Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 11,90 zł!

Subskrybuj
Kultura

Cyrk w filharmonii

Popmuzyka poważna

Niemiecka śpiewaczka Simone Kermes. Na festiwalu Misteria Paschalia wykonywała arie Haendla z kiczowatymi i histerycznymi gestami, by na koniec zaśpiewać standard Gershwina „The Man I Love”. Niemiecka śpiewaczka Simone Kermes. Na festiwalu Misteria Paschalia wykonywała arie Haendla z kiczowatymi i histerycznymi gestami, by na koniec zaśpiewać standard Gershwina „The Man I Love”. materiały prasowe
Coraz częściej wykonawcy muzyki poważnej próbują szukać popularności wypadami w stronę muzyki pop. Z różnym skutkiem.
Piotr Rubik to typowy przedstawiciel gatunku próbującego nobilitować się gestami skopiowanymi z muzyki klasycznej. Nie darmo złośliwa młodzież ukuła swego czasu obelgę: „Twoja matka klaszcze u Rubika”.Paweł Wodzyński/BEW Piotr Rubik to typowy przedstawiciel gatunku próbującego nobilitować się gestami skopiowanymi z muzyki klasycznej. Nie darmo złośliwa młodzież ukuła swego czasu obelgę: „Twoja matka klaszcze u Rubika”.

Niektórym artystom nie do końca odpowiada tradycyjny system: sala koncertowa lub scena operowa, elitarna publiczność, oklaski. Pragną uwielbienia tłumów. Próbują więc wyjść im naprzeciw; czasem zresztą prowadzi ich tam po prostu temperament. Tylko czy aplauz, jaki otrzymują, jest aplauzem dla ich sztuki czy raczej wizerunku?

Opera zaliczała się niegdyś do rozrywki: zarówno skomplikowane efekty sceniczne, jak i wokalna wirtuozeria służyły epatowaniu publiczności. Dziś, gdy ten gatunek należy do sfery muzyki poważnej, nie wszystkim to wystarcza. Śpiewacy, po pamiętnych koncertach trzech tenorów, odkryli, że mogą porwać tysiące słuchaczy naraz. Coraz częściej więc biorą udział w masowych koncertach, wykonując utwory lżejszego gatunku. Nie wszyscy dają się w to wciągnąć, ale każdy od czasu do czasu śpiewa np. kolędy. Podobnie włoscy tenorzy wykonują piosenki neapolitańskie, a Plácido Domingo fragmenty zarzueli (hiszpański odpowiednik operetki).

Wśród naszych śpiewaków również niektórzy próbują wyjść poza własne emploi. Na ostatniej uroczystości rozdania Paszportów POLITYKI wspólnie wystąpili Małgorzata Walewska i L.U.C.; tej śpiewaczce podobne przygody zdarzały się już wcześniej. Nawet Aleksandrze Kurzak przydarzyło się niedawno wykonanie Mozartowskiego duetu „Là ci darem la mano” z Sebastianem Karpielem-Bułecką.

Częste są też podróbki: muzycy zbyt słabi jakościowo, by funkcjonować w świecie klasycznym, starają się być blisko niego, by dodać sobie szlachetnej patyny. Choć i ta moda już się chyli ku upadkowi. Andrea Bocelli w końcu kwietnia nie wypełnił już całej łódzkiej Atlas Areny; zapewne jedną z przyczyn były ceny biletów, ale poza tym chyba wielu już się zorientowało, że jego kariera to humbug.

Pop klasyczny

Bocelli jest typowym przedstawicielem gatunku zwanego w Wielkiej Brytanii classical crossover. Jego przedstawiciele nie są muzykami klasycznymi, lecz tylko ich naśladują. Anglicy odróżniają classical crossover od zwykłego crossover, który obejmuje także muzyków klasycznych, jak właśnie trzej tenorzy, wykonujących przed tłumami utwory uważane zwykle za elitarne.

Na brytyjskich listach przebojów pojawiają się od pewnego czasu nazwiska młodych szansonistek, śpiewających utwory z muzyki klasycznej przerobione na modłę popową. Np. Nowozelandka Hayley Westenra do wydanego kilka lat temu albumu „Pure” włączyła, obok pieśni ludowych swego kraju, piosenkę „Never Say Goodbye”, będącą przeróbką „Pawany dla zmarłej infantki” Ravela, i „River to Dreams”, adaptującą z kolei „Zimę” z „Czterech pór roku” Vivaldiego (pieśni nowozelandzkie śpiewała również swego czasu z upodobaniem pochodząca stamtąd wielka sopranistka Kiri Te Kanawa, ale to był dla niej margines, ukłon w stronę korzeni). Gdy Sting nagrał swoim prostym i nieszkolonym głosem, tylko z lutnią, płytę z pieśniami – a właściwie piosenkami – renesansowego twórcy angielskiego Johna Dowlanda, część publiczności była zachwycona.

Badania popularności classical crossover w Wielkiej Brytanii wykazują, że główni jego odbiorcy mają powyżej pięćdziesiątki i częściej są to kobiety niż mężczyźni. Rzewne miauczenia i plumkania artystów o cienkich zwykle głosach mają wzbudzać uczucia typu macierzyńskiego. Taka muzyka jest tam zresztą promowana w telewizji w programach porannych i pokazywanych w ciągu dnia, oglądanych właśnie przez starsze generacje. Ale stwierdzenie to pasuje także do grona wielbicieli twórczości Piotra Rubika, typowego przedstawiciela tego gatunku, próbującego nobilitować się gestami skopiowanymi z muzyki klasycznej. Nie darmo złośliwa młodzież ukuła swego czasu obelgę: „Twoja matka klaszcze u Rubika”.

Również raczej starsze pokolenia (choć publiczność bywa tu bardziej zróżnicowana) są klientelą artystów o formacji klasycznej, którzy postanowili się poświęcić muzycznemu kabaretowi, częstokroć zresztą z poczuciem misji popularyzowania klasyki. To przypadek Grupy MoCarta czy Waldemara Malickiego, kiedyś świetnego pianisty, który z początkowo inteligentnych telewizyjnych programów muzycznych osunął się w prymitywne dowcipy.

Istnieje też inny rodzaj crossover, przeznaczony dla młodszych pokoleń. Przykładem jest tu oczywiście Nigel Kennedy, który w swojej ojczyźnie, Wielkiej Brytanii, wciąż może wszystko; w Polsce już trochę spowszedniał. Jego wizerunek jest niezmienny od lat: punkowy czub i młodzieżowe wdzianka, mimo że artysta półwiecze dawno już ma za sobą. Jeszcze w 1991 r. brytyjski krytyk nazwał go złośliwie Liberacem lat 90. („Wladziu” Liberace, amerykański muzyk pochodzenia polsko-włoskiego, był pianistą i wokalistą przywiązującym nadmierną wagę do wyglądu, który zdobył popularność w latach 50.). W jego repertuarze od lat znajdował się Jimi Hendrix i The Doors, ale odkąd zaczął spędzać więcej czasu w Polsce (dzięki drugiemu małżeństwu), muzykował już z neoklezmerskim zespołem Kroke czy z krakowskimi jazzmanami. Od kilku lat gra też jazz w Nowym Jorku. Muzyki klasycznej jednak nie porzuca, a czasem miesza style.

 

AC/DC i Beethoven

Niektórzy skrzypkowie, dla których świat klasyki jest ważniejszy, eksponują jednocześnie ukłony w stronę muzyki popularnej. Joshua Bell grywa bluegrass. Niedawno odwiedziła Polskę po raz pierwszy Amerykanka Rachel Barton Pine, która pielęgnuje dwa nurty wykonawstwa: w klasycznym odnosi sukcesy (w latach 90. była laureatką wielu konkursów), a równolegle grywa folk, muzykę celtycką i rockową, aż po heavy metal. AC/DC, Led Zeppelin i Metallica pociągają ją na równi z Vivaldim czy Beethovenem.

Szczególnym przypadkiem była Vanessa Mae, skrzypaczka rodem z Singapuru, która została jako cudowne dziecko wkręcona w granie obok siebie klasyki i pop przez ambitną matkę, współpracującą z producentem. Gdy dorastała, uczyniono z niej również ikonę urody: w teledysku ze skrzypcami elektronicznymi wdrapywała się na skały i zanurzała w wodzie jak miss mokrego podkoszulka. Skończyło się przerwaniem kariery i zerwaniem stosunków z matką. Pieniądze szczęścia nie dają.

Czasem kończy się lepiej. Słynny chiński pianista Lang Lang – który sam opowiada o swoich związkach z kulturą pop i o tym, jak jako mały chłopczyk zapragnął zostać pianistą, oglądając kreskówkę z serii „Tom&Jerry” (odcinek, w którym kot gra II Rapsodię węgierską Liszta), a gdy dorósł, robił wszystko, by porwać tłumy – ostatnio jakby spoważniał i wydoroślał.

Gdzieś od dekady popowe wpływy dosięgły nawet tak hermetycznej, wydawałoby się, dziedziny jak muzyka barokowa. Na tegorocznym festiwalu Misteria Paschalia niemiecka śpiewaczka Simone Kermes wykonywała arie Haendla z kiczowatymi i histerycznymi gestami, by na koniec zaśpiewać standard Gershwina „The Man I Love”. Cyrkowo umalowana, z roztrzepaną rudą fryzurą, Kermes od dawna już lansuje, zarówno na scenie, jak i na co dzień, pozę artystki – wielbiciele powiedzą: szalonej, bardziej trzeźwi: niezrównoważonej.

Nie jest to pierwsza artystka związana z muzyką dawną, która flirtuje z lżejszą muzą. Istniejący od 2000 r. zespół L’Arpeggiata powstał, by wykonywać muzykę XVII w., głównie włoską. Jego twórczyni i szefowa, austriacka lutnistka Christina Pluhar, tłumaczy: – Ten repertuar mnie fascynuje, ponieważ daje muzykowi dużą wolność. Zapis muzyki nie określa precyzyjnie, jaka powinna być barwa instrumentów akompaniujących głosom, nie ma wskazówek dotyczących ozdobników, rytmu, rubato. Muzyka ta daje ogromne możliwości improwizacji. Ale w tych improwizacjach artystka skręca w coraz bardziej nieoczekiwaną stronę.

Jedną z pierwszych płyt L’Arpeggiaty była „Tarantella – Antidotum tarantulae”. Pluhar zaprosiła do niej folkową śpiewaczkę włoską Lucillę Galeazzi (z którą współpracuje do dziś) oraz włosko-brytyjskiego śpiewaka aktora Marco Beasleya, który ze swym własnym zespołem Accordone również od lat robi wypady z baroku do popu i muzyki teatralnej. Płyta odniosła sukces u szerszej publiczności, która odnalazła na niej muzykę transową: rytmiczną, żywą i jednostajną jak utwory popowe. Zespół wykonuje ten repertuar do dziś, nie zawsze jednak spotyka się z uznaniem: niedawno, w marcu, recenzent „The Washington Post”, po koncercie poświęconym tarantellom, nazwał ten styl „pseudobarokowym crossoverem”.

Prawdziwy crossover przyszedł na późniejszych płytach: „L’Improvviso”, gdzie do dawnych instrumentów dołączył współczesny klarnet; „Los Impossibles”, na której w XVII-wiecznym repertuarze hiszpańsko-latynoskim do L’Arpeggiaty dołączył słynny brytyjski zespół wokalny King’s Singers, doświadczony zarówno w repertuarze poważnym, jak i żartobliwie-popowym. Z kolei do wykonania madrygałów Monteverdiego Pluhar zaprosiła kontratenora Philippe’a Jaroussky’ego; dwa utwory na płycie „Teatro d’amore” wykonane zostały w konwencji muzyczki kawiarnianej. Ten program muzycy zaprezentowali na Misteriach Paschaliach dwa lata temu i choć koncert niefortunnie umieszczono w kaplicy św. Kingi w Wieliczce, część publiczności wybuchła entuzjazmem. Dyrektor artystyczny festiwalu Filip Berkowicz z miejsca zaprosił ich na kolejny rok. – Trzeba przyciągać nową publiczność – tłumaczył. Zatem w zeszłym roku Jaroussky, z towarzyszeniem L’Arpeggiaty i korsykańskiego zespołu wokalnego Barbara Furtuna, pląsał po scenie Filharmonii Krakowskiej w repertuarze z płyty „Via Crucis”. To nie koniec: Jaroussky tak polubił współpracę z Pluhar, że nagrali trzecią już wspólną płytę: „Los Pajaros Perdidos”, tym razem poświęconą piosence latynoskiej, ze słynnym „Besame mucho” jako zwieńczeniem. W styczniu muzycy pokazali ten repertuar w Filharmonii Łódzkiej; bilety wykupiono dwa miesiące wcześniej.

Simone Kermes, pytana o nawiązania do jazzu i muzyki pop w swoich wykonaniach, powiada: – Myślę, że jazz i pop wzięły wiele z muzyki dawnej. To taki „żywy barok”. Podobnie o „żywym baroku” mówi Pluhar. Istotnie i tu, i tu bardzo ważny jest element improwizacji. Ale w rzeczywistości jest tu fałsz: czym innym jest improwizacja należąca do danego stylu, a czym innym – anachroniczna, wnosząca przeszczepy z jednej stylistyki do drugiej. A że budzi entuzjazm u mniej wyrobionej publiczności (bo tę wyrobioną irytuje)? Cóż, zgodnie z zasadą inżyniera Mamonia, lubimy to, co już znamy.

Polityka 19.2012 (2857) z dnia 09.05.2012; Kultura; s. 92
Oryginalny tytuł tekstu: "Cyrk w filharmonii"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Fotoreportaże

Legendarny Boeing 747 przechodzi do historii

Po ponad półwieczu dominacji na niebie do historii przechodzi Boeing 747, Jumbo Jet. Samolot, który zmienił lotnictwo cywilne. I świat.

Olaf Szewczyk
21.03.2023
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną