Rabaty na prenumeratę cyfrową Polityki

40% lub 50%

Subskrybuj
Kultura

Cierpiał i wieszczył

Zygmunt Krasiński: wieszcz, który cierpiał

„Cierpiałem, cierpię, cierpieć będę”, pisał o sobie w kółko Zygmunt Krasiński. „Cierpiałem, cierpię, cierpieć będę”, pisał o sobie w kółko Zygmunt Krasiński. Muzeum Literatury / EAST NEWS
Dwieście lat temu urodził się Zygmunt Krasiński. O ile z literackiego punktu widzenia trzecim „wieszczem” został nieco na wyrost (nawet polski Bóg lubi trójcę), o tyle w wymiarze intelektualnym zasługuje na pokłony.
”Nie-Boska komedia” na deskach Teatru Wybrzeże. Na fot. Marek Tynda jako Henryk w spektaklu w reż. Adama Nalepy.Michał Andrysiak / Teatr Wybrzeże/materiały prasowe ”Nie-Boska komedia” na deskach Teatru Wybrzeże. Na fot. Marek Tynda jako Henryk w spektaklu w reż. Adama Nalepy.
”Nie-Boska” w wydaniu z 1835 r.Biblioteka Narodowa w Warszawie/materiały prasowe ”Nie-Boska” w wydaniu z 1835 r.

Poczęty w 1811, roku słynnej komety, której bliski lot nad Ziemią miał zwiastować światu niesamowite rzeczy, urodzony w Paryżu w 1812, niezwykłym, dla Polski w każdym razie, „roku owym”, dotknięty najwyższą ziemską łaską, gdyż trzymany do chrztu przez samego Napoleona w osobie Marii Walewskiej, hrabia Zygmunt Krasiński zdawał się wchodzić w życie z pompą i hucznie. Umierał w tymże Paryżu 47 lat później, jak zawsze w kiepskim humorze, nasycony nieustanną wędrówką po najważniejszych miastach i najlepszych europejskich kurortach, finansowaną przez kapitał rodzinny, wypełnioną leczeniem się, manią epistolarną, lekturami, rozdzieraniem duszy między żoną Elizą a kochanką Delfiną, niekiedy pisaniem dzieł w większości do dziś nieczytanych, bardzo nierównych, lecz na owe czasy na tyle istotnych, by przenieść go do nieśmiertelności.

„Cierpiałem, cierpię, cierpieć będę”, pisał o sobie w kółko – tymi słowami i innymi, im podobnymi. Kiedyś od tego właśnie cytatu zacząłem tekst o Krasińskim, smętne rozważania o jego wiecznym smęceniu, niezmordowanym narzekaniu. Wysłałem go naiwnie do wesołego Krakowa, do pisma „NaGłos”. Puknęli się w głowę, czarną melancholią proszę się karmić w Warszawie, tam zachwycać się zdaniami typu „jak Łazarz już gnić zacząłem w trumnie – a trumna moja nie z drzewa – grób mój nie z kamieni – jedno żywy, jak ja. Grób mój, to ja sam!”. Jerzy Illg, dzisiejszy szef „Znaku”, przygotował przekornie zabawny bardzo skecz kabaretowy złożony ze stękań Krasińskiego; na scenę wychodził aktor, zaczynał dobitnie: „Moje imię ruina”, „Ja trup, ja umarły, ja martwy”, publiczność zrywała boki ze śmiechu.

Krasiński melancholizował ciężko i chorował nieustannie, od wczesnej młodości; jego listy to w pewnym sensie karta pacjenta pisana przez samego zainteresowanego. Mówiono o jego hipochondrii, dużo też o pozie romantycznej, autokreacji na naznaczonego przez los odmieńca. To bywało i modne, i towarzysko skuteczne, ówczesny ideał kochanka faworyzował schorowane widma klecące wiersze na rzymskich i innych ruinach, im bledsze, tym bardziej kolorowe i pociągające; do Chopina, jego brata w konaniu, Georges Sand słała listy z nagłówkiem „Mój drogi trupie”.

Ale przede wszystkim brano pod uwagę strategię na życie, którą Krasiński sobie obmyślił i może zbyt dokładnie uwewnętrznił. Strategię wobec ojca generała, papy autorytarnego, kastrującego, który nie mogąc już rządzić batalionem, rządził synem, i dalej, wobec wszelkiej innej władzy. Tacie, żołnierzowi Napoleona, a później politycznemu realiście i legaliście, dbającemu o rodowy majątek rozsiany w licznych posiadłościach na terenie Polski, marzyła się dla syna wielka kariera urzędnicza i dyplomatyczna, co wymagało błogosławieństwa Petersburga. Syn – upadek powstania listopadowego zastał go w Genewie, gdzie pobierał prywatną edukację – ani myślał wracać na stałe do spacyfikowanego kraju i bić pokłony na petersburskich salonach; raz go ojciec zmusił, uciekł natychmiast.

Od razu zachorował na oczy, dostał prawie kompletnej ślepoty, a że dla zachowania majątku musiał pozostać poddanym cara i mieć rosyjski paszport, chorował coraz więcej, by koniecznością kolejnych kuracji wymóc jego przedłużanie. Paszport był jego obsesją; Polskę odwiedzał później rzadko, unikając ludzi, a zwłaszcza Rosjan na urzędach, ale gdy trzeba było, szedł w paszportowych i majątkowych sprawach na audiencję do Paskiewicza, który z papą pozostawał w dobrych kontaktach. Przez całe życie Krasiński zachowa ostrożność; swe dzieła będzie wydawał najczęściej anonimowo lub pod pseudonimem.

Agonia w piątek i świątek

Jak było naprawdę z tym codziennym konaniem, agonią w piątek i świątek, którą odgrywał w swych listach i w salonach, trudno powiedzieć. W każdym razie lubował się w ponuractwie, w czarnych obrazach, w pisaniu o swym rozpadającym się ciele, o ciągłych krwotokach.

Któregoś wieczoru w Rzymie, wracając do domu, dostał konwulsji: „kwią całą sień zbroczyłem, niezawodnie ze trzy szklanki jej wyszło mi ustami”. Nazajutrz – opowiadał dalej w liście do Delfiny – „zgromadziło się grono ciekawych i nie rozumieli skąd tyle krwi się czerwieni w tych sieniach. Jakiś żandarm przechodzący wdał się w to i wszedł aż na górę pytając, co to znaczy. Dopierom ja wystąpił i zaręczył za identyczność tej krwi mojej”. To chyba, szczerze mówiąc, Krasiński, którego lubię najbardziej. Bo kabaret kabaretem, ale zaciekłość, upór i wyobraźnia w kreśleniu śmiertelnych autoportretów dają mu energię i literacką werwę, której gdzie indziej tak często mu brakowało.

Głosząc na lewo i prawo swe zmaltretowanie, wyrobił sobie markę moribunda i cieszył się za życia (i po śmierci) współczuciem. Ciągle go o zdrowie pytano, lecz chyba pełną wiarę dał mu po latach tylko Aleksander Wat, inny wielki chory naszej literatury. Sam cierpiał na schorzenia neurologiczne, bardzo trudne do zdiagnozowania, bez żadnych ewidentnych symptomów, i przez odruch solidarności domyślał się ich też u Krasińskiego. Uważał, że Krasiński nie symulował nachodzącego go nieustannie bólu, ponieważ jednak medycznie jego choroba nie była do rozpoznania, chcąc nie chcąc na zewnątrz wydawał się wszystkim histerykiem, a przed sobą musiał racjonalizować swe okropne dolegliwości.

Krasiński stawiał różne hipotezy o przekleństwie nad nim ciążącym, mówiąc nobliwie to o Fatum, to o fatalnym spadku genetycznym po matce, która go obumarła, gdy był dzieckiem. Nie ma wątpliwości, że coś się stało w tym życiu w okolicach powstania listopadowego, coś bardzo szybko pękło. Ojciec zabronił mu oczywiście wracać walczyć do kraju, 18-letni chłopak bardzo to przeżył. Już wcześniej, w Warszawie, generał zakazywał mu udziału w patriotycznych demonstracjach, Zygmunta spotykały potwarze ze strony kolegów; bardzo szybko pojął, że przez całe życie będzie tkwił, jak napisze wielokrotnie, w „fałszywym położeniu”, pod presją ojcowską z jednej strony i presją własnych marzeń z drugiej. Wytworzył ze swego istnienia rodzaj trwałego pata, w którym usiłował obsługiwać jednocześnie obie strony; rodowo-arystokratyczną i romantyczną; nigdy z tej sprzeczności już się nie wywikła.

Wkrótce po powstaniu pisze „Nie-Boską komedię”, utwór niezwykły, arcydzielny, przynajmniej na jego miarę. Ma ledwie 21 lat; nic tak dobrego później nie stworzy. Oczywiście życie było wtedy krótsze, dojrzewało się szybciej, wielkie dzieła polskich romantyków, niemal wszystko z tego, co wkuwaliśmy w liceach, zostało napisane przez ludzi ledwie o parę lat od nas starszych, tylko ostatnie liryki Mickiewiczowskie to dzieło 40-latka. Ale jednak ta młodzieńcza erupcja talentu – tak szybko przygasła – porusza, wciąż wzbudza podziw.

Odwrót Krasińskiego

Nie miał drygu do poezji, czego był sam znakomicie świadom; niektórzy komentatorzy próbują jego wierszy bronić, wykrzesać z nich jakąś wielkość, ale to raczej daremne próby. Jego żywiołem była proza i dramat niewierszowany, coś zaczął z językiem polskiej prozy ciekawego, nowatorskiego czynić, w tym przewyższał wyraźnie Mickiewicza i Słowackiego. Na początku wystrzelił doprawdy z dużej armaty, ale później, nie licząc paru świetnych przebłysków, jak na przykład „Trzy myśli”, pisanie artystyczne mu przywiędło.

Czesław Miłosz nazwał to „odwrotem Krasińskiego”, określenie jest świetne. Kolejne jego utwory, pisał Miłosz, okazać się miały kamuflażem „skierowanym przeciwko samemu siebie”, szukaniem „intelektualnych pretekstów dla uniknięcia spojrzenia w swoje piekło”; dopisana paręnaście lat później część dalsza „Nie-Boskiej”, w której wszystko ślicznie zmartwychwstaje i idzie ku jasności, to istotnie wobec tego wstępnego piekła seraficzne trele-morele.

 

 

Piekło „Nie-Boskiej” to odkrycie nadchodzącej zagłady starego świata (i Polski) w obliczu nieuchronnych rewolucyjnych przemian; to odkrycie kryzysu katolickiej wiary, w tym własnej, to odkrycie grozy życia rodzinnego, to wreszcie odkrycie absolutnej egzystencjalnej niemożności przez medium głównego bohatera, arystokraty i konserwatysty Henryka – zawieszonego między wiernością swej klasie a świadomością jej nadchodzącej klęski, niezdolnego do beznadziejnego tkwienia w okopach Świętej Trójcy, lecz również do uczestnictwa w czasach nadchodzących, w straszliwej, rewolucyjnej przyszłości. Hrabia Henryk wybiera samobójstwo, hrabia Zygmunt – życie na własnym cmentarzu.

Konstruuje na nim inną wielką patową sytuację, w której utknie na kilkanaście lat, czyli długotrwały romans z kochanicą romantyków (wielu) Delfiną Potocką i jednoczesne małżeństwo z Elizą Branicką, panną honorową rosyjskiej cesarzowej (trzeba aż było prosić dwór cesarski o zgodę na ślub), wybranką rozumu ojca, a nie serca poety. Już jako nastolatek napisał te słynne słowa, „moja kochanka nigdy nie będzie moją żoną”, sprawdziło się: nazywamy to postawą romantyczną. Z żoną płodził kolejne dzieci, do kochanki pisał listy, aranżując randki to we Włoszech, to u wód w Niemczech, to w Nicei.

W tej ostatniej zrealizował wyczyn, jaki nie udał się w majestacie pogardy dla burżuja słynnemu trójkątowi: Sartre, jego towarzyszka życia Simone de Beauvoir i jego kochanka Olga. Zakupił tam dla Delfiny willę, w której pomieszkiwał i do której sprowadził na czas jakiś Elizę, a nawet papę. Próbował raz jeden zbudować raj na ziemi, pata przekabacić na idyllę; zbyt długo ze sobą w trójkę tego koszmaru nie wytrzymali, lecz i tak dłużej niż egzystencjaliści. Dopiero na krótko przed śmiercią mężczyzna pojmie – jakże oryginalnie – że tułał się bez sensu po świecie, a „miał w domu Anioła”.

Anioł wsadzi go do grobu i pospiesznie wyjdzie za mąż. Nasze wdowy romantyczne to był ktoś, to były osobowości, umiały we wdowieństwie żyć; innym przykładem jest Ewelina Hańska, która po śmierci Balzaka świetnie sobie w literackim światku paryskim radziła i miała ciekawe romanse, między innymi z niezłym pisarzem Champfleury.

W „Nie-Boskiej” Krasiński transponował ojcowską interpretację powstania listopadowego nie jako zrywu patriotycznego, lecz rewolucji wznieconej głównie przez wolnomularzy i przechrztów; to już początek idei obecnej w polskim arsenale intelektualnym do dzisiaj. Nie przepuścił mu tego Mickiewicz, który „Nie-Boską” i inne pisma Krasińskiego cenił ogromnie wysoko i poświęcił jej aż cztery wykłady w Collège de France. Krasiński – stwierdził – „dopuścił się, można powiedzieć, występku narodowego, zniesławiając charakter Izraelitów”. Jednak nie ma co wkładać Krasińskiego do ciasnej narodowo-prawicowej szuflady.

Pomnik nieidealny

Krasiński to umysł nadzwyczaj żywy i mimo wszelkich klasowych przesądów i społecznych zabobonów paradoksalny, niedający się łatwo przyszpilić, chodzący własnymi drogami; jego pisma o Kościele na przykład nie mieściły się żadną miarą w doktrynie. Brał z lewa i z prawa, pożyczał idee od skrajnej konserwy i od francuskich socliberałów. Uczciwiej byłoby brać go za wzór wolnego intelektualisty niż za pomnik idealny (dla jednych wspaniały, dla innych straszny) arcy-Polaka, „Polaka katolika”.

Gdyby poszedł do kresu swych wyobrażeń, gdyby wyzwolił się z patriotycznych obowiązków pisania o Polsce i jej zmartwychwstaniu, mógł, kto wie, osiągnąć prawdziwą oryginalność, coś z fantastycznego pisania Josepha de Maistre’a, wspaniałego i ohydnego w swej skrajności konserwatywnego reakcjonisty, albo coś, marzę sobie, z Emila Ciorana, dzisiejszego bożyszcza myśli nieuczesanej.

Najnowsze książki o Mickiewiczu czy Słowackim są już najczęściej wąskimi, precyzyjnymi interpretacjami jakichś szczegółów, poszczególnych tematów, motywów. Natomiast o Krasińskim powstało w ostatnich dosłownie latach kilka rozpraw fundamentalnych, jak choćby znakomita książka Fiećki o jego ideach politycznych, zwłaszcza wobec Rosji, czy Bagłajewskiego o religijno-filozoficznych. I dopiero teraz – trudno w to uwierzyć – ma być przygotowane przez Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu pierwsze kompletne od niemal stu lat, a tak naprawdę pierwsze porządne w ogóle wydanie jego dzieł zbiorowych.

W swych analizach politycznych był najbliżej ze wszystkich „wieszczów” ziemi i konkretu życia codziennego, to był jego intelektualny żywioł, tu się najefektywniej gorączkował. Miał dar frazy, błyskawicznej oceny; jedno jego zdanie o sekcie towiańczyków, która konwulsjami chce się wkręcić do nieba, warte jest niejednej długiej rozprawy. Podręczniki zawsze cytowały opinię Norwida: „Zygmunt zna historię”; filozofia dziejów, rozważanie, co wypływa z dziejowej konieczności, a co z działania opatrzności, to był istotnie jego konik. Dał temu ciekawy wyraz w drugim po „Nie-Boskiej”, wciąż dobrym, choć żmudnym już dramacie „Irydion”; takiego sposobu pisania o historii romantyczna Europa nie znała.

Historia i przyszłość: uważał się ogólnie za specjalistę od czasu, kreował na przepowiadacza, proroka. Nie w sensie ściśle mistycznym; w końcu Słowackiego, z którym się długo przyjaźnił (w ogóle miał dryg do przyjaźni, był prawdziwie szczodry i bezinteresowny), wziął za wariata, gdy ten się umistycznił; nic z jego pisania już nie rozumiał. W sensie zatem bardziej politycznym. Wciąż wróżył czy raczej przewidywał, co się zdarzy, co się stanie z Europą, komentował europejską politykę na żywo, pisał memoriały, jak choćby do Napoleona III. Miał najlepiej ze wszystkich rozpoznaną Rosję, wyjątkowo negatywnie oceniał jej polityczną rolę w świecie istniejącym i przyszłym, żadnych, najmniejszych na jej temat Mickiewiczowskich i towianistycznych złudzeń.

Poza systemem

Oczywiście był romantykiem, musiał czuć w ręku całość. Widzieć jakąś jedność w dziejach, kierunek, ku któremu zmierzają, spełnienie ich duchowego celu, tak żeby wszystko się zgodziło i domknęło. Dość szybko doszedł do idei mesjańskich, widząc w Polsce chrześcijańskiej siłę, która przy apatii Zachodu i nadchodzącym rozpadzie jego ducha miała napędzać przyszłą Europę.

Nie sklecił żadnego szczelnego systemu na wzór Słowackiego, Towiańskiego i innych. O towianizm się otarł, lecz szybko go odrzucił; rozwijał równoległe wobec niego, a nawet wcześniej, pokrewne idee własne. Próbował stworzyć własną summę, skromniejszą, bardziej racjonalistyczną, mocniej osadzoną filozoficznie, pozbawioną towianistycznej mistyki stosowanej, wywoływania duchów i trzymania się krugom za ręce w paryskich mieszkaniach. I jego już zdążył ukąsić Hegel, zwłaszcza przez pisma jego przyjaciela i najciekawszego polskiego filozofa XIX w. Augusta Cieszkowskiego. Usiłował połączyć idee dialektyczne z religijnymi i politycznymi, przepisać to na poezję zwaną „Przedświt”. Poezji nie da się obronić, pisma są dla historyka literatury dosyć ciekawe, a ich forma, łącząca filozofię z literaturą (dziś powiedzielibyśmy: z esejem) zwiastuje XX-wieczne pisanie filozoficzne.

Ale czyta się, chyba słusznie, głównie jego listy. Listy pozbawione lakoniczności Mickiewicza, który korespondencję odbębniał, i bez cudaczenia i samooglądactwa znanego z korespondencji Słowackiego. Pisał ich po osiem, dziesięć dziennie. „Krwawe szmaty duszy mojej”, tak je raz określił. Bo znajdziemy w nich wszystko, idylle i kicze miłosne, sprawozdania z lektur, rozważania o aktualnościach politycznych, przewidywania, filozofowanie, długie analizy i rozprawy, plotki i wyznania credo, no i wspomniany zapis agonii, dziennik umierania. To nie szło do druku, to nie było też dla pocieszenia rodaków, czasami sobie pozwalał, rąbnął zdanie, że hej, wiele cytatów przeszło do historii.

Ale najbardziej bodaj znany cytat z Krasińskiego to ostatnie słowa hrabiego Henryka w „Nie-Boskiej”: „Widzę ją całą czarną, obszarami ciemności płynącą do mnie, wieczność moją bez brzegów, bez wysep, bez końca, a pośrodku jej Bóg jak słońce, co się wiecznie pali – wiecznie jaśnieje – a nic nie oświeca”. Nawet w krakowskim kabarecie bym od tych słów zadrżał.

Polityka 07.2012 (2846) z dnia 15.02.2012; Kultura; s. 76
Oryginalny tytuł tekstu: "Cierpiał i wieszczył"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Polityka przy stole. Symulator kampanii wyborczej i inne planszówki

Kogo znane na co dzień z ekranów i gazet polityczne spory nadal bardziej ekscytują, niż męczą, może sprawdzić swoich sił w ich wersji pudełkowej. Uwaga – wciągają jak prawdziwe.

Michał Klimko
25.11.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną