Kultura

Świat od spodu

Filmy dokumentalne – między manipulacją a prowokacją

Kadr z filmu „Niech żyją Antypody” Wiktora Kossakowskiego. Kadr z filmu „Niech żyją Antypody” Wiktora Kossakowskiego. Against Gravity / materiały prasowe
Kino dokumentalne zawsze chciało objaśniać świat, docierać do ukrytej prawdy o człowieku i jego otoczeniu. Ale im bardziej się w to angażuje, tym trudniej wyznaczyć granicę oddzielającą je od fabuły.
„Chwała dziwkom”, reż. Michael Glawogger.Against Gravity/materiały prasowe „Chwała dziwkom”, reż. Michael Glawogger.
„Cure of Pain. Historia Marka Sandmana”, reż. Robert Bralver i David Ferino.Against Gravity/materiały prasowe „Cure of Pain. Historia Marka Sandmana”, reż. Robert Bralver i David Ferino.

Artykuł w wersji audio

Na rozpoczynającej się w tym tygodniu 9 edycji festiwalu Planete+ Doc Review dokumenty przyciągają błyskotliwym sposobem realizacji, wizualnym żywiołem. Nie obalają tabu, nie agitują, starają się raczej oddziaływać na zmysły, burzyć potoczne wyobrażenie o tym, że świat jest nieskomplikowany i pozbawiony tajemnicy. Najlepsze z nich przypominają wspaniałe poetyckie kompozycje, odkrywające nieznane przestrzenie. Jak w przypadku niepokojącego „Niech żyją Antypody!” Rosjanina Wiktora Kossakowskiego. Film został oparty na prostym pomyśle skonfrontowania ośmiu miejsc leżących na przeciwległych stronach globu. Kamera wykonuje piruety, starając się przywołać dziecinne wrażenie, że gdzieś pod spodem, na drugim krańcu kuli ziemskiej, podobne do nas istoty chodzą głowami do dołu, pojazdy suną po asfaltowych obłokach, a rzeki jakimś cudem nie spadają prosto w przepaść.

Na mieszkańców globalnej wioski patrzymy oczami dziecka. Rzadkie zjawiska przyrodnicze, takie jak rozżarzona lawa, leniwie przesuwająca się po równinie, czy zdychający, przypominający górę wieloryb, wyrzucony na brzeg oceanu, sąsiadują ze sobą na tych samych surrealistycznych prawach. Jakakolwiek próba racjonalnej interpretacji budzących nieustanne zdziwienie obrazów wydaje się niemożliwa. Stoimy wobec sprzecznych sygnałów. W psychologii eksperymentalnej nazywa się to efektem „figury Thiery’ego”. Nie udaje się wyłowić jednego, geometrycznego kształtu, bo ustawicznie nam się on wymyka, natrafiamy na inne, zmuszające do ponawiania prób.

Kossakowski nic nie podpowiada słownym komentarzem. Nie posługuje się modną technologią 3D, jak Wenders czy Herzog. Nie stosuje tricków, dynamicznego montażu, poklatkowych ujęć. Nie wymusza emocji starannie dobraną muzyką, jak mają to w zwyczaju naśladowcy Godfreya Reggio, pamiętnego twórcy wizjonerskiej trylogii „qatsi”. Przemawia samym tylko pięknem, naturalnością, surowym, delikatnym realizmem, gdzie każdy szczegół magicznego obrazu służy kontemplacji tajemnicy.

Okrutne poematy

Współcześni dokumentaliści upodabniają się do malarzy iluzjonistów. Przekształcają rzeczywistość, poddają ją obróbkom, świadomie zacierają granicę między prowokacją i manipulacją, aby dotrzeć do tego, co sami określają mianem prawdy. Interesuje ich wszystko, tylko nie sztampowy zapis kronikarskiej codzienności. Jednym z ciekawszych przykładów takiego rozumienia dokumentalnej kreacji jest wzbudzająca uznanie, ale i liczne kontrowersje, brutalnie-liryczna twórczość austriackiego reżysera Michaela Glawoggera (gościa specjalnego tegorocznego festiwalu). Glawoggera interesują dwa tematy: los wykluczonych i seks. Jest naturalistą, dąży do fotograficznej dosadności, skupiając się zazwyczaj na najczarniejszych obszarach życia: biedzie, nędzy, upokorzeniu, wyzysku, pracy fizycznej. Jednocześnie każdy zrealizowany przez niego film jest wystylizowanym, okrutnym poematem, skupionym na eleganckiej, chwilami wręcz baletowej, formie, w której liczy się symbolika barw, określony rytm opowieści, właściwe ustawienie kamery. Imponujące tego efekty widać zwłaszcza w przejmującej „Śmierci człowieka pracy”, środkowej części tzw. trylogii pracy – apokaliptycznym śnie o upadku etosu klasy robotniczej.

Chcąc osiągnąć wrażenie ekstremalnej intymności na ekranie, reżyser nie czeka cierpliwie, aż nadarzy mu się okazja. Najczęściej wymarzoną sytuację sam inscenizuje, płacąc naturszczykom za odegranie roli. W kończącej cykl szokującej „Chwale dziwkom”, socjologiczno-religijnym dokumencie poświęconym cynicznym relacjom między klientami egzotycznych burdeli a tajskimi, bangladeskimi i meksykańskimi prostytutkami, nie waha się ujawnić treści prywatnych modlitw, nie ma obiekcji, by ukazać upaloną crackiem dziewczynę, pokazującą do kamery nagie krocze.

 

Niektóre wulgarne, przyprawiające o mdłości sceny mogły powstać wyłącznie z jego inicjatywy. Przykładowo w jednej z nich Glawogger bezceremonialnie filmuje targowanie się klienta o stawkę, a potem ujawnia, jak wygląda seksualna usługa. Wszystko zostało ustawione, zaaranżowane, bohaterowie wyrazili na to zgodę. Po to, aby rozwiać definitywnie złudzenia widzów, na czym owa chwila szczęścia polega.

Czy wolno w ten sposób postępować? Czy to uczciwe? Moralne? Zbywając wzruszeniem ramion te niemodne pytania, podnoszone niegdyś uporczywie przez wyczulone na komunistyczną propagandę pokolenie Kieślowskiego, Glawogger nie stanowi tu wyjątku. Wielu działających na Zachodzie dokumentalistów takie nadużycia, ingerencje w rzeczywistość, nierespektowanie granic, eksperymentowanie uważa za standard i oczywistość.

Żaden dokument nie jest w stanie wiernie naśladować natury, bo podlega konwencji. Dlatego trudno im go uznać za wiarygodne świadectwo prawdy, za idealne zwierciadło rzeczywistości. Pokazując świat inaczej, dążąc do syntezy i wyrazistej metafory, odkłamują czy też na nowo odkrywają marginalne tematy, nieuczciwie albo powierzchownie traktowane przez kino rozrywkowe i telewizję.

Piramida w kieliszku

Na wielką skalę impuls do reżyserowania i bawienia się rzeczywistością przyszedł ze świata reklamy. Od twórców konceptualnej fotografii pod koniec lat 50. XX w. Za jej pioniera uchodzi Bert Stern, amerykański fotograf z Brooklynu, który zdobył sławę m.in. dzięki słynnej tzw. pościelowej sesji z Marilyn Monroe. W tym roku zresztą jedno z tych zdjęć, przekreślone przez aktorkę pomarańczowym flamastrem jako nienadające się do publikacji, bo zbyt dobrze oddawało jej prawdziwą osobowość, trafiło na plakat Planete+ Doc Review.

Stern jest bohaterem biograficznego dokumentu Shannah Laumeister „Bert Stern. Prawdziwy Madman”, w którym śledzimy, jak ta wizerunkowa rewolucja przebiegała. Zaczęło się od spaceru po Manhattanie z kieliszkiem w dłoni. Młodego Sterna rozbawiło, że drapacze chmur odbijają się w okrągłym szkle do góry nogami. Myśląc o reklamie Smirnoffa, wpadł na pomysł, że warto uchwycić w kieliszku wódki odwróconą piramidę, którą ludzie będą kojarzyć np. z kostką lodu. Dowcipne, bazujące na inteligentnym paradoksie, kolorowe zdjęcie wykonane w Egipcie zrobiło furorę, przyniosło mu rozgłos, a przy okazji zmieniło zupełnie podejście do fotografii użytkowej i w konsekwencji również do dokumentu.

Redakcje wysokonakładowych pism kobiecych, hojni sponsorzy, mainstreamowa publiczność, nagle wszyscy zaczęli mówić o zdolnościach kreatywnych operatorów. Zamiast mechanicznej rejestracji, w cenie była ingerencja w rzeczywistość, estetyzacja. Oprócz uważnej obserwacji, liczyła się fantazja, burzenie przyzwyczajeń, dążenie do radykalnych zmian sposobów przedstawiania i wizerunków.

To przyzwolenie na prowokację, grę w szokujące skojarzenia doprowadziło do zerwania z prostą koncepcją realizmu i jeszcze bardziej wyrafinowanych poszukiwań. Dzięki temu m.in. rozwinął się, a w naszych czasach osiągnął zawrotną popularność, gatunek filmowy zwany mockumentary, wykorzystujący dotychczasową konwencję dokumentu do tworzenia całkiem innej, fikcyjnej rzeczywistości. Ostatnie dekady przyniosły mnóstwo inspirujących przykładów fałszowania i kręcenia obrazów o nieistniejących zjawiskach i osobach, służących na ogół krytyce tych jak najbardziej realnych, bieżących spraw.

 

Przykłady można mnożyć. Z rzeczy uchodzących za absolutną klasykę warto wspomnieć nagrodzone Oscarem „Gry wojenne” Petera Watkinsona z 1966 r. o skutkach rzekomej zagłady atomowej Wielkiej Brytanii. Z najnowszych szaloną komedię polityczną „Ambasador”, dobrze znanego widowni festiwalowej Duńczyka Madsa Bruggera („Idioci w Korei”), o europejskim dyplomacie z podrobionym paszportem, podającym się za konsula Liberii, który w Republice Środkowoafrykańskiej próbuje robić lewe interesy na przemycie diamentów. Cała ta maskarada to nic innego jak dziennikarska prowokacja Bruggera, mająca ujawnić mechanizmy nielegalnego procederu i skompromitować skorumpowanych polityków oraz biznesmenów.

Mockumentary to dzisiaj nie lada atrakcja wielu festiwali. Planete+ Doc Review jako pierwszy zorganizował kilka lat temu retrospektywę tego gatunku, powtarzaną potem w kilku miejscach w Polsce. Kolejna szykuje się we Wrocławiu na najbliższym T-mobile Nowe Horyzonty.

Gadające głowy

Dokument spełnia też oczywiście swoją tradycyjną funkcję, dociera tam, gdzie telewizja i szybkie media nie mają dostępu. Wyręcza analityków w komentowaniu trudnych społecznych zjawisk, piętnuje patologie, obnaża słabości demokracji, pokazuje ludzką krzywdę. Bywa też barometrem nastrojów politycznych. Jak zauważył niedawno Robert Redford, dokument – ten najbardziej zideologizowany rodzaj filmowej wypowiedzi – w dobie chaosu informacyjnego zastępuje formę dziennika telewizyjnego. Porządkuje fakty, ujawnia kontrowersyjne decyzje rządów, zmowy globalnych koncernów, tłumaczy przyczyny społecznych katastrof, protestując przeciwko obracaniu się w sztucznych światach w rodzaju reality show. W tym sensie, co nie jest wielkim odkryciem, przenikając polityczną rzeczywistość, chcąc ją lepiej rozumieć, jednocześnie o nią walczy, pozostaje zaangażowany.

Stąd prawdopodobnie renesans mało atrakcyjnej wizualnie formy gadających głów, która cieszyła się ogromnym powodzeniem pół wieku temu. Z jasnym, precyzyjnym wywodem, prowadzonym przez wszystkowiedzącego narratora, wspomaganego przez rzadko występujących przed kamerami specjalistów (z Noamem Chomskim na czele), którzy potrafią kompetentnie i przekonująco opisać każdy problem. Przykładowo wyjaśnić związek między niedawną polityką deregulacji rządu Islandii a upadkiem banku Lehman Brothers – jak można było zobaczyć w oscarowym „Inside Job” Charlesa Fergusona. Lub przypomnieć nieodpowiedzialne eksperymenty, przeprowadzane na szympansach, i oskarżyć naukowców o bezmyślne uleganie modom we wstrząsającym „Projekcie Nim” Jamesa Marsha.

Ciekawym, bo budzącym sprzeczne odczucia, osiągnięciem na tym polu wydaje się też duński dokument Lise Birk Pedersena „Pocałunek Putina”, badający przypadek błyskawicznej kariery dziennikarki i młodzieżowej działaczki Maszy Drokowej (rocznik 1989) w strukturach proputinowskiego ruchu młodych Nasi. Realizatorów zainteresowało to, że jako 19-letnia nikomu nieznana aktywistka Drokowa otrzymała z rąk prezydenta ważne państwowe odznaczenie, Medal Honorowy. Jak się okazało, jej jedyną zasługą było to, że na oficjalnym spotkaniu z Putinem spontanicznie go pocałowała. Wątpliwości w filmie budzi nie totalitarna indoktrynacja, jakiej zostają poddani nastoletni Rosjanie, tylko nagłe otrzeźwienie bohaterki i jej krytyka putinowskich metod sprawowania władzy.

Film niebezpiecznie ociera się o konwencję telewizyjnego reality show z wypowiedziami członków opozycji, dawnych przyjaciół Drokowej, jej rodziny. Wszyscy komentują jej zdradę i przebudzenie, zastanawiając się, na ile jest autentyczne i szczere. Może dziewczyna gra po prostu tę rolę, żeby donosić i siać ferment w szeregach opozycji?

Polityka 19.2012 (2857) z dnia 09.05.2012; Kultura; s. 86
Oryginalny tytuł tekstu: "Świat od spodu"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Dr Joanna Wardzała o pokoleniu 20-latków odrzucających konsumpcyjny styl życia rodziców

Rozmowa z dr Joanną Wardzałą, socjolożką i badaczką zachowań konsumpcyjnych, o tym, dlaczego dzisiaj młodzi ludzie nie chcą kupować i gromadzić dóbr.

Joanna Podgórska
12.11.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną