Gdzie w Polsce jest najbrzydziej?

Brzydota przydrożna
Zadanie dla turysty obcokrajowca: od granicy na Odrze do miasta A jest 300 km. Czy lepiej pokonać ten dystans w Polsce pociągiem, czy samochodem, tak by nie doznać estetycznego szoku? Poprawna odpowiedź brzmi: wyłącznie samolotem.
Zapuszczony dworzec w Aleksandrowie Kujawskim
Wojciech Szabelski

Zapuszczony dworzec w Aleksandrowie Kujawskim

Droga w podwarszawskich Jankach
Franciszek Mazur/Agencja Gazeta

Droga w podwarszawskich Jankach

Gdzie w Polsce jest najbrzydziej? Na rozległych, zabiedzonych peerelowskich osiedlach z wielkiej płyty? W zaniedbanych kwartałach tzw. czynszówek? Na zdewastowanych urbanistycznie przedmieściach? W rozszarpanych przez deweloperów centrach miast? W bijących pstrokacizną kształtów, ozdób i kolorów osiedlach domków jednorodzinnych? A może na zapełnionych mieszkalnymi klockami z nieotynkowanych pustaków wsiach? Nie. Najbrzydziej jest wzdłuż szlaków komunikacyjnych. Zarówno tych kolejowych, jak i drogowych, choć to zupełnie inne rodzaje szpetoty i trudno powiedzieć, które sprawiają naszym oczom większy ból. Drogowiska i kolejowiska są kwintesencją brzydoty, niezwykłą stężoną mieszanką wszystkiego, co zaprzecza pięknu. A oto uzasadnienie.

Zacznijmy od tego, że teoretycznie koleje mają lepiej. To tylko 19 tys. km sieci, po której jeżdżą pociągi. I z estetycznego punktu widzenia nie za wiele tu do kombinowania: nasyp, podkłady, tor. Problem zaczyna się, gdy pociąg musi zajechać na stację, tudzież przetoczyć się z wolna przez miejskie i podmiejskie tereny kolejowe, z całą ich zabudową: dworcami, budkami dróżników, bocznicami, halami, rampami, wiatami, nastawniami itp. To wcale nie jakiś tam kawałek ziemi wzdłuż torów, ale niemal państwo w państwie. Kolej jest właścicielem około 106 tys. ha terenu. To mniej więcej tyle, ile wynosi całkowity obszar Warszawy, Łodzi i Wrocławia razem wziętych. A na tych połaciach, poza torami, stoi ponad 37 tys. budynków o łącznej powierzchni 6 mln m kw. Nawet mając do dyspozycji armię ludzi i spore fundusze, trudno byłoby utrzymać tam ład, czystość i porządek. A jeśli tego wszystkiego brakuje? Zaczyna się dramat.

Podstawowym miejscem kontaktu rodaka (ale też zagranicznego turysty) z koleją są dworce. No, poza samymi pociągami, ale to temat na osobną opowieść. Dworców mamy 2500, z czego czynnych – przez które przewija się około 420 mln osób rocznie – około 900. A zatem nieczynnych, co nietrudno policzyć, około 1600. To one najszybciej popadają w ruinę. Zawilgocone, z powybijanymi oknami, pomazane przez grafficiarzy, zdewastowane przez miejscową żulię. Pół biedy, gdy dogorywają tak przy zamkniętych już liniach kolejowych, z dala od miasteczek i osiedli. Gorzej, gdy oglądać je można z okien przejeżdżających pociągów na czynnych trasach, a tak jest w przypadku około 800 dworców. Często malutkich i ledwie widocznych zza szyb pędzącego ekspresu. Ale niekiedy bijących po oczach swym zrujnowaniem jak – skądinąd piękne architektonicznie – dworcowe budynki w Aleksandrowie Kujawskim czy w Puławach. Szacunki Biura Nieruchomości PKP są porażające: 63 proc. spośród tych nieczynnych stacji uznano za znajdujące się w złym stanie technicznym, a 37 proc. – w stanie dostatecznym (ocen wyższych nie przyznano).

Brud, smród, dewastacja

Tylko nieco lepiej prezentują się dworce przepuszczające przez swe progi podróżnych. Zazwyczaj ich zaniedbane elewacje są dobrą zapowiedzią tego, co czeka nas w środku: brudu, smrodu, dewastacji. Według raportu powstałego w ubiegłym roku z inicjatywy Railway Business Forum, w złym stanie technicznym jest 65 proc. dworców, 31 proc. – w stanie dostatecznym, a jedynie 4 proc. – w dobrym. Ale czy można się dziwić, skoro spółki PKP na co dzień korzystają z zaledwie 13 proc. powierzchni użytkowej dworców, kolejne 35 proc. jest wynajmowanych, 20 proc. to mieszkania, a reszta po prostu stoi pusta.

Równie tragicznie prezentują się statystyki szczegółowe. 30 proc. – nieczynne lub pozamykane toalety, 87 proc. – zły stan peronów lub dróg dojścia do dworca, 94 proc. – brak jakiegokolwiek monitoringu. Do chóru narzekających dołączyła nawet Najwyższa Izba Kontroli, która stwierdziła, że w 70 spośród 265 skontrolowanych dworców nie działały przechowalnie bagażu, a na ponad stu odnotowano brak tablic rozkładu jazdy lub ich słabą czytelność. Bywały nawet przypadki, gdy „zapodziały się” gdzieś tablice z nazwą stacji!

Trzeba jednak przyznać, że kolejarze w ostatnich latach jakby bardziej ochoczo zabrali się za generalne remonty. Trochę za sprawą narodowej ambicji przed zbliżającymi się rozgrywkami Euro 2012, a trochę za sprawą niemałych dodatkowych pieniędzy z Unii Europejskiej. Pięknie zrobiło się więc w Elblągu, Przeworsku, Przemyślu, Lublinie, Działdowie, Lesznie i w kilkudziesięciu innych miastach. Stołeczny Dworzec Centralny trafił nawet na krótką listę najlepszych inwestycji budowlanych ubiegłego roku portalu Bryła.pl, a generalny remont Dworca Głównego we Wrocławiu stał się jednym z głównych tematów lokalnych rozmów. I tylko rozebraniem modernistycznej stacji w Katowicach PKP zdecydowanie się nie popisały. Oczywiście te wszystkie remonty to kropla w morzu estetycznych potrzeb.

Pozostałych kolejowych włości przeciętny rodak już nie odwiedza, ale ogląda je przez okna pociągów. Przygnębiający to widok. Te wrażenia znów potwierdza NIK. Z jej ustaleń wynika, iż tysiące nieruchomości, które są kolei zbędne i które można by wynająć na cele komercyjne, stoją odłogiem i nikt się nie kwapi, by na nich zarabiać. A przetargi są organizowane tak kiepsko, że na 1151, jakie zorganizowano, wpłynęło zaledwie 150 ofert od potencjalnych nabywców. Światło na tę sytuację rzucić może informacja dodatkowa: na 172 pracowników gospodarujących nieruchomościami dworcowymi zaledwie 12 posiadało odpowiednie wykształcenie! Trudno więc oczekiwać, by PKP wyznaczały w kraju standardy zagospodarowywania przestrzeni publicznej.

Antyestetyka polskich torowisk to wzorcowy przykład szpetoty dawnego, rzec by można, peerelowskiego formatu: szaroburej, zdewastowanej, pozarastanej, porozrzucanej, kruszejącej, odpadającej, pokrytej liszajami grzyba i zaciekami. Smutnej i depresyjnej. Może nawet melancholijnej, bo przesiąkniętej ideą przemijania. W kraju, który chce być bardzo europejski – wstydliwej. Ale przy okazji swojskiej i pozbawionej kompleksów.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną