Koncerty skorumpowane na poważnie

Nieczysta gra
Kariery młodych muzyków oplata korupcyjny biznes. Widzieliśmy to choćby podczas konkursu skrzypcowego im. Wieniawskiego.
Najbardziej niezdrową na konkursie sytuacją jest, gdy jury składa się w większości z pedagogów danego instrumentu.
Corbis

Najbardziej niezdrową na konkursie sytuacją jest, gdy jury składa się w większości z pedagogów danego instrumentu.

Wielki kompozytor Bela Bartok (na zdj.) powiedział kiedyś, że konkursy są dla koni, nie dla artystów.

Wielki kompozytor Bela Bartok (na zdj.) powiedział kiedyś, że konkursy są dla koni, nie dla artystów.

Na zakończonym niedawno Międzynarodowym Konkursie Skrzypcowym im. Henryka Wieniawskiego w Poznaniu po raz pierwszy w historii zabrakło w finałach polskich skrzypków. To całkiem odwrotna sytuacja niż w poprzedniej jego edycji, kiedy wygrała Agata Szymczewska, a nagrodzonych zostało jeszcze troje Polaków.

Czy to oznacza, że nasza reprezentacja w tym roku była gorsza? Nie. Ale ma to wiele wspólnego ze składem jury. Pięć lat temu przeważali w nim polscy muzycy i pedagodzy, a na czele stał Konstanty Andrzej Kulka (skład ten zresztą nie zaciekawił młodych skrzypków ze świata, których zbyt wielu do Poznania wówczas nie przybyło). Tym razem zaś wśród oceniających dominowała szkoła rosyjska, więc w finałowej szóstce znalazło się czworo uczniów jurora Zakhara Brona i po jednym–dwóch innych jego krajanów w jury (Pawła Wiernikowa i Eduarda Gracza). Zwycięstwo Koreanki Soyoung Yoon było bezsprzeczne, ale parę osób nie powinno wejść do finału, tym bardziej że w poprzednich etapach wystąpili skrzypkowie bardziej interesujący, w tym dwie Polki, Aleksandra Kuls i Maria Włoszczowska.

Wieniawski by odpadł

Jak do tego doszło? Towarzystwo im. Henryka Wieniawskiego, by odświeżyć konkurs, zaproponowało funkcję przewodniczącego jury jednemu z najwybitniejszych skrzypków naszych czasów Maximowi Vengerovowi. Ten początkowo zaangażował się w przygotowania bardzo osobiście: sam w ciągu ostatniego roku przesłuchiwał wszystkich kandydatów na preselekcjach w Bergamo, Londynie, Quebecu, Jokohamie, Seulu, Moskwie, Baku, Brukseli i Poznaniu. Nawet ci, co przez te eliminacje nie przeszli, uznali je za wydarzenie w swoim życiu: artysta miał dla każdego dobre słowo, udzielał rad na przyszłość. Podczas konkursu było tak samo: po ogłoszeniu wyników kolejnego etapu zawsze długo rozmawiał z tymi, którzy odpadli.

Pierwszy niesmak pojawił się jeszcze przed rozpoczęciem konkursu. Podczas eliminacji asystent Vengerova proponował przystępującym udział (w cenie tysiąca euro za trzy lekcje) w kursie mistrzowskim, organizowanym przez przyszłego przewodniczącego jury w sierpniu w Gdańsku. Parę osób, które początkowo nie przeszły eliminacji, zostało po tym kursie dodatkowo zakwalifikowanych; wśród nich, co ciekawe, Aleksandra Kuls, później jedna z najwyżej ocenionych wśród polskich uczestników.

To jednak nic w porównaniu z tym, co rozpętało się na samym konkursie. Vengerov jest wielkim artystą, ale niedoświadczonym jurorem, a przy tym ulegającym wpływom otoczenia: swego profesora Zakhara Brona oraz jego kolegów, a także asystenta, którzy uczestniczyli w formowaniu jury. Obecność Brona na poznańskim konkursie była oczywiście uzasadniona także tym, że i on był niegdyś jego laureatem (1977 r., III nagroda ex aequo z Amerykaninem Peterem Zazofskym). Później jednak rozwinął karierę pedagogiczną i dziś znany jest o wiele bardziej z tej działalności. Jego uczniami byli nie tylko Vengerov, ale i inni sławni skrzypkowie, jak Vadim Repin czy Daniel Hope.

Jest z pewnością wybitnym pedagogiem, ale też postrachem konkursów: gdzie się pojawia, tam dominuje. Tak było i w Poznaniu. Zachowywał się demonstracyjnie, słuchając z zaangażowaniem swoich uczniów, a wyrażając pozą i miną dezaprobatę lub znudzenie podczas innych produkcji. Złośliwcy ukuli dowcip: Henryk Wieniawski także stanął do rywalizacji, ale odpadł, ponieważ nie był uczniem prof. Brona.

Na wyniki miało też wpływ nader elastyczne traktowanie regulaminu. Wątpliwości nasuwała, dokonana już podczas konkursu, zmiana zasad oceniania po II etapie, czyli – zamiast punktowania w trzech kategoriach (intonacja, technika, interpretacja) i wyciągania z nich średniej – wprowadzenie decyzji tak–nie. Jeszcze bardziej – dopuszczenie pedagogów do oceny swoich uczniów, co jest zwykle na konkursach zakazywane. Nic dziwnego, że poodpadali kandydaci niezwiązani z jurorami. Nie można było oprzeć się wrażeniu, że bynajmniej nie o muzykę tu chodzi.

Konkursy są dla koni

Wielki kompozytor Bela Bartók powiedział kiedyś, że konkursy są dla koni, nie dla artystów. Czy więc instytucja konkursu muzycznego ma w ogóle sens? Cóż, rywalizacja leży w naturze ludzkiej, a początkujący artyści, poddający się tej weryfikacji, przystają na zasady gry. Nawet tej nieczystej. Czynią tak, bo zwycięstwo lub wysoka nagroda dają znakomitą możliwość promocji. Choć są i tacy, jak Evgeni Kissin czy Piotr Anderszewski, którzy zaistnieli bez tego – talent wystarczył. To jest możliwe. Ale los bywa loterią.

Dlatego młodzi chcą mu pomóc, uprawiając wręcz turystykę konkursową, a po drodze biorąc kursy mistrzowskie u przyszłych jurorów konkursów, na które zamierzają się zgłosić. To wszystko kosztuje, ale zgadzają się te koszty ponosić, traktując je jako inwestycję.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną