Internet: co się ściąga za pieniądze

Łupią, ale kupią
Zdrowy rynek kulturalny poradziłby sobie bez ACTA. Ale muzyce dostosowanie do wymagań cyfrowego świata zajęło dekadę, świat książki jeszcze nie zdążył, a przemysł filmowy udaje, że nic się nie stało.
To nie przypadek – to piracki rynek przetestował, ile jesteśmy w stanie wydać na kulturę.
Kostyantine Pankin/PantherMedia

To nie przypadek – to piracki rynek przetestował, ile jesteśmy w stanie wydać na kulturę.

„Piractwo nie zawsze bywa złe – w ostatecznym rozrachunku staramy się na nie patrzeć po prostu jako na dowód większego popytu na nasz produkt”.
Łukasz Rayski/Polityka

„Piractwo nie zawsze bywa złe – w ostatecznym rozrachunku staramy się na nie patrzeć po prostu jako na dowód większego popytu na nasz produkt”.

Polityka

Teraz za udostępnienie piosenki Michaela Jacksona będziesz mógł dostać 5 lat. O rok więcej niż jego lekarz” – głosi internetowa propaganda. Jak zwykle w dyskusjach o walce z piractwem w Internecie koncentruje się ona wokół muzyki. Tymczasem to dziś jedna z najzdrowszych gałęzi przemysłu kulturalnego.

Pod koniec stycznia, gdy trwały protesty przeciwko umowie ACTA i ustawie SOPA, światowa organizacja wydawców muzyki IFPI z optymizmem ogłaszała zeszłoroczne wyniki. Przychody firm fonograficznych ze sprzedaży nagrań w postaci niematerialnej wzrosły o 8 proc. Internauci na całym świecie legalnie nabyli o 17 proc. więcej albumów i pojedynczych piosenek niż przed rokiem i wykupili o 65 proc. więcej abonamentów na słuchanie muzyki.

Sprzedaż muzyki w formatach cyfrowych nabiera impetu – mówiła na specjalnej telekonferencji szefowa IFPI Frances Moore. – Świadczy o tym fakt, że najwięksi rynkowi gracze, tacy jak Spotify czy iTunes, na początku 2011 r. byli obecni w 23 krajach. Dziś są już w 58.

Wśród tych nowych miejsc pojawiła się także Polska. Weszły do nas sklep iTunes i jeden z największych serwisów abonamentowych – francuski Deezer, dający w zamian za skromny abonament stały dostęp w dowolnym miejscu do bazy 15 mln piosenek.

Jeśli bliżej przyjrzeć się poszczególnym dziedzinom kultury, dojdziemy do wniosku, że muzyka przez kilkanaście lat mocno popchnęła do przodu cały rynek, a wielkim hamulcowym jest dziś ktoś inny.

Muzyka: przecieranie szlaku

Przypadek muzyki pokazuje idealnie, przez jakie stadia musi przejść tradycyjny przemysł kulturalny, żeby się dostosować do warunków narzuconych przez Internet.

Pierwszy etap to negacja. W muzyce przyszedł pod koniec lat 90., gdy internauci zaczęli sobie przesyłać pliki mp3 na coraz bardziej masową skalę, m.in. dzięki słynnemu serwisowi Napster. Rynek płytowy uznał proceder za bezprawny, poszczególne wytwórnie i artyści wytaczali procesy kolejnym serwisom i ich użytkownikom. Niektórzy próbowali uznać za nielegalny sam format zapisu mp3 i ideę przesyłania plików z muzyką przez sieć. Efekt? Przemysł zaczął wydawać mnóstwo pieniędzy na śledzenie internautów i procesy, a przy okazji tracił potencjalne zyski. Ucierpiał też wizerunek poszczególnych firm i wykonawców.

Etapem drugim była kontrolowana sprzedaż. Wydawcy doszli do wniosku, że zaproponują słuchaczom albumy i piosenki, ale w plikach obwarowanych zastrzeżeniami. Cyfrowych plików, chronionych systemem DRM (digital rights management – cyfrowe zarządzenie prawami), wolno było używać tylko na określonym urządzeniu, a zabezpieczonych płyt nie można było kopiować ani zgrywać do komputera. Czyli coś, jak gdyby kupić herbatę, ale z zastrzeżeniem, że można ją będzie zaparzyć tylko w ściśle określonym kubku.

Bardzo szybko okazało się jednak, że opracowane za miliony dolarów zabezpieczenia da się ominąć, a kupowana w tej postaci muzyka nie jest dostosowana do przyzwyczajeń słuchaczy, którzy chcieli ją kopiować na różne posiadane w domu urządzenia. Co z tego, że legalnie kupili produkt, skoro aby go używać w innym odtwarzaczu i tak musieliby ściągnąć z sieci piracką kopię? Ochronę DRM przy sprzedaży płyt CD porzucono więc cztery, a przy sprzedaży plików – dwa lata temu. Sprzedaż – jak widać z przytaczanych na wstępie danych – rośnie.

Trzeci i ostatni epizod to zmiana modelu sprzedaży. Zamiast pozywać serwisy społecznościowe (np. YouTube) za naruszenie praw autorskich, duże firmy zdecydowały się z nimi umawiać na udział w zyskach z reklam. I wykorzystywać potencjał tych stron – nie byłoby bez niego tegorocznych sukcesów takich wykonawców, jak Lana Del Rey czy Gotye. A wreszcie poparły rozrastające się – początkowo też półlegalne – serwisy streamingowe. Te oferują stały dostęp, bez prawa własności – niczym programowane według naszego widzimisię radio. I podobnie jak radio są w stanie przynieść artystom i wydawcom pieniądze niewielkie, ale sumujące się szybko wraz z rosnącą liczbą odtworzeń utworu. Zarabiają też na płatnych aplikacjach, pozwalających korzystać z serwisu na urządzeniach przenośnych. – Jedna rzecz, którą zauważyliśmy, to że ludzie są zawsze skłonni płacić za mobilność – komentuje Jonathan Forster z serwisu Spotify.

Abonament Spotify czy Deezera, pozwalający korzystać ze wszystkich udogodnień, to 9,99 euro miesięcznie. Mniej więcej tyle, ile zarabiają serwisy oskarżane o rozpowszechnianie nielegalnych plików z filmami czy muzyką, jak Rapidshare czy zamknięty niedawno Megaupload. To nie przypadek – to piracki rynek przetestował, ile jesteśmy w stanie wydać na kulturę.

Książki i film: wielcy hamulcowi

O ile technologia potrzebna do sprzedawania i wyświetlania książek na przenośnych czytnikach znana jest od lat, o tyle gwałtowny przyrost takich urządzeń nastąpił późno, dopiero po wprowadzeniu Kindle’a przez Amazon. W podobnym stopniu co w przypadku muzyki (gdzie cyfrową sprzedaż zdominowała firma Apple i jej iPod), rynek uzyskał silnego lidera, ale wzrost ograniczył początkowo do jednego kraju – Stanów Zjednoczonych. Reszta nadrabia straty. Z badań francuskiego instytutu IDATE wynika, że rynek amerykański będzie w najbliższych latach stabilnie rósł o ok. 13 proc. rocznie, a przodujące europejskie rynki – wśród których nie ma Polski – odnotują w tym czasie wzrost nawet 30 proc. z roku na rok.

Problem w tym, że i wydawcy, i dystrybutorzy książek nie zdołali się porozumieć ani w sprawie formatu, ani rodzaju ochrony DRM. A przy tym żaden z nich nie zrezygnował z tej ostatniej, utrudniając przenoszenie e-książek pomiędzy urządzeniami, co działa na korzyść piratów oferujących pliki bez zabezpieczeń. Nie wiemy, w jakim stopniu wpływa to na raczkujący polski rynek. Mamy za to dane, i to najświeższe, z sąsiedniego i borykającego się z podobnymi problemami, choć lepiej rozwiniętego rynku niemieckiego – tam aż 60 proc. ściąganych z Internetu elektronicznych książek to pozycje nielegalne.

Politykę przemysłu filmowego przez lata demonstrowały reklamówki nadawane w kinach i umieszczane na DVD – tak żeby nie dało się ich przewinąć. „Nie kradniesz samochodów, nie kradniesz torebek, nie kradniesz płyt w sklepie. Ściąganie filmów to piractwo. Piractwo to kradzież!” – głosił ich tekst. Cała ta akcja społeczna była nie tylko natrętna i obraźliwa (spoty trafiały i zwracały się tylko do tych, którzy za oglądane filmy legalnie zapłacili!), ale również oszukańcza. W Polsce i wielu innych krajach ściąganie filmów, bez względu na źródło, nie jest kradzieżą ani żadnym innym przestępstwem. Karana jest jedynie nielegalna dystrybucja filmów w sieci.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną