Kultura

Wspólne zdjęcie

Sasnal i Richter w Londynie

Wilhelm Sasnal, „Kacper i Anka”, 2009 r. Wilhelm Sasnal, „Kacper i Anka”, 2009 r. Wilhelm Sasnal / Materiały prywatne
Niemal równocześnie otworzono w Londynie dwie wystawy: Gerharda Richtera, uważanego za najwybitniejszego na świecie żyjącego malarza, oraz Wilhelma Sasnala, uważanego za najbardziej obiecującego malarza polskiego.
Gerhard Richter, „Demo”, 1997 r.Gerhard Richter/The Rachofsky Collection/Materiały promocyjne Gerhard Richter, „Demo”, 1997 r.
Wilhelm Sasnal, „Kacper”, 2009 r.Wilhelm Sasnal/Sadie Coles HQ/Materiały promocyjne Wilhelm Sasnal, „Kacper”, 2009 r.
Wilhelm Sasnal, „Shoah”, 2003 r.Wilhelm Sasnal/Hausere Wirth/Materiały promocyjne Wilhelm Sasnal, „Shoah”, 2003 r.

To przypadkowa, ale bardzo ciekawa konfrontacja, obaj twórcy mają bowiem ze sobą wiele wspólnego. Zacznijmy od blisko 80-letniego Richtera. Jego pozycja jako lidera światowej sztuki nie podlega dyskusji. W najważniejszym rankingu żyjących twórców, jaki ukazuje się corocznie w Niemczech (Kunstkompass), w ostatnich 10 latach aż siedem razy znalazł się na pierwszym miejscu, a trzy razy – na drugim.

Kunstkompass jest zestawieniem nie tyle najlepszych artystów (bo ocena jakości jest względna) ani też najbardziej znanych (bo do potocznej świadomości dużo skuteczniej przebili się Damien Hirst, Olafur Eliasson czy Jeff Koons), ile raczej spisem najbardziej rozchwytywanych i najbardziej wpływowych. Takich, bez których trudno wyobrazić sobie sztukę ostatnich dziesięcioleci. Takich, za których prace, jeszcze za ich życia, płaci się po 10 mln dol. I trudno powiedzieć, czy wielka monograficzna wystawa w Tate Modern bardziej nobilituje artystę czy galerię.

A Sasnal? Swego czasu obwołany wschodzącą gwiazdą światowego malarstwa, jako pierwszy z Polaków osiągnął ceny kilkuset tysięcy dolarów za obraz. Wprawdzie jego kariera nie potoczyła się tak oszałamiająco, jak mogło to się wydawać jeszcze kilka lat temu, ale też na pewno nie rozczarował, a obecna duża indywidualna ekspozycja w bardzo prestiżowej londyńskiej Whitechapel ma swoją wagę.

Pomimo odległości dzielącej obu twórców w świecie sztuki, dużo ich łączy, a zbieżność dat i miejsca obu wystaw staje się wręcz symboliczna. Charakterystyczne dla obu artystów jest konsekwentne korzystanie w malarstwie z fotografii, będącej nie tyle źródłem inspiracji, ile wzorem mniej lub bardziej dokładnie kopiowanym na płótno.

Malarska przygoda

Fotografią wspomagali się malarze, od kiedy tylko została wynaleziona. Podobnie jak jeszcze wcześniej masowo korzystali z namiastki zdjęć – z camera obscura. Fotografiami wspierali się, a nawet wiernie je kopiowali na płótnie, Ingres i Delacroix, a także, uważani za mistrzów subiektywnych odczuć impresjoniści, jak Manet, Monet, Degas. Nie stronili od nich w pracy Cezanne, Gauguin, Picasso, a nawet Duchamp. Nikt jednak nie czynił z tego cnoty, wręcz przeciwnie, traktowano zerkanie na fotografię jako coś wstydliwego, a nawet niegodnego prawdziwego artysty, który malować powinien wyłącznie z natury, wszystko jedno, czy to pejzaże w plenerze, czy akty lub martwe natury w atelier.

Praktycznie dopiero lata 60. XX w. przyniosły nagłą, niespodziewaną i gwałtowną nobilitację fotografii jako bezpośredniego źródła twórczości malarskiej. W poparcie wyróżnił się przede wszystkim Andy Warhol ze swymi słynnymi sitodrukowymi barwnymi portretami robionymi z matrycy uzyskanej z polaroidowego zdjęcia. Ale absolutną doskonałość w łączeniu obu narzędzi osiągnęli amerykańscy hiperrealiści, których wszystkie obrazy olejne wyglądają jak fotografie, bo też i są arcywiernymi kopiami zdjęć.

Gerhard Richter nie zastosował mechanicznych zabiegów Warhola. Może dlatego, że w swoim malarstwie od samego niemal początku (czyli też od lat 60. XX w.) kierował się filozoficzną ideą, że świat jest tylko rodzajem przedstawienia, iluzją, odbitym obrazem, którego prawdziwej istoty nie możemy zgłębić. Niczego więc nie możemy do końca poznać, a co za tym idzie – także pokazać. Pobrzmiewają tu wyraźnie echa platońskie, ale też nauk Kanta, Schopenhauera czy Nietzschego. Stąd przedmioty i postaci na jego obrazach często są zamazane, jakby oglądane przez grubą i brudną szybę.

Sasnal poszedł dokładnie drogą wytyczoną niegdyś przez Richtera, a później dodatkowo dobrze udeptaną przez belgijską gwiazdę malarstwa Luca Tuymansa. Można więc powiedzieć, że zadanie miał i ułatwione, i utrudnione. Ułatwione, bo wkraczał na grunt pewny, już zbadany, nadto uważnie obserwowany i lubiany przez publiczność, marszandów, szefów galerii i muzealnych kolekcji. A utrudnione, bo niechybnie musiał skonfrontować się ze swymi mistrzami, nieuchronnie narażał się na porównania ze starszymi, doświadczonymi i powszechnie hołubionymi kolegami po pędzlu. Odniósł sukces, bo ma talent i potrafił owej strategii artystycznej przydać nowych barw, nowych jakości, młodzieńczej świeżości.

Udało się Sasnalowi to, co jego mistrzom – osiągnął intrygującą niejednoznaczność przekazu. A przecież starało się wielu. Mniej więcej pod koniec XX w. zarówno w Polsce, jak i w Europie pojawiła się duża grupa twórców próbujących rozwijać idee Richtera i Tuymansa, ale tylko nieliczni doświadczyli smaku międzynarodowej kariery.

 

W Niemczech spory sukces odnieśli Eberhard Havekost i Johannes Kahrs. W Polsce ciekawe próby podjęli Zbigniew Rogalski czy Sławomir Toman. Warto zwrócić uwagę, że tą drogą poszli początkowo praktycznie wszyscy członkowie Grupy Ładnie (Rafał Bujnowski, Marcin Maciejowski, Marek Firek), od której zaczynał swą malarską przygodę także Sasnal. Ale tylko nim tak mocno zainteresował się świat, bo okazał się najbardziej godnym kontynuatorem strategii artystycznej zapoczątkowanej przez Richtera pół wieku temu. Może w mniej zdyscyplinowany sposób, częściej ulegając pokusie emocjonalnego malarskiego gestu, silniej narzucając własne interpretacje, poprzez te wszystkie gwałtowne maźnięcia, rozmazania i rozbryzgi farby oraz niedomalowania. Swobodniej i szerzej korzysta też z przekazów popkultury, sięgając po takie media jak komiks czy okładka płytowa. Ale jest to nadal ta sama malarska bajka.

Obu malarzy łączy zresztą dużo więcej niż malarska poetyka i trudno powiedzieć, czy to efekt zapatrzenia w mistrza, czy naturalna droga artystycznego rozwoju. Mimo sukcesów w malarstwie figuratywnym, obaj od czasu do czasu znajdują przyjemność w uprawianiu malarstwa abstrakcyjnego, a nawet w sięganiu po inne środki wyrazu: Richter – minimalistyczne, przestrzenne instalacje, Sasnal – wideo. Podobnie niespokojnie i nieustannie obaj przerzucają się z tematyki na tematykę, choć rzecz jasna Richter ma w tym zakresie dużo większe doświadczenie. Obaj więc sięgali po wątek drugiej wojny światowej i po współczesne tematy polityczne, malowali portrety osób publicznych i osobiste sytuacje rodzinne, mierzyli się z monumentalnymi pejzażami, próbowali żywić tym, czym żywi się kultura masowa, podpatrywali społeczeństwo, w którym żyją.

Nieuchwytna iluzja

Do opisu dorobku obu malarzy używa się podobnych sformułowań. Oto dwie próbki: „W jego twórczości nostalgiczna, romantyczna wizja współistnieje z chłodnym realizmem, ironia styka się z powagą. Obrazy intrygują, zamknięte w kadrze, ujęte reportażowo, ale jednocześnie odarte z oryginalnego kontekstu”. I cytat drugi: „Zmusza nas, abyśmy świadomie patrzyli na dzieło sztuki, stara się zachować równowagę między poszukiwaniem czegoś, co kryje się pod widoczną powierzchnią, a przekonaniem, że nigdy nie dowiemy się, co tam jest ukryte”. O kim to? Pierwszy cytat pochodzi z informacji prasowej o wystawie Sasnala, drugi – z artykułu o Richterze w „The Guardian”. Ale przecież bez przeszkód mogłoby być na odwrót.

W jednym z wywiadów Richter mówił: „Najbardziej niesamowite okazało się odkrycie, że rzecz tak głupia i idiotyczna jak skopiowanie pocztówki może prowadzić do obrazu. I do wolności malowania wszystkiego, cokolwiek ci się podoba – jeleni, samolotów, sekretarek. Nie musisz więcej wymyślać tematów, możesz zapomnieć o tym, co uważałeś za ważne, a nawet podstawowe w malarstwie – o kolorze, kompozycji, przestrzeni”.

Tego typu wypowiedź sugerować by mogła daleko posuniętą banalizację sztuki. Ot, przenosimy na płótno przypadkowe zdjęcia. A jednak jest zarówno w malarstwie Richtera, jak i Sasnala jakaś wyraźnie widoczna, acz trudna do opisania wartość dodana. Jakieś drugie dno, które sprawia, że przeciętne widoczki nagle nabierają metafizycznego sensu, potrafią być niepokojące, zagadkowe, dwuznaczne, symboliczne, nieoczywiste. Wprowadzają nowy rodzaj nieuchwytnej iluzji. To jest może ta magia malarstwa, o której tak chętnie rozpisują się krytycy i historycy sztuki?

Obie wystawy dzielą w linii prostej nie więcej niż trzy kilometry. Warto odbyć tę drogę nie tylko po to, by przekonać się, czy w tym malarstwie jest magia, czy nie. Także dlatego, by zobaczyć, jak dwóch artystów, z których jeden mógłby być wnukiem drugiego, wychodząc z podobnych założeń malarskich i w podobny sposób obserwując świat, potrafiło jednak po swojemu opowiedzieć o tym, co ich zajmuje. To ciekawa lekcja współczesnej sztuki. Co ważne, sztuki zrozumiałej, niewymagającej od oglądającego tajemnej wiedzy i zawodowego aparatu analitycznego, co – niestety – zdarza się coraz częściej.

 

• Wilhelm Sasnal, Whitechapel Gallery, Londyn, do 1.01.2012 r., a następnie Haus der Kunst, Monachium (3.02–13.05.2012 r.). Wystawa zorganizowana w ramach międzynarodowego programu kulturalnego polskiej prezydencji EU.

• Gerhard Richter, Panorama, Tate Modern, Londyn, do 8.01.2012 r., a następnie Neue Nationalgalerie, Berlin (12.02–13.05.2012 r.) oraz Centre Pompidou, Paryż (6.06–24.09.2012 r.).

Polityka 47.2011 (2834) z dnia 16.11.2011; Kultura; s. 84
Oryginalny tytuł tekstu: "Wspólne zdjęcie"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kultura

Wielki Janusz Gajos. Mówi, a ludzie go słuchają

Kluczowe postaci w „Klerze” i „Kamerdynerze”, do tego kilka ról w Teatrze Narodowym i kolejne filmy w przygotowaniu. Od Janusza Gajosa zależy dziś w polskiej kulturze więcej niż kiedykolwiek.

Aneta Kyzioł
25.09.2018
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną