Nieśmiertelny Roman Opałka

Między jedynką a nieskończonością
Trzy kroki prowadzą twórcę ku artystycznej nieśmiertelności. Pierwszy to wymyślić coś, czego nikt wcześniej nie wymyślił. Drugi – sprawić, by nie miało to charakteru sezonowej ciekawostki. Trzeci – przekonać do swej sztuki innych.
Roman Opałka (1931–2011) - malarz, rysownik, autor tzw. obrazów liczonych. Urodził się w Abbeville we Francji w rodzinie polskich emigrantów
Natalie Darbellay/Sygma/Corbis

Roman Opałka (1931–2011) - malarz, rysownik, autor tzw. obrazów liczonych. Urodził się w Abbeville we Francji w rodzinie polskich emigrantów

Roman Opałka z cyklu „1965/1 – Infinity”
Aleksander Jałosiński/Forum

Roman Opałka z cyklu „1965/1 – Infinity”

Krok pierwszy uczynił w 1965 r. Dzięki zwierzeniom artysty dokładnie znany jest moment, w jakim to uczynił: czekając w warszawskiej kawiarni na spóźniającą się żonę. Trwało to na tyle długo, że zdążył stworzyć fundament swojej przyszłej sztuki. Drugi krok był trudniejszy, a o sukcesie zadecydowały dwie okoliczności. Przede wszystkim wytrwałość samego artysty. Nie zrażał się, nie wątpił, nie miał chwil załamania, a to, co początkowo wydawało się dziwaczną fanaberią, z kolejnymi latami, a w końcu dekadami, przebijało się do świadomości świata sztuki. Ale zadziałała także zasada dobrze znana m.in. z filmu, literatury czy telewizji, że najlepsze są pomysły najprostsze. Pisanie liczb, jedna po drugiej, zaczynając od „1”, niespodziewanie ujawniło ogromne możliwości interpretacyjne.

Krok trzeci okazał się już naturalną konsekwencją dwóch wcześniejszych, choć i tym razem nie było łatwo. Niektórzy krytycy kpili, publiczność się oburzała. „Na początku nikt nie rozumiał tego, co robię. Nawet żona uważała, że zwariowałem” – wspominał. Ale czas, który postanowił portretować, okazał się też nie tylko wdzięcznym modelem, ale i dobrym sprzymierzeńcem. Prace zaczęły trafiać do renomowanych muzealnych kolekcji i na znaczące wystawy. Aż siedem razy wystawiano je na Biennale w Wenecji. Krytycy wnikliwie pochylali się nad rzędami liczb, poszukując w nich coraz nowych sensów, a pewien kolekcjoner zapłacił przed rokiem za zestaw trzech jego obrazów 713 tys. funtów, co okazało się najwyższą ceną w historii uzyskaną za pracę polskiego artysty.

Malarz czasu

Opałka zdobył w art worldzie wysoką pozycję, cenili go krytycy, kuratorzy, szefowie instytucji wystawienniczych. Do powszechnej świadomości masowej widowni raczej się nie przebił, daleko mu było do takich gwiazd jak Hirst, Barney czy Murakami. Znali go raczej wyrafinowani miłośnicy sztuki. A nawet i oni odbierali jego obrazy według podobnego, prostego i wygodnego schematu: że zapisywane na płótnie ciągi liczby są odpowiednikiem upływającego czasu. To zaowocowało zresztą efektownym określeniem „malarz czasu”. Równocześnie jego twórczości praktycznie do końca towarzyszyło wiele nieporozumień i niesłusznych, a nawet niesprawiedliwych interpretacji. Rozważmy kilka z nich.

Autorzy rozlicznych not biograficznych artysty, rozsianych po leksykonach, słownikach, książkach o sztuce współczesnej, nie mieli wątpliwości: był Opałka artystą konceptualnym. Czyli takim, dla którego w sztuce liczy się przede wszystkim pomysł, idea, owa koncepcja. I w gruncie rzeczy było to przypisanie słuszne. Wszak jego „obrazy liczone” nie zrodziły się w akcie twórczego uniesienia, w gorączkowej, twórczej wizji, ale wzięły się ze spokojnej, intelektualnej spekulacji. Wszystko tu było z góry zaprogramowane i konsekwentnie przez ponad 40 lat realizowane.

Od rozmiaru obrazów (zawsze 195x135 cm) przez dobór kolorów (białe cyfry na początkowo czarnym, a następnie każdorazowo rozbielanym o 1 proc. płótnie) po elementy towarzyszące twórczości (nagranie głosu malującego artysty, wymawiającego zapisywane liczby oraz fotograficzny autoportret robiony po zakończeniu każdego dzieła).

A jednak Opałka nie był typowym konceptualistą, czerpiącym satysfakcję z samego pomysłu i niespecjalnie dbającym o realizację i ostateczny kształt pracy. Po pierwsze, jego dzieło wymagało ogromnego nakładu pracy. Każdą liczbę malował starannie, powoli. W najwyższej formie mógł w ten sposób namalować kilka obrazów rocznie, w ostatnich czasach – już tylko jeden. To go raczej zbliżało do dawnych mistrzów – z pietyzmem i benedyktyńskim poświęceniem tworzących kolejne dzieła. Od konceptualistów różniła go także emocjonalność. Nie wystarczała mu intelektualno-filozoficzna waga tego, co robi.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną