Rozmowa z Woodym Allenem

Nie jestem wielkim artystą
Reżyser, którego najnowsza komedia „O północy w Paryżu” właśnie wchodzi na polskie ekrany, opowiada o lenistwie, religii, podróżach i realizmie.
Woody Allen (ur. w 1935 r.) – reżyser, aktor, scenarzysta, miłośnik nowoorleańskiego jazzu, jeden z najwybitniejszych twórców światowego kina
Reuters/Forum

Woody Allen (ur. w 1935 r.) – reżyser, aktor, scenarzysta, miłośnik nowoorleańskiego jazzu, jeden z najwybitniejszych twórców światowego kina

Carla Bruni i Owen Wilson na planie filmu „O północy w Paryżu”
materiały prasowe

Carla Bruni i Owen Wilson na planie filmu „O północy w Paryżu”

„O północy w Paryżu” to hołd złożony paryskiej bohemie początku XX w., pięknu zabytkowego miasta i jego legendzie
materiały prasowe

„O północy w Paryżu” to hołd złożony paryskiej bohemie początku XX w., pięknu zabytkowego miasta i jego legendzie

W Hollywood średni budżet filmu wynosi 50 mln dol. „O północy w Paryżu” kosztował 15 mln dol.
materiały prasowe

W Hollywood średni budżet filmu wynosi 50 mln dol. „O północy w Paryżu” kosztował 15 mln dol.

Pisarz, grany przez Owena Wilsona, nie odnajduje się we współczesności i marzy o ucieczce w lata 20. XX w.
materiały prasowe

Pisarz, grany przez Owena Wilsona, nie odnajduje się we współczesności i marzy o ucieczce w lata 20. XX w.

Razem ze swą filmową narzeczoną Inez (Rachel McAdams) wyjechali do Paryża, by w tak romantycznych okolicznościach przyrody zaplanować ślub
materiały prasowe

Razem ze swą filmową narzeczoną Inez (Rachel McAdams) wyjechali do Paryża, by w tak romantycznych okolicznościach przyrody zaplanować ślub

Janusz Wróblewski: – „O północy w Paryżu” to hołd złożony paryskiej bohemie początku XX w., pięknu zabytkowego miasta i jego legendzie. Manhattan przestał już pana fascynować?
Woody Allen: – W Ameryce chwilowo nikt nie chce finansować moich pomysłów, korzystam więc z zaproszeń europejskich producentów. Nakręciłem romantyczną komedię w Paryżu, kryminał w Londynie, komedię w Barcelonie. Niewykluczone, że skuszę się i na dramat szpiegowski z akcją w Berlinie.

Przyjąłby pan każdą propozycję płynącą z dowolnego kraju?
Oczywiście, że nie. Musiałbym tam bywać, dobrze się czuć w takim miejscu. Duże, nudne, przemysłowe miasto bez filmowej mitologii odpada. Ważny jest też pomysł. Nie każdy scenariusz da się przerobić na nową lokację. Pracuję ze stałą ekipą. Mam swoje wymagania, producenci musieliby się zgodzić na moje warunki.

Mimo 76 lat sporo pan podróżuje, często przebywa poza domem. Nie męczą pana te wyjazdy?
Moja rodzina je lubi, więc nie mam wyboru. Najczęściej żona decyduje, dokąd wyjedziemy. Niedawno bardzo chciała poznać Rzym, więc przeprowadziliśmy się tam na pół roku. Robię teraz film we Włoszech. Zdrowie dopisuje. Nie narzekam.

Poczuł się pan jak niezależny euro­pejski reżyser?
W Hollywood średni budżet wynosi 50 mln dol. Mój ostatni film kosztował 15 mln dol. Tylko w Europie za takie pieniądze mogę pracować. Dystrybutorzy nie liczą na gigantyczne zyski, producenci nie wtrącają się do scenariusza. Muszę się starać, żeby robić nieamerykańskie filmy. Znam trochę francuski, to bardzo pomaga.

Romantyczna wizja Paryża w najnowszym filmie to pańska fantazja?
Nigdy nie postrzegałem Paryża w realistyczny sposób. Nowego Jorku zresztą też nie. Patrzę na te miasta przez różowe okulary, bo tego nauczyło mnie hollywoodzkie kino. Nie widzę ich złych stron. Pola Elizejskie nieodwołalnie kojarzą mi się z miłością, romansami, jazzową muzyką, pięknymi hotelami. Paryż zobaczyłem na własne oczy, jak miałem 29 lat, w 1964 r. przy okazji kompletowania obsady do „Jak się masz koteczku?”. Aktorom nie bardzo chciało się grać, scenariusz nagle przestał się podobać. Codziennie żądali dopisywania nowych dowcipów, lecz dopóki sponsorzy płacili rachunki, nie robiło to wrażenia. Miałem czas, żeby chłonąć art déco, atmosferę Montmartre’u, Closerie de Lilas, gdzie oddychało się tym samym powietrzem co Picasso i Modigliani. Tam gdzie mieszkałem, ­czyli w Brooklynie, jedyną formą sztuki były hot dogi.

Bohaterem „O północy w Paryżu” jest początkujący scenarzysta, który nieoczekiwanie spotyka nad Sekwaną dawno nieżyjących idoli: Ernesta Hemingwaya, Gertrudę Stein, Francisa Scotta Fitzgeralda i innych. Przeżywa szok zupełnie jak kelnerka z „Purpurowej róży z Kairu”, do której schodzi z ekranu jej ukochany amant. To dowód siły marzeń czy rozczarowania rzeczywistością?
Niektórzy potrzebują obcowania z tajemnicą, nawet za cenę samooszukiwania. Sam należę do takich osób. Ludzkie życie wydaje mi się na tyle tragiczne, smutne, nieszczęśliwe i pozbawione nadziei, że krótkie momenty magii są bardzo potrzebne. Wystarczy zajrzeć do gazet. Ciągle jesteśmy bombardowani wiadomościami o brutalnych gwałtach, głodowej śmierci w ­Korei Północnej albo gdzieś w Afryce. Tylko wyobraźnia albo cud – co na jedno wychodzi – może poprawić humor.

Niektórzy uważają, że religia jest niezłym pocieszeniem.
Tak, oczywiście, problem w tym, że ludzie wierzą w Boga naprawdę, a ja, że mamy raczej nikłe szanse na spotkanie z nim. Pytanie, co wtedy, jeśli go nie ma? Jak się zachować wobec zimnej pustki? Często się zastanawiam: nie jak sobie poradzić w najgorszej sytuacji, tylko dlaczego w ogóle podejmujemy trud działania. Ludzie wybierają egoizm, myślą, że morderstwo ujdzie im na sucho. Inni znajdują w sobie dość heroizmu, by pomagać i zachowywać się przyzwoicie. Wcale nie oczekują za to nagrody w przyszłym życiu. Robią to z poczucia solidarności, dlatego że chcą mieć spokój, czyste sumienie. Skoro wszyscy dryfujemy na jednej szalupie ratunkowej, która prędzej czy później i tak zatonie, to może lepiej wykrzesać z siebie resztki moralności? W tym sensie uważam, że nieobecność Boga we Wszechświecie ma znaczenie.

Grecy przekonywali, że dzięki tragediom człowiek dowiaduje się o swojej sytuacji więcej. Pan też wierzy, że cierpienie pozwala człowiekowi wznieść się wyżej, stać się lepszym?
W tragediach odzwierciedlających aktualne problemy nie ma niczego uszlachetniającego. Tragedie mówią o tragediach i nie rozumiem, dlaczego widzowie dopisują im setki dodatkowych znaczeń. To było naprawdę ciężkie – żalą się – ale coś nam dało, czegoś się nauczyliśmy. Ja osobiście niczego się z nich nie nauczyłem. Zero pocieszenia. Żadnego pozytywnego przekazu. Proszę spróbować rozśmieszyć dziecko. To dopiero daje prawdziwego kopa.

Jak to pogodzić z pańskim pragnieniem nakręcenia poważnego filmu?
Mnie nie interesują współczesne problemy, takie jak terroryzm, aborcja, walka o prawa mniejszości seksualnych czy rasizm. Nie poruszam nigdy społecznych ani politycznych zagadnień. Wydają mi się za mało uniwersalne, za mało artystyczne. Moimi tematami są zjawiska uczuciowe, psychologiczne, egzystencjalne, moralność. Bez względu na zmienne okoliczności historyczne, one się nie zestarzeją. Ani za 100 lat, ani za tysiąc. Oczywiście, jeśli film jest słaby, nic go nie uratuje.

Realistyczny znaczy według pana cyniczny?
Tak uważam. Sztuka nie może odwzorowywać jeden do jednego nędzy życia. Nie na tym polega jej siła. Pomimo całego horroru, jaki ono niesie, sztuka powinna pokazywać, dlaczego warto je przeżyć. Dlaczego jest wartościowe. Z drugiej strony, niemało jest artystów, którzy uważają, że wolno wszystko. Że nic nie muszą poza dawaniem czystej przyjemności. Przyjemność to rozrywka. A rozrywka to jedyna rzecz, z którą dajemy sobie radę.

Nostalgia jest lepszą strategią?
Nostalgia też jest pułapką. Idealizuje czas, który bezpowrotnie minął. Jak już wspomniałem, teraźniejszość jest koszmarem nie do wytrzymania. Dlatego pojawia się złudna myśl, że gdyby się żyło odrobinę wcześniej, w innych warunkach, w otoczeniu sławnych ludzi, zapewne rzeczywistość byłaby znacznie przyjemniejsza. Powiedzmy, że po obejrzeniu musicalu Vincente Minnellego „Gigi” ktoś uzna, że belle époque była rajem. Jeździło się na kucykach, świeciły lampy naftowe, wszystko wyglądało cudownie. Bajka! No, a jeśli musielibyśmy pójść do dentysty? Albo poprosić o środki znieczulające przy porodzie żony? Wtedy czar pryska.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną