Rozmowa z Lechem Dyblikiem

Lubię idiotę, którym byłem
Aktor i pieśniarz opowiada o życiu bez picia, błatnych pieśniach i rolach trzeciego planu
Lech Dyblik – aktor filmowy i telewizyjny, absolwent krakowskiej PWST
Tadeusz Późniak/Polityka

Lech Dyblik – aktor filmowy i telewizyjny, absolwent krakowskiej PWST

Dyblik to także pieśniarz, wielbiciel odeskiej muzyki bandyckiej. Ze swoimi „Banditen songs” koncertuje po polskich więzieniach
Tadeusz Późniak/Polityka

Dyblik to także pieśniarz, wielbiciel odeskiej muzyki bandyckiej. Ze swoimi „Banditen songs” koncertuje po polskich więzieniach

„Rzadko oglądam to, co zagrałem. Kiedyś uświadomiłem sobie, że za bardzo lubiłem oglądać siebie w telewizji” - mówi Lech Dyblik
Tadeusz Późniak/Polityka

„Rzadko oglądam to, co zagrałem. Kiedyś uświadomiłem sobie, że za bardzo lubiłem oglądać siebie w telewizji” - mówi Lech Dyblik

Joanna Podgórska: – Zszedł pan przed chwilą z planu, co to za rola?
Lech Dyblik: – Odcinek serialu „Świat według Kiepskich”. Gram domorosłego filozofa Badurę, który z Ferdynandem Kiepskim omawia ważkie problemy świata, siedząc na złomowisku z butelką wina. Obaj są zatroskani rozwojem cywilizacji.

Czyli epizod. Gra pan głównie epizody; znaczące, zapadające w pamięć, ale jednak epizody. To pana wybór?
Nie, ale i tak jestem Bogu wdzięczny za to, co robię. Mam ciekawe życie. Lubię swoją pracę i jestem w stanie utrzymać za nią rodzinę. Może jeszcze będę grał większe role. Jeśli nie, trudno. Świat nie kończy się na aktorstwie.

Niedawno wydał pan płytę z muzyką rosyjską, a dokładnie odeskimi pieśniami więziennymi, bandyckimi. Jak to się zaczęło?
Kiedyś opowiadałem, że od tego, jak mnie przez pomyłkę zamknęli do więzienia w Rostowie, ale to tylko anegdota. Tak naprawdę zaczęło się przypadkiem. Kolega, który pracował u bardzo bogatego Ukraińca, przyniósł mi płytę, którą wyciągnął mu z Lexusa, i mówi: posłuchaj, jaka dziwna muzyka. To były właśnie te błatne pieśni. Skopiowałem to i po dwóch latach stwierdziłem, że słucham tego codziennie. I tylko tego.

Rosyjski jest niesamowity. To język gotowy do wyrażania strasznych, skrajnych stanów ducha. Ma gotowe słownictwo, gotowe przekleństwa, ale też pięknie się nim mówi o miłości. Tych stanów duszy, kiedy człowiek staje pod ścianą, lepiej niż po rosyjsku się nie wyrazi. Kiedyś, w czasie studiów, siedziało się z przyjaciółmi przy wódce, słuchało i śpiewało Wysockiego, więc myślałem, że sprawę rosyjskiej muzyki mam w życiu załatwioną. Ale tak naprawdę niewiele z tego rozumiałem. Dopiero teraz, gdy poznałem błatne pieśni, zrozumiałem tę straszną rzeczywistość, o której Wysocki śpiewał. Był jednak pewien problem, nie umiałem na niczym grać i nigdy nie śpiewałem. Zacząłem się uczyć grać na gitarze, a kolega z Odessy tłumaczył mi kulturowe konteksty, uczył odeskiej grypsery. Trwało to cztery lata. Cztery lata się przygotowywałem, żeby zaśpiewać parę rosyjskich piosenek.

Uwielbiam robić rzeczy nielogiczne. Bo w sztuce najbardziej interesujący jest brak logiki. Nawet znajomi z Rosji mi odradzali, mówili, że jest tyle piękniejszych rzeczy. Wykształceni Rosjanie się od błatnych pieśni odżegnują, bo kojarzą im się z chamstwem, przemocą. Z drugiej strony, jakoś je czują, bo przecież żyli w rzeczywistości zniewolenia. Tam każdy albo sam siedział, albo miał w więzieniu kogoś z rodziny czy znajomych.

Melancholię też w tych pieśniach słychać.
To są opowieści o nieszczęśnikach, którym nie wyszło. Czyli w pewnym sensie o nas wszystkich, bo ja nie wierzę w ludzi, którzy mówią, że ich życie to pasmo sukcesów. Ja jestem po stronie tych, którym nie wyszło, odrzuconych, nieudaczników. Wiele razy w życiu sam tak się czułem, więc z nimi mi ciekawiej. Jeden z najbardziej niesamowitych koncertów zagrałem z moim przyjacielem Aleksiejem na Mołdawance. To stara żydowska dzielnica Odessy, postrzegana jako bandycka. Ale tak naprawdę to dzielnica ludzi biednych. Wszyscy przytomni Żydzi już dawno z Mołdawanki uciekli, zostały tylko ofiary losu, drobni złodzieje, pijaki. Dla nich zrobiliśmy koncert.

Ci ludzie wystawili w podwórku długi, suto zastawiony stół: sałatki, szaszłyki, wódka. Zaczęliśmy grać, a to przecież są ich piosenki, właśnie z tych odeskich podwórek, wszyscy je znali i śpiewali razem z nami. Jak się już trochę napili, to przychodzili pogadać i byli wzruszeni tym, że ktoś do nich przyjechał: artyści, i to jeszcze Polacy; dla nich jakby ktoś z Księżyca. Poczuli się ważni. Do takich ludzi warto i trzeba właśnie chodzić, żeby zrozumieli, że nie są skończeni, nie są ostatni. Oni bardzo dobrze czują, że mnie nikt do tego nie zmusza. I że to nie jest show-biznes.

Dlaczego gra pan na ulicy?
Jako młody człowiek strasznie zazdrościłem chłopakom, którzy grali na ulicy. Nie zrealizowałem wielu marzeń, więc pomyślałem, że spróbuję chociaż dotknąć tematu. W młodości oczywiście wszystko, co robiłem, to musiało być mistrzostwo świata, walczyłem o najwyższą stawkę. Teraz jako człowiek bardziej rozumny wiem, że nie muszę być mistrzem świata. Jak poczułem, że już coś umiem, postanowiłem wyjść na ulicę. Ale jak to zrobić? Strasznie się wstydziłem, że się zbłaźnię. Oswajałem się z tematem w środku nocy, gdy ulice są puste. Szło mi doskonale.

Pan ma znaną twarz. Jak ludzie reagują?
Bardzo różnie. Młodzi zazwyczaj czują, że to żart. Ale ludzie w moim wieku są przerażeni: panie Lechu, co się stało? Jakieś kredyty? Kiedyś śpiewałem w Łodzi na Piotrkowskiej. Przechodził Volker Schlöndorff, minął mnie, zatrzymał się, wsłuchał się chwilę, wrzucił jakieś drobne do futerału na gitarę i poszedł. Lubię wieczory, ale raczej nie weekendowe, bo wtedy Piotrkowską przewala się dziki, pijany tłum. Natomiast w normalne dni naród jest przytomny, przystaje, posłucha, pogada.

Kto przychodzi na pana koncerty?
Aleksiej, z którym często grywam, zwrócił uwagę, że to bardzo specyficzna publiczność. Gdzieś w tych małych miastach z nor wyłazi stara polska inteligencja. Licho ubrana, niemodna, starsza, sterana życiem. Ci ludzie doskonale wszystko rozumieją. Mają cudownie mądre twarze. Już nigdzie nie chodzą, świat im niczego nie proponuje, nie mają pieniędzy. Następną płytę, którą nagram, będę rozdawać za darmo po koncertach. To oczywiście nielogiczne w tych czasach. Ale to też nie są zwykłe koncerty, tylko wspólny czas. Aleksiej nazywa to ogoniok, czyli moment, gdy Rosjanie siedzą w kuchni, trochę piją, trochę gadają, trochę śpiewają, nikomu się nigdzie nie śpieszy. Świata tym wieczorem nie zbawimy, ale jest przyjemnie.

Jeździ pan też z koncertami do więzień. Misja?
Gdy jadę gdzieś z koncertem, sprawdzam, czy w okolicy jest więzienie, noclegownia czy ośrodek dla uchodźców i przed południem tam gram. Tak, to jest misja. Dawno temu nie zapłaciłem terapeucie, który uratował mi życie na kuracji odwykowej. Były lata 80. Miałem sporo pieniędzy, bo produkowałem i sprzedawałem jakąś sztuczną biżuterię. Chciałem panu Markowi zapłacić, ale ktoś mi powiedział, żebym się nie wychylał, że to nie wypada. Mam poczucie niespłaconego długu.

Kiedyś przypadkiem zagrałem w więzieniu w Gdańsku i poczułem, że to jest to. Zrozumiałem, że mam tym ludziom coś do powiedzenia. Mimo że nie znają rosyjskiego, doskonale czują te pieśni, bo jest w nich jakaś niezgoda na to, że człowiek jest skończony, że jest szmatą, śmieciem. Jest walka o siebie. A do tego ja jestem żywym przykładem, że jak człowiek walczy o siebie, to musi mu się udać. Byłem w głębokiej dupie i się z tego podniosłem. Śpiewanie to tylko pretekst do rozmowy. Najlepiej rozmawia mi się z ludźmi, którzy mają długie wyroki; 25 lat albo dożywocie.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną