Amy Winehouse nie żyje

Amy... żałujemy
Amy Winehouse żyła krótko, a śpiewała z grubsza tak, jak śpiewało się kiedyś - a mimo to zmieniła oblicze muzyki pop.
Wikipedia

Amy Winehouse robiła dokładnie to, co ceni wielu słuchaczy muzyki rozrywkowej - żyła na krawędzi, przeżywając skrajne emocje i opowiadając o tym poprzez muzykę. Za szczere wyznania wyśpiewywane w stylistyce retro, odwołującej się do bluesa, soulu i jazzu, zbierała nagrody - praktycznie wszystkie liczące się w świecie muzyki pop. I błyskawicznie, po wybitnej płycie "Back To Black", zyskała status ikony. Potem, czyli przez ostatnich pięć lat, było już głównie czekanie na kolejny album, który zamiast się przybliżać - oddalał się. Jeszcze dwa lata temu poważnie na jego temat spekulowano, potem prasa pisała już głównie o problemach Amy z alkoholem i narkotykami. Jej tegoroczna trasa koncertowa miała być szansą na muzyczny powrót wokalistki, ale gdy okazało się, że Amy nie jest w stanie występować przed publicznością - przynajmniej na dawnym poziomie - odwołano wszystkie kolejne koncerty, włącznie z tym w Polsce. – Stan, w jakim się teraz znalazła, powoduje, że trudno cokolwiek przewidzieć – mówił Mark Ronson, producent jej najsławniejszej płyty, w wywiadzie udzielonym ledwie kilka tygodni temu "Polityce".

27-letnia Amy cierpiała na depresję przez pół życia, ale i tak jej śmierć wydaje się czymś trudnym do zaakceptowania. Odszedł bowiem chodzący potencjał. Wokalistka nie tylko tragicznym życiorysem przypominająca Billie Holiday czy Anitę O'Day. Kojarzyła się z nimi także talentem wokalnym - fenomenalną naturalną ekspresją. Nie otworzyła w muzyce żadnej nowej furtki, ale jednocześnie wywołała wielką falę popu stylizowanego na muzykę lat 60. Od Duffy, po święcącą dziś triumfy Adele, która niejednokrotnie powoływała się właśnie na sukces Amy Winehouse. Była więc z jednej strony wtórna, ale zarazem - pierwsza w szeregu wielkich współczesnych sław brytyjskiej wokalistyki.

Trudne do zaakceptowania jest więc to, że nie nagra kolejnych płyt i nie odbierze kolejnych wyróżnień muzycznych, by przy okazji błysnąć szczerością i niewyparzonym językiem. Jak wtedy, gdy na gali nagród magazynu „Q” Bono wygłaszał długą listę podziękowań, a ona przerwała mu głośnym i bezceremonialnym: „Zamknij się, mam to w dupie!”.

Głupio się czuje w tym momencie komentator życia muzycznego, taki jak ja, jeśli już wcześniej mruczał pod nosem, że "to się musi skończyć źle". Bo finał tej historii robi z Amy kolejną z szeregu zdartych tragedii muzyki rozrywkowej. Jimi Hendrix, Janis Joplin, Kurt Cobain, teraz Amy Winehouse – wszyscy umarli w tym samym wieku, co sprawia, że łatwo zacząć wierzyć w jakieś okrutne fatum gwiazd. Jeśli spojrzymy na to na trzeźwo, okaże się, że tak układały się życiorysy osób, które już w młodym wieku osobiste życie potrafiły przełożyć na wielką muzykę. Gdyby jednak prasa wierzyła mitom, wszystkim co bardziej skłonnym do depresji i uzależnień muzykom przygotowywano by nekrologi, gdy tylko skończą 27 lat. Na szczęście tak nie jest. Ten tekst powstał post factum, a towarzyszące mu emocje mają także charakter osobisty. Żal mi Amy.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną