Kultura

Wieczna blondynka

Pół wieku bez Marilyn

Marilyn Monroe urodziła się 1 czerwca 1926 r. w Los Angeles. Marilyn Monroe urodziła się 1 czerwca 1926 r. w Los Angeles. BEW
Mija pół wieku od śmierci Marilyn Monroe. Z pewnością da się wymienić ileś tam aktorek zdolniejszych od niej i piękniejszych, ale to właśnie ona stała się najważniejszą ikoną popkultury.
Naprawdę nazywała się Norma Jeane Baker.Eve Arnold/Forum Naprawdę nazywała się Norma Jeane Baker.
Stała się ucieleśnieniem funkcjonującego do dziś stereotypu blondynki, kobiety-dziecka, emblematycznego kociaka.Laszlo Willinger/BEW Stała się ucieleśnieniem funkcjonującego do dziś stereotypu blondynki, kobiety-dziecka, emblematycznego kociaka.
Marilyn Monroe w wykonaniu WarholaAndy Warhol/EAST NEWS Marilyn Monroe w wykonaniu Warhola

Artykuł w wersji audio

Truman Capote nazwał ją w swoim słynnym opowiadaniu „pięknym dzieckiem”. Constance Collier, stara angielska aktorka, z którą Capote w 1955 r. poznał Marilyn, mówiła o niej: „Wcale nie wydaje mi się, by była aktorką w tradycyjnym rozumieniu tego słowa. To, co ma w sobie – ta obecność, światło, niespokojna inteligencja – nigdy nie objawi się na scenie. To coś zbyt kruchego. Tylko kamera może to uchwycić. Tak jak tylko kamera może ukazać poezję lotu kolibra”.

Otóż właśnie – warto te słowa przypomnieć choćby dlatego, że Marilyn Monroe objawiła się światu w szczególnym momencie dla historii kina i historii kultury popularnej. Starsza od niej o dwie dekady Greta Garbo czy nawet Jean Harlow, na której ponoć się wzorowała, współtworzyły dawny system gwiazd, w którym aktorstwo filmowe przenikało się z teatralnym, kino zaś wciąż traktowane było w środowiskach opiniotwórczych protekcjonalnie – jako rozrywka dla nieoświeconych mas. Kiedy w 1953 r. Marilyn pokazała się na ekranach w filmie „Mężczyźni wolą blondynki”, co przyniosło jej wielką sławę, świat wkraczał w nową epokę mediów audiowizualnych. W Ameryce upowszechniała się telewizja, burzliwie rozwijał się przemysł płytowy, zaś upodobania konsumentów kultury zdawały się zmieniać z sezonu na sezon. Marilyn Monroe symbolizowała te zmiany – podobnie jak James Dean i Elvis Presley.

W swoich „Mitologiach” francuski semiotyk Roland Barthes przeciwstawiał „twarz Grety Garbo” sylwetce Audrey Hepburn. Ta pierwsza miała być ucieleśnieniem mitu niedostępnej gwiazdy, a ta druga dobrze znaną każdemu „dziewczyną z sąsiedztwa”. „Twarz Grety Garbo jest Ideą, twarz Hepburn – Zdarzeniem”. Szkoda, że Barthes nie pokusił się o porównanie Garbo z Marilyn Monroe – niedostępna, przeidealizowana „twarz” zderzyłaby się wówczas z seksem, pożądaniem, chucią i całą nową erą kobiecego ekshibicjonizmu w kulturze popularnej.

Trudno sobie wyobrażać, by żołnierze w koszarach, więźniowie w celach i kierowcy wielkich ciężarówek podczas długich tras fantazjowali na temat Grety Garbo. Tymczasem Marilyn już w latach 40. pracowała jako modelka pin up.

Ten zwyczaj obklejania fotosami seksownych dziewczyn różnych miejsc pracy, odosobnienia i odpoczynku młodych mężczyzn też był znakiem czasu. Ponętne kobiece ciało zaczęło być powszechnie używane w reklamie właśnie wtedy – tuż po II wojnie światowej. Norma Jean Baker, która później stała się Marilyn Monroe, zapisała się w historii marketingowej perswazji jako jedna z pierwszych rozpoznawalnych kusicielek. Musiała wiedzieć, co się podoba facetom, i pozowała do tych zdjęć jak żadna inna dziewczyna przed nią.

Była atrakcyjna, zanim jeszcze stała się najsłynniejszą na świecie platynową blondynką kojarzoną z rolami ze „Słomianego wdowca”, „Pół żartem, pół serio” czy „Księcia i aktoreczki”. Wystarczy przyjrzeć się tym starym fotografiom z czasów, kiedy jeszcze nie nazywała się Marilyn Monroe. Pierwsza ważna sesja, której efektem są zdjęcia 19-letniej Normy na autostradzie w północnym Hollywood, pokazują dziewczynę na bosaka, w prostej jasnej bluzce i spódnicy w groszki. Niby widziało się takie podlotki za kontuarem w przydrożnych barach albo w sklepach na stacjach benzynowych, ale ta pozująca na autostradzie roześmiana nastolatka sprawiała wrażenie seksualnego manifestu nowych czasów. Stojąc, siedząc czy leżąc na asfaltowej drodze całą sobą przekazywała informację adresowaną do heteroseksualnych mężczyzn: zjedz mnie.

Te fotografie Andre de Dienesa z 1945 r. powinno się pokazywać jako świadectwo nowej epoki w kulturze Ameryki i całego świata, świadectwo początków tak zwanej późnej nowoczesności. Jeszcze kilka lat wcześniej nikomu nie przyszłoby do głowy, że tak ekscytujący może być codzienny wizerunek młodej kobiety. Aluzje erotyczne w masowych przekazach z lat 20. czy 30. mają charakter czegoś niezwykłego i jakby odświętnego.

Nawet „chłopczyca” Coco Chanel, skądinąd autorką ulubionych perfum Marilyn, miała być zjawiskiem niezwykłym, choć udawała skojarzenia z „codziennym” sportem, tańcem czy jazdą automobilem. Norma Jean na fotografiach de Dienesa sprawia dojmujące wrażenie osoby naiwnie szczerej: ona nie udaje, ona naprawdę zachęca, by się zatrzymać, zabrać ją do najbliższego hotelu i spędzić z nią noc.

Podczas zdjęć do „Skłóconych z życiem” reżyser John Huston rzucił jej wyjątkowo obcesowy tekst: „Jesteś kurwą, nie aktorką. Tak jak prawdziwe dziwki, te najlepsze, niczego nie udajesz. Dajesz siebie całą, ciało i duszę”. Czytając różne poświęcone jej książki – biografie, komentarze do jej własnych zapisków, teksty w albumach ze zdjęciami – zawsze natrafimy na motyw tej osobliwej szczerości, która kłóciła się z potocznym wyobrażeniem aktorstwa. Często też przywołuje się na tę okoliczność słowa Laurence’a Oliviera, który na planie „Księcia i aktoreczki” miał jej powiedzieć: „Bądź seksowna! To wszystko, co masz zrobić, droga Marilyn, być seksowna”.

Opinie Hustona i Oliviera zawierają w sobie nie tylko prymitywny seksizm, który w latach 50. nie uchodził bynajmniej za postawę niestosowną – odzwierciedlają również to wszystko, co mieściło się w polu skojarzeniowym wokół hasła „Marilyn Monroe”. Blondynka, dysponująca wyłącznie inteligencją emocjonalną oraz ciałem, które umie odpowiednio wyeksponować, by zrobić wrażenie na publiczności, zwłaszcza męskiej. Owszem, może być sprytna, ale na pewno nie powiemy o niej „mądra”. To właśnie ona, a nie Jean Harlow stała się ucieleśnieniem funkcjonującego do dziś stereotypu blondynki, kobiety-dziecka, emblematycznego kociaka.

 

 

Jeśli mamy do czynienia z tak silnie ugruntowanym stereotypem, zawsze pojawia się pokusa, by mu zaprzeczyć. Na tej fali płyną rewelacje o Marilyn jako niedocenionej intelektualistce, która czyta Joyce’a i Heinego oraz pisze wiersze.

Wydana u nas pod koniec zeszłego roku książka „Fragmenty”, zawierająca jej prywatne zapiski, ma być takim właśnie odkryciem „innej Marilyn”. Można mieć chyba jednak pewne wątpliwości, czy na pewno lektura tego dzieła zburzy obraz aktorki zalegający w społecznej pamięci od pięciu dekad. To oczywiste, że Marilyn nie była słodką idiotką, ale wiele mówi o niej zamieszczone w książce zdjęcie, na którym ubrana w strój plażowy czyta „Ulissesa” Jamesa Joyce’a. Wpatruje się w jedną z ostatnich stronic książki, co sugeruje, że winniśmy podziwiać jej intelektualny wysiłek. Wrażenie burzą tylko półotwarte usta, cecha raczej tych mniej wprawnych konsumentów książek, którzy mają zwyczaj bezgłośnego powtarzania przeczytanych słów.

Niewykluczone, że Marilyn, czytelniczka arcydzieł literatury, autorka wierszy i niby-eseistycznych impresji, to po prostu jedna z ról eksponowanych po to, byśmy byli zaskoczeni. I tym sposobem stykamy się z paradoksem: aktorka, która zdaniem Hustona nie umiała „grać”, słynęła przecież z tego, że na użytek kamer i obiektywów aparatów fotograficznych potrafiła przyjąć odpowiedni wyraz twarzy (ach, te lekko drgające usta!), by od razu potem, gdy kamery przestaną pracować, wrócić do prywatnej, ignorującej świat zewnętrzny mimiki. Pod tym względem Marilyn mogłaby być najlepszą ilustracją socjologicznego bestsellera Ervinga Goffmana „Człowiek w teatrze życia codziennego”.

Marilyn była nie tylko „pięknym dzieckiem”, była także „dziecięciem wieku”. Podkreśliły to nawet jej związki życiowe z tak różnymi ludźmi, jak baseballista Joe DiMaggio, pisarz Arthur Miller i piosenkarz Frank Sinatra. Sport jako nagłaśniane przez media widowisko, dzieło literackie jako scenariusz do filmu i piosenka jako towar – czegoś takiego nie było wcześniej. A przecież ze wszystkich książek, jakie napisano o Marilyn, wynika, że w każdym z tych facetów naprawdę się zakochała i nie kierowała się w owych wyborach żadnym wyrachowaniem. Wszystko wskazuje na to, że po prostu wiązała się z osobami z jej świata, świata show-biznesu, o którym w musicalu Irvinga Berlina z 1954 r. powie się (i zaśpiewa): „There’s no business like show business”.

Rzeczywiście, w tamtym czasie przemysł rozrywkowy zaczął się ścigać w dochodowości z handlem bronią i bardzo szybko okazało się, że jego produkty są najlepszym towarem eksportowym Ameryki. Filmy z Marilyn Monroe były zaś jednym z najbardziej w świecie poszukiwanych towarów. O wiele bardziej interesujące jest jednak co innego: sława Marilyn Monroe wykraczała daleko poza granice popularności filmów, w których grała. Owszem, wiadomo, że były wśród nich dzieła, które stały się klasykami kinematografii, ale przecież Marilyn sama w sobie była zjawiskiem niezwykłym, zaś doniosłym wydarzeniem okazywało się każde jej publiczne pojawienie się – na ważnej premierze, bankiecie, audiencji u królowej Elżbiety, na lotnisku, statku wycieczkowym – gdziekolwiek.

Była supergwiazdą w jak najbardziej aktualnym, dzisiejszym rozumieniu tego terminu. Do tego statusu pretendowała Madonna, a ostatnio pretenduje (z niezbyt imponującym skutkiem) Lady Gaga. I nie chodzi tu bynajmniej o celebrytkę, znaną z tego, że jest znana, ale o gwiazdę par excellence, czyli osobę obdarzona iskrą bożą i otaczaną przez tłumy fanów kultem.

Takimi gwiazdami byli Beatlesi, Presley i paru innych najsłynniejszych rockmanów. We Francji podobny status miały Edith Piaf i Brigitte Bardot. W każdym z tych przypadków mówimy o „ikonie kultury”, kimś powszechnie rozpoznawalnym, skupiającym stałą uwagę publiczności, kimś, czyj wizerunek zawiera w sobie rozmaite znaczenia i ma olbrzymi potencjał wywoływania emocji. W tym kontekście liczy się wszystko: talenty, skandale, sukcesy i porażki. Talenty Marilyn, co warto podkreślić, nie sprowadzały się wyłącznie do skutecznego uwodzenia ciałem. Równie dobrze umiała bowiem uwodzić głosem.

Niezbyt sprawiedliwie sława aktorska przesłoniła jej talent wokalny. Ukazała się właśnie rocznicowa płyta „Collector” z piosenkami w wykonaniu Marilyn Monroe. Warto jej posłuchać choćby po to, by przekonać się, jak znakomite miała wyczucie swingu, co odkrywa się nawet w przesławnym „Happy Birthday, Mr. President”. Powtarzano często, że posługiwała się sztucznym, „nieswoim” głosem, wyższym, bardziej dziecinnym od naturalnego. W odbiorze jej piosenek tego wrażenia nie ma. Czuć za to niebywałą zdolność frazowania, swobodę interpretacji, duże zdolności do improwizowania, co pokazuje, że – gdyby tylko chciała – mogłaby być bardzo dobrą wokalistką jazzową.

Warto przy tej okazji przypomnieć sobie teledysk Madonny do piosenki „Material Girl” z wydanego w 1984 r. albumu „Like A Virgin”. Jest to jeden z najczęściej przywoływanych przykładów postmodernizmu w kulturze popularnej. Chodzi oczywiście o to, że Madonna „cytuje” tu wizerunek Marilyn Monroe z filmu „Mężczyźni wolą blondynki”, kiedy śpiewa ona piosenkę „Diamonds Are The Best Girl’s Friend”. Madonna stylizuje się na Marilyn, być może ze świadomym zamiarem skarykaturowania pierwowzoru, ale dziś po latach łatwo ocenić, że pierwowzór wciąż lśni oryginalnym blaskiem, podczas gdy jego trawestacja nikogo już nie zachwyca.

A jednak nie można odmówić Madonnie trafności wyżej opisanego gestu, ponieważ Marilyn stała się w gruncie rzeczy prekursorką śmiałej zabawy konwencjami, co zwykle przypisuje się estetyce postmodernizmu. Jej platynowa fryzura, karminowo-czerwona szminka i sztuczny pieprzyk na lewym policzku to w gruncie rzeczy kostium albo maska. Ale kiedy zdarzało jej się pokazywać publicznie bez makijażu, wywoływało to równie silny efekt. Sztuczność i naturalność splatały się w jej wizerunku nieustannie. Sprawiała wrażenie, jakby cała skonstruowana była z paradoksów, co w tym samym stopniu dotyczyło jej życia prywatnego, jak i ról filmowych. Grała nie grając, uwodziła nawet mimowolnie, zaś do rangi symbolu urasta jej rola w „Pół żartem, pół serio”, ponieważ cały czas oscyluje między komediową hucpą a melodramatem.

Nawet okoliczności jej śmierci, nigdy do końca niewyjaśnione, ułożyły się w osobliwie zawikłaną zagadkę. Ileż to razy powtarzano opowieść o jej podwójnym romansie z prezydentem Kennedym i jego bratem Robertem, co miało być domniemanym powodem jej śmierci.

Norman Rosten, poeta i przyjaciel Marilyn, krótko po jej pogrzebie napisał wiersz „Kto zabił Normę Jean?”. Folkowy pieśniarz Pete Seeger ułożył do tego melodię i powstał przejmujący utwór o cenie, jaką gwiazda płaci za swoją sławę. Tekst Rostena wini za tę śmierć ni mniej, ni więcej, ale… Amerykę.

Winni są fani, kochankowie, agenci biznesowi i dziennikarze, winne są czasy, w których przyszło jej żyć, moda, którą współtworzyła, i cały medialny zgiełk wokół jej osoby. W tym sensie stała się symboliczną, całopalną ofiarą, co bezbłędnie wychwycił Krystian Lupa w „Personie”. To nie tylko i nie tyle ciemna strona sławy, co później ilustrowano przykładami innych przedwczesnych śmierci – Janis Joplin, Jima Morrisona, Kurta Cobaina. To przede wszystkim ciemna strona duszy, rewers wrażliwości, stygmat, który jest udziałem każdego artysty. Najpewniej Marilyn była zbyt krucha, by to wszystko udźwignąć. Pozostały filmy, piosenki, zdjęcia. Tylko tyle i aż tyle.

Polityka 31.2012 (2869) z dnia 01.08.2012; Kultura; s. 62
Oryginalny tytuł tekstu: "Wieczna blondynka"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Niezbędnik

Lefebryści. Schizmatycy w łonie Kościoła katolickiego

Papież Franciszek i jego poprzednik Benedykt XVI wykonali pewne gesty wobec tradycjonalistycznego Bractwa św. Piusa X. Czy może dojść do pojednania? I jakie pole manewru mają obie ze stron, skoro każda z nich uważa, że to ta druga powinna się nawrócić?

Roman Graczyk
05.11.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną