Kultura

Rysownik z piekła rodem

Wywiad: Simon Bisley, twórca kultowych komiksów

Okładka do wydania zbiorczego „Batman vs. Predator II” Okładka do wydania zbiorczego „Batman vs. Predator II” DC/Dark Horse / materiały prasowe
Brytyjski artysta, autor kultowych komiksów „Lobo” i „Slaine”, mówi o swoich polskich korzeniach, codziennych ćwiczeniach ręki, miłości do muzyki metalowej i o tym, dlaczego nie skończył szkoły.
Simon Bisley to ten zszokowany pan pośrodkuWikipedia Simon Bisley to ten zszokowany pan pośrodku
Okładka pierwszego zeszytu „Hulk/Wolverine: 6 hours”Marvel Entertainment/materiały prasowe Okładka pierwszego zeszytu „Hulk/Wolverine: 6 hours”
John Constantine, flagowa postać imprintu Vertigo, przynależnego do DC Comics, przeznaczonego dla dorosłego czytelnikaDC Comics Vertigo/materiały prasowe John Constantine, flagowa postać imprintu Vertigo, przynależnego do DC Comics, przeznaczonego dla dorosłego czytelnika

Simon Bisley, 49 lat, angielski ilustrator i autor komiksów, twórca okładek płyt grup heavy-metalowych. Uczęszczał do Banbury Art College (dzisiaj znane jako Oxford & Cherwell Valley College), ale tylko przez rok. Od tamtego momentu parał się jazdą ciężarówką oraz zaliczył krótką karierę zapaśnika. Do świata komiksu trafił przypadkiem, za sprawą kolegi pracującego w magazynie samochodowym.

Współpracował z najbardziej prominentnymi wydawnictwami tego typu w Wielkiej Brytanii (2000 A.D.) oraz USA (DC Comics, Marvel). W Polsce najlepiej jest znany jako rysownik przygód Lobo, kosmicznego zawadiaki siejącego śmierć i spustoszenie, oraz „Sądu nad Gotham” – historii obrazkowej, przedstawiającej spotkanie Batmana z Sędzią Dreddem. Za „Sąd…” dostał zresztą w 1992 roku nagrodę Eisnera (komiksowy odpowiednik Oscara) dla najlepszego artysty. Nakładem wydawnictwa Hanami ukazał się niedawno album ukazujący jego interpretacje najsławniejszych scen biblijnych.

Masz więcej do czynienia z Polską, niż może to się wydawać na pierwszy rzut oka.
Simon Bisley: Moja matka jest Polką. Dziadek natomiast walczył w trakcie wojny w Krakowie. Jestem oswojony z polskim językiem, chociaż nie potrafię powiedzieć w nim ani słowa. W domu rodzinnym był zazwyczaj wykorzystywany w trakcie kłótni i awantur. Był dosadniejszy oraz wykwintniejszy od powściągliwszej angielszczyzny. Nie ukrywam, że od czasu do czasu lubię rzucić „cholerą”! Mam w Polsce rodzinę, ale nie wiem zbytnio, co porabia…

Od czego rozpoczęła się Twoja kariera rysownicza?
W sumie nie pamiętam tego dobrze… O ile mi dobrze wiadomo, rysowałem od dziecka. Od momentu ukończenia 6 lat jest to nieodłączna część mojego życia, naturalny odruch przychodzący intuicyjnie. W dodatku byłem samoukiem, rodzice nie zabierali mnie do żadnych szkół rysunku. Owszem, mam za sobą przygodę Oxford & Cherwell Valley College, ale nie pobyłem tam długo. Nauczyciele nie byli zainteresowani tym, co chciałem robić, a ja w dodatku nie rozumiałem ich punktu widzenia. Po roku odszedłem stamtąd…

Zostałeś freelancerem?
Nie. Potem zacząłem pracować dorywczo. To była zazwyczaj praca fizyczna, dość ciężka. Przez długi czas obsługiwałem podnośnik ciężarowy. Rysowałem w wolnym czasie, ale nie myślałem o tym poważnie. Nie sądziłem, ze kiedyś będzie to dla mnie droga kariery. W zasadzie nie wiedziałem, jak się tam dostać. A gdzieś tam w oddali dawało o sobie znać widmo nadchodzącego wyboru – albo ukończę college, albo pójdę do wojska. Ale pamiętam to jak przez mgłę.

Jak to właściwie się stało, że zostałeś zauważony przez wydawców?
Kolega ze szkoły pracował w magazynie motoryzacyjnym, „Autokar” bodajże. Był tamtejszym dyrektorem graficznym. Pokazał moje prace swoim znajomym, wśród których byli redaktorzy 2000 A.D. (najbardziej znane brytyjskie wydawnictwo komiksowe, znane z przygód Sędziego Dredda) czy magazynu Kerrang! Zadzwonili, pogadaliśmy i tak to się zaczęło. Z początku musiałem wysłuchiwać ich oczekiwań w trakcie rysowania, ale potem przyzwyczaili się do mojego trybu pracy. Najpierw rysowałem jakieś robociki i futurystyczne rzeczy… Nie lubię do tego wracać.

W środowisku rysowników uznawany jesteś za geniusza. Potrafisz ponoć rysować bez potrzeby naszkicowania obrazu. Twoje prace charakteryzują się nieposkromioną energią, wręcz dzikością
A tam! Po prostu nie ma co nad tym ślęczeć. Stawiam na intuicyjność. Potrafię zrobić 3 plansze dziennie. Okładki to już zupełnie inna liga – łatwo przy nich o dezorientację. To też kwestia scenariusza. Jeżeli jest swobodny, to otwiera nowe możliwości, kreatywność. Lubię ogólniki w scenariuszach, pozwala mi to rozwinąć skrzydła i nie nudzić się przy rysowaniu.

Świetnie wychodzą ci sekwencje rodem z horrorów, tudzież science-fiction. Tym bardziej dziwią twoje niezwykłe prace, będące autorską interpretacją motywów biblijnych. Jak to się stało, że narodziła się w tobie potrzeba stworzenia takich obrazów? Czy była to kwestia rozgrzeszenia?
Nie, nie. Jestem spirytualistą, mam ambiwalentny stosunek do religii. Nie przyszedł do mnie Jezus i nie nakazał mi narysowania tych prac. Traktowałem to bardziej jako wyzwanie artystyczne, próbę doskonalenia warsztatu, dopracowania aspektów anatomii i dynamiki. Przy takich pracach można się dużo nauczyć i dopracować niektóre elementy…

 


Chcesz powiedzieć, że masz braki?
Każdy je ma. Staram się w tych momentach odwrócić uwagę czytelnika. Weźmy takiego „Lobo”. Gdy mi coś nie wyszło, to czasami narysowałem od tak pingwina [śmiech]. Wystarczyło wrzucić na kadr lub rysunek kilka pingwinów i od razu czytelnik tracił uwagę.

W rzeczy samej, nie masz żadnego planu tworząc poszczególne historie?
Absolutnie. Nie mam żadnego planu. Wszystko przychodzi automatycznie. Trudno to ubrać w jakiekolwiek słowa. Jedyne, co mogę powiedzieć w tej mierze, to niezwykła waga ćwiczeń. Jeżeli chce się być dobrym, rozchwytywanym artystą, trzeba ćwiczyć, ćwiczyć i jeszcze raz ćwiczyć. Szczególnie anatomię, która jest bardzo pracochłonna i ciężka w odwzorowaniu.

Będąc jeszcze w kontekście biblijnym, gdybyś miał wymyślić dekalog dobrego rysownika, to co byś w nim uwzględnił?
Ciężko powiedzieć… Wydaje mi się, że sprawa jest dużo prostsza niż dekalog. Po prostu trzeba siedzieć i ćwiczyć, wypracowywać swój styl. To może przyjść równie szybko, jak też równie wolno. Niektórym przychodzi to po miesiącu ćwiczeń, niektórym po latach, dziesiątkach lat. Wypracowanie własnego, niepowtarzalnego stylu, to najczęściej efekt mozolnej harówy nad samym sobą. Gdy już się go ma, przychodzi czas na rysowanie i realizację zleceń. Tak wygląda teraz moje życie.

Wśród Polaków istnieje stereotyp, że komiks jest sztuką infantylną, z zasady prostą do tworzenia.
Tak? Cóż, to ich problem.

Z tego, co wiem, nie ograniczasz się wyłącznie do opowieści obrazkowych. Jesteś także uznanym projektantem okładek płyt grup rockowych oraz heavy-metalowych. Słyszałem również, że pogrywasz na perkusji…
A to prawda, ale jestem w tym niezwykle słaby (śmiech). Ogólnie jednak jestem wielkim fanem muzyki metalowej, mam wśród znajomych i przyjaciół muzyków oraz piosenkarzy grających tego typu muzykę. Często proszą mnie, abym wykonał do ich prac jakąś ilustrację.

Patrząc na Ciebie, jesteś wykapanym Lobo. Nic, tylko nałożyć na twoje ramię łańcuch z harpunem i pomalować twoją skórę na zgniłą biel…
Z założenia opowieści o Lobo to pastisz superbohaterszczyzny. Duża w tym zasługa Alana Granta. To najlepszy scenarzysta, z jakim do tej pory współpracowałem. Pozostawiał mi dużo swobody twórczej. Przy nim mogłem robić, co mi się żywnie podoba. Gdyby nie jego lapidarne scenariusze, „Lobo” nie byłby taką postacią, jaką znamy.

Jakieś plany na przyszłość?
Wydawnictwo DC Comics planuje reaktywację jednej ze swych głównych serii komiksowych (nie mogę powiedzieć jakiej) - rysuję im okładki. Pracuję też nad okładkami i planszami do serii „Hellblazer” [Jeden z cykli DC Comics, przeznaczony dla dojrzałego odbiorcy. Część tej serii została wydana w Polsce nakładem wydawnictwa Egmont – red.].

Masz jakieś marzenia twórcze?
Marzy mi się narysowanie historii o Batmanie do scenariusza Franka Millera…

Ale chyba zdajesz sobie sprawę, że ma on ostatnio cięższe dni? Fani zbojkotowali jego wizję Batmana w „All-Star Batman i Robin, Cudownym Chłopcze”.
Ale co mnie to obchodzi? Frank to mądry facet, potrafi napisać dobrą historię i przy tym dać dużo wolności artyście. Myślę, że razem moglibyśmy zrobić naprawdę dobrą opowieść z Mrocznym Rycerzem. To byłoby coś…

Podobno nie cierpisz na nadmiar skromności…
Ale w sumie - wbrew temu, co mówią ludzie - nie uważam siebie za jakiegoś wybitnego artystę.  Z pewnością nie jestem dobry w nakładaniu tuszu. Jeszcze długa droga przede mną. I jeżeli będę schodził z tego świata, to oby z pędzlem w ręku.

***

Simon Bisley był gościem tegorocznego Bałtyckiego Festiwalu Komiksowego. W trakcie wywiadu naśladował różne odgłosy z muzyki metalowej, co dawało bardzo ciekawe efekty.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Żyjmy Lepiej

Dziesięć tysięcy kroków

Chodźmy chodzić, maszerować z kijami i biegać. Plan minimum to dziesięć tysięcy kroków dziennie. Można też zwiększyć obroty, ale trzeba to robić z głową.

Marcin Piątek
28.07.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną