „Superman”) – został kupiony przez Warnera już w 1969 r.

Fani Marvela na wieść o fuzji z Disneyem podnieśli alarm, obawiając się, że przygody facetów w trykotach zostaną ugrzecznione niczym kino familijne. Ale ludzie z Disneya nie kupili wydawnictwa, by majstrować przy komiksach, tylko dla praw do postaci superbohaterów, dzięki którym będą mogli kręcić kolejne przeboje.

Ojcowie Mrocznego Rycerza

Wielkich pieniędzy nie zobaczą jednak wszyscy ci, bez których nie oglądalibyśmy dziś Człowieka-Pająka czy Hulka – autorzy postaci. To jeden z licznych grzechów otaczanego przez lata romantycznym mitem amerykańskiego rynku superbohaterów, które warto sobie przypomnieć przed pójściem do kina.

Od narodzin przemysłu komiksowego rysownicy i scenarzyści nie byli traktowani jak artyści, tylko rzemieślnicy lub wyrobnicy pracujący na sukces DC czy Marvela. Prawa autorskie do postaci należały niemal zawsze do wydawców, którzy podsuwali twórcom niekorzystne kontrakty. Najlepszy przykład to historia Jerry’ego Siegla i Joe Shustera – ojców Supermana. W 1938 r. kupiono od dwójki młodych żydowskich chłopaków prawa do Człowieka z Żelaza za imponującą sumę... 130 dol. Aż do lat 70. Siegel i Shuster sądzili się z DC Comics o odszkodowania, ale wygrane ostatecznie sumy to jedynie kropla w morzu pieniędzy, które zarobił gigant. Nieciekawa atmosfera panowała także przy narodzinach Batmana. Chociaż w 1939 r. postać stworzyła dwójka autorów: rysownik Bob Kane i scenarzysta Bill Finger, Kane dogadał się z DC Comics, by nazwisko Fingera wyparowało z „listy płac” i przez lata jedynie Kane pozostawał oficjalnym twórcą Mrocznego Rycerza.

Nie lepiej było w Marvelu. Dziś ikona „cudownego domu” to scenarzysta Stan Lee (przez lata także prezes wydawnictwa), który prezentowany jest opinii publicznej jako twórca Spider-Mana, Kapitana Ameryka czy X-Menów. Ale czy w świecie komiksu scenarzysta może stworzyć jakiegokolwiek bohatera bez współpracy z rysownikiem? Nic dziwnego, że o odzyskanie praw do swoich postaci z Marvelem spierał się uznany mistrz kreski Jack Kirby (zmarł w 1994 r.). Artysta zarobił dla firmy miliony, ale pracował w standardowym dla przemysłu komiksowego systemie, który określał, że wyłączne prawa do postaci posiada wydawca.

„Jeśli chodzi o to, jak przemysł komiksowy traktuje rysowników i scenarzystów, to jestem pewien, że nie zaskoczę tutaj nikogo, ale są oni traktowani jak zasoby” – mówił Alan Moore (sam skonfliktowany z DC) w „Wywiadach”, opublikowanych w Polsce w zeszłym roku. „Traktuje się ich jak pręty paliwowe z reaktora nuklearnego. Nie ma do nich ani krzty szacunku”.

Przemysł komiksowy doskonale czuje koniunkturę i umie wykorzystać swych bohaterów w ważnych dla Amerykanów chwilach. Tak było także przy okazji 11 września, kiedy Kapitan Ameryka, Spider-Man i kilku innych superherosów ratowało nowojorczyków ze zgliszcz WTC. Wcześniej przez lata walczyli z terrorem, mafią narkotykową i przestępcami (szczególnie w latach 80.), a w czasie drugiej wojny światowej – z hitlerowcami.

„Jestem twoim fanem od dawna i zanim odejdziesz, chciałem tylko powiedzieć: dziękuję... partnerze” – mówi Barack Obama do Spider-Mana. To specjalne wydanie (nr 583) przygód CzłowiekaPająka z okazji inauguracji prezydenta w 2009 r. Zgodnie z przewidywaniami, w zeszycie można przeczytać historię o tym, jak Peter Parker ratuje głowę państwa z opresji.

Koniunkturalni superherosi

Superherosi i ich wydawcy to koniunkturaliści, którzy zawsze stali po stronie władzy, na straży amerykańskich wartości i porządku publicznego. W gruncie rzeczy nie mieli wyjścia, bo rząd – mając świadomość rosnącej od lat 40. potęgi komiksowego medium wśród młodych czytelników – nałożył na DC, Marvela i innych mainstreamowych edytorów kaganiec cenzury w postaci tzw. kodeksu komiksowego. Po 1954 r. każdy, kto chciał sprzedawać swoje komiksy w oficjalnym obiegu i miejscach dostępnych dla dzieci, musiał przechodzić przez sito cenzury Comics Magazine Association of America.

Kodeks, który oficjalnie przestał obowiązywać dopiero w tym roku, zbudował pewną tradycję dobrych relacji między władzą a przemysłem opowieści obrazkowych. Dlatego widok Kapitana Ameryka, który tłucze hitlerowców czy żołnierzy Wietkongu, a w przerwach daje wykłady na temat amerykańskiej wolności, w latach 50. i 60. nikogo nie dziwił, a dziś Amerykanów nie dziwi bratanie się Spider-Mana z Obamą. Fenomen amerykańskich superherosów polegał właśnie na tym, że dawali władzy i społeczeństwu to, czego chcieli: poczucie wyższości nad innymi narodami, wiarę w narodowe wartości, a kiedy trzeba, przynosili pocieszenie. Coraz częściej też superherosi, zamiast półbogami, byli zwykłymi ludźmi z sąsiedztwa, obdarzonymi supermocą przez przypadek. Tak, by każdy młody Amerykanin mógł zobaczyć w nich siebie – o ile miał białą skórę i pochodził z klasy średniej.

Ten mechanizm utożsamienia działa dziś na jeszcze szerszą skalę w wypadku filmów. Ale w komiksie już się nie sprawdza, bo superbohaterowie na papierze wpadli w pułapkę schematu.

Dlaczego dziś? Bo kino ma doskonałe możliwości techniczne, których nie posiadało 10 czy 20 lat temu, i na srebrny ekran można z powodzeniem przenieść nawet najbardziej widowiskową i fantastyczną historię z komiksu, zamieniając ją w prawdziwy fajerwerk. Problem w tym, że na planszach komiksu ta widowiskowość, niesamowite postaci i ich niewiarygodne moce przez lata stworzyły skostniałą konwencję, a przemysł komiksowy cechował estetyczny konserwatyzm. Uznawał jedyną słuszną estetykę graficzną, opartą na realistycznej kresce i umięśnionych postaciach z kwadratowymi szczękami, a później, wraz z rozwojem technik komputerowych – kiczowatym sposobem kolorowania, obfitującym w półcienie i refleksy świetlne.

Chociaż Stan Lee i kilku innych scenarzystów starało się czasem poruszać problemy społeczne, komiks superbohaterski na pierwszym planie umiejscawiał eskapistyczne fabuły: im dalej od zadawania trudnych pytań, krytyki władzy – tym lepiej. To wszystko przez dziesiątki lat hamowało rozwój sztuki komiksowej.

Ludzie przez pryzmat superherosów postrzegają do dziś całe medium komiksowe – już dużo bardziej różnorodne graficznie i fabularnie. I to przez nich przymiotnik „komiksowy” ma dziś wciąż pejoratywne znaczenie. Bo cóż to za sztuka, kiedy w konwencji nie mieściły się graficzne eksperymenty, cenzurowana treść nosiła znamiona propagandy, a rysowników i scenarzystów wydawca traktował jak siłę roboczą?

„Wiedziałem, że jestem po prostu stałocieplną istotą, która potrafiła pisać. Nie miałem żadnych złudzeń” – mówił dwa lata temu uznany scenarzysta „Iron Mana” i „Uncanny X-Men” Matt Fraction w jubileuszowym 300 numerze „The Comics Journal”.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną