Kultura

Król Karolak

Sceniczny sekret Tomasza Karolaka

Tomasz Karolak w kabaretowym spektaklu „Smuteczek, czyli ostatni naiwni” w reż. Macieja Stuhra. Tomasz Karolak w kabaretowym spektaklu „Smuteczek, czyli ostatni naiwni” w reż. Macieja Stuhra. Kurnikowski / AKPA
Jest nie tylko gwiazdą nowego sezonu, jest bohaterem każdego sezonu. Tomasz Karolak bryluje w polskiej telewizyjnej rozrywce i występuje w najgorszych filmach, a jednocześnie próbuje prowadzić porządny teatr.
Karolak jako ojciec rodziny, a właściwie Rodzinki.plVIPHOTO/EAST NEWS Karolak jako ojciec rodziny, a właściwie Rodzinki.pl
Po sukcesach „Testosteronu” i „39 i pół” Karolak został gwiazdą mediów.Archiwum Po sukcesach „Testosteronu” i „39 i pół” Karolak został gwiazdą mediów.

Bez Karolaka nie ma telewizji. Na antenę Dwójki wraca właśnie z kolejnym sezonem popularny komediowy serial „Rodzinka.pl”, w którym z Małgorzatą Kożuchowską grają rodziców trzech synów. Pokazywany jest na przemian z „Ja to mam szczęście”, gdzie Karolak gra niedojrzałego kumpla głowy rodziny. A jest jeszcze „Przepis na życie” i „Prawo Agaty” w TVN, gościnne występy w „Hotelu 52” w Polsacie czy pokazywany podczas Euro 2012 w telewizji publicznej „Piąty stadion”.

Nie ma też bez niego rozrywkowego kina, tych wszystkich „Ciach”, „Śniadań do łóżka”, „Pokaż kotku, co masz w środku”, „Wyjazdów integracyjnych”, aż po nazwany najgorszym wytworem polskiego przemysłu filmowego w historii „Kac Wawa 3D”.

A mimo tych licznych zajęć Karolak znajduje czas na kupowanie kolejnych samochodów (ma ich około dziesiątki), trenowanie triathlonu (bieg, rower i pływanie), wyprawy w Himalaje i granie z kapelą Złe Psy przed koncertem Guns N’Roses w Rybniku. Dwa lata temu doszło do tego jeszcze prowadzenie własnego teatru.

Wszyscy jesteśmy w jakimś dygocie – tłumaczy swoją nadaktywność. – I to nie jest kwestia nieregularnego zarobkowania w wolnym zawodzie. To raczej nadmiar impulsów i potrzeba, prawdziwa albo wmówiona, kolekcjonowania rzeczy i wrażeń. Wszystko cieszy tylko na chwilę, a głód rośnie. Zastanawiam się czasem, co jest we mnie nie tak, że chcę tak wiele i tak szybko. Bo co? Świat mnie zostawi w tyle? Zostanę sam? Będę uczył polskiego w Osinach?

Spotkanie proponuje w sobotę rano, tuż przed wylotem na olimpiadę do Londynu, gdzie zaprosił go PKN Orlen, który reklamuje. – Ten tydzień na olimpiadzie to moje jedyne wakacje w tym roku – usprawiedliwia się. SAM, modna kawiarnio-piekarnia niedaleko Biblioteki UW, szybko się zapełnia. Artyści omawiają kolejne projekty, rowerzyści nabierają sił przed zjazdem nad Wisłę, nowoczesne, miejskie rodziny jedzą śniadanie. Karolak poleca owsiankę z owocami.

Rozmowę przerywają telefony. Karolak załatwia hotel – jadą z kolegami trenować przed zawodami triathlonowymi. Aktorzy Teatru IMKA chcą wiedzieć, jak poszły wczorajsze rozmowy ze sponsorami, co z budżetem teatru na przyszły sezon, jaka kolejność premier i grafik prób. Karolak macha do znajomych: „młody, zdolny scenarzysta” i „najsensowniejszy producent z TVN” – przedstawia. Za moment przyjdzie pisarz Maciej Karpiński; IMKA przymierza się do wystawienia jego sztuki.

Przy owsiance podpisana zostaje też umowa założycielska spółki IMKA Films. – Będziemy produkować fabuły, dokumenty i nowoczesne teatry telewizji.

Co to znaczy nowoczesne? Karolak się waha: – Dla mnie wstrząsem w młodości był brytyjski serial „Ja, Klaudiusz”, chłonąłem go jak „Czterech pancernych”, mimo tego Rzymu z gutaperki. Na początek powstanie paradokumentalny spektakl oparty na pamiętniku 16-latki pisanym w czasie okupacji. Potem fabuła „Burdel na kółkach” – reżyseruje Maciej Pieprzyca – oparta na faktach historia pewnego autobusu, który kursował po Rzeszowszczyźnie epoki transformacji ustrojowej.

Jak IMKA Films pójdzie dobrze, to nie będę już musiał grać w komercyjnych projektach. Pójdzie źle – zostanie po staremu: dalej będę zarabiał w serialach i filmach, a wydawał w teatrze – tłumaczy Karolak, aktor, dyrektor i udziałowiec.

Aktor

„Chłopczyku, a po co ty nam w teatrze? Janosika już mamy” – powiedziała mu na konsultacjach do szkoły teatralnej Maja Komorowska. Duży, misiowaty, z długimi włosami. Syn pary oficerów Wojska Polskiego, do szkoły teatralnej dostał się za czwartym podejściem. Pomiędzy kolejnymi próbami studiował resocjalizację, był ochroniarzem i handlował na stadionie. Na warszawskiej Gwardii trenował boks, potem został fanem wschodnich sztuk walk. I zakładał zespoły rockowe.

Rząd dusz w krakowskiej PWST sprawowali wtedy Krystian Lupa i Mikołaj Grabowski. Reżyserzy z charyzmą, niemal równolatkowie, ale zupełnie różni. Lupa – wielki psycholog, tworzący na próbach atmosferę seansów psychoanalitycznych, a na scenie hipnotyczne światy. Grabowski – z zacięciem socjologa portretujący polskie typy: nadwiślańską mieszankę plebejskości i wzniosłości, wielki miłośnik Gombrowicza, „Opisu obyczajów” XVIII-wiecznego księdza Jędrzeja Kitowicza i dramaturgii Tadeusza Słobodzianka.

Widziałem wszystkie spektakle obu, ale bliżej mi było do tego drugiego – opowiada Karolak. – Debiutowałem w „Obywatelu Pekosiu” Słobodzianka w reż. Grabowskiego. Energia i emocje udziału w dobrym, ważnym, politycznym przedstawieniu były tak silne, że na premierze aktorzy i widzowie płakali. Wtedy sobie powiedziałem: O, taki teatr chcę robić!

Dlatego kiedy Grabowski został dyrektorem łódzkiego Teatru Nowego, Karolak bez żalu zostawił macierzysty Teatr im. Słowackiego w Krakowie: – To było przez Grabowskiego i za Grabowskim, ale też za robieniem, za ważnym teatrem. Bo co ja miałem pierdzieć w stołek w tym Słowaku, stiuki na suficie podziwiać? Robienie teatru dla wycieczek, które przyjeżdżają zwiedzać Kraków, mnie nie interesowało.

Spektakle z tamtego czasu „Sen Pluskwy” i „Obywatel Pekoś”, oba tandemu Słobodzianek-Grabowski, były sukcesami ogólnopolskimi, pozostałe produkcje też powyżej średniej krajowej. Karolak tworzył pierwsze wersje swojego sztandarowego bohatera: prostego chłopaka o dobrym sercu, prowincjusza, który bardzo się stara, nadrabia tupetem, ale i tak z reguły mu nie wychodzi. Taki jest Adam, kierowca PKS w „Obywatelu Pekosiu”: „W jego sposobie zapalania papierosa wyraża się cała proletariacka Polska B” – zachwycali się krytycy. I druga specjalność Karolaka: wodzireje, reżyserzy scenicznych wydarzeń, jak Bondar w „Proroku Ilji”.

Kiedy po ponad trzech latach w Nowym Grabowski dostał propozycję szefowania Narodowemu Staremu Teatrowi w Krakowie, Karolak został w Łodzi. – Nie poszedłem z nim, bo nie interesował mnie powrót do starych czasów, wejście do tej samej wody. Asystował Kazimierzowi Dejmkowi w „Hamlecie”, spektaklu przerwanym z powodu śmierci reżysera, a potem wraz z grupką aktorów Nowego przez trzy lata grali w „Merlinie” Słobodzianka w Teatrze Narodowym.

W tym czasie odniósł swój pierwszy komercyjny sukces. Wyreżyserowany przez Agnieszkę Glińską „Testosteron”, komedia Andrzeja Saramonowicza o siedmiu smutnych facetach upijających się na nieudanym weselu i zwierzających z tragikomicznych doświadczeń z kobietami, stał się jednym z największych rodzimych hitów teatralnych XXI w. Plotka głosi, że autor pisał sztukę na podstawie prawdziwych historii opowiadanych mu przez aktorów, którzy później grali stworzone dla nich postaci. Karolakowi przypadła rola rockowego gitarzysty Fistacha, z pozoru chama i gbura traktującego kobiety jak zabawki, ale jak poskrobać, wrażliwego chłopca wciąż liżącego rany po zdradzie, jakiej doznał ze strony ukochanej.

Celebryta

Kinowym odpowiednikiem „Testosteronu” było dla Karolaka „Ciało” duetu Saramonowicz i Konecki. W roli Goldiego, złodziejaszka nieudacznika bezskutecznie próbującego pozbyć się tytułowych zwłok, bez kompleksów ogrywał swoje gabaryty i szparę między zębami, głupkowato się uśmiechał, robił wokół siebie dużo szumu, by przykryć niekompetencję i desperacko ciągle na nowo próbował wybrnąć z sytuacji, mimo że los jakby sprzysiągł się przeciw niemu.

Typowo polski przypadek, obywatel Pekoś na wesoło. Widownia kupiła swojego chłopa w wydaniu Karolaka i wkrótce został etatowym aktorem coraz gorszych i mniej śmiesznych filmów Saramonowicza i Koneckiego, a potem także innych komediopodobnych wytworów polskiego szołbiznesu.

W produkcjach telewizyjnych z kolei głównie grywa wiecznego chłopca – trochę niedojrzałego i nieodpowiedzialnego, po polsku szalonego, ale z dobrą wolą i urokiem, który działa na kobiety. Miarą telewizyjnego sukcesu aktora jest „własny” serial – którego jest główną gwiazdą. Karolak ma trzysezonowe „39 i pół” – współczesną wersję „Czterdziestolatka”, w którym grał Dariusza Jankowskiego, sympatycznego nieudanego muzyka z Zielonej Góry. Jeździ dużym Fiatem, kibicuje żużlowemu zespołowi Falubaz, próbuje odzyskać uczucie byłej żony i stać się dobrym ojcem dla dorastającego syna.

Po sukcesie tego serialu mógł wszystko. Więc reklamował, jurorował w telewizyjnych celebryckich show, a epopeją w odcinkach o jego relacjach z matką swojej córki do dziś żyją czytelniczki kolorowych tytułów. Otrzeźwienie przyszło, kiedy zobaczył siebie na okładce kolejnego kolorowego pisma, z owcą zarzuconą na ramiona. Miał 40 lat.

Dyrektor

Mógłbym mieć dom w Toskanii, a jakbym chciał mniej banalnie, to w Pakistanie, byłem tam parę razy i nawet wiem, gdzie byłoby bezpieczniej. Ale mam poczucie, że trzeba jeszcze coś porobić. Może wtedy wróci to wrażenie z lat 90., kiedy pracując w teatrze miałem poczucie sensu, dreszcze, że uczestniczę w czymś ważnym – tłumaczy otwarcie prywatnego Teatru IMKA.

Zaczęło się od prób do „Naszej klasy” Słobodzianka w Laboratorium Dramatu w Warszawie. Dramatopisarz skrzyknął aktorów, dla których pisał sztukę o losach polskich i żydowskich kolegów z klasy w Jedwabnem, od lat 20. po 90. XX w. Dla Karolaka napisał rolę Władka, prostego chłopaka ze wsi. Reżyserował Mikołaj Grabowski, w obsadzie zebrana po latach ekipa z łódzkiego Teatru Nowego. Słobodzianek jednak próby zakończył i wkrótce odbyła się premiera sztuki w innej obsadzie i reżyserii.

Karolak nie odpuścił. Z Grabowskim wymyślili trzecią część „Opisu obyczajów” Kitowicza, z ekipą Nowego i Karolakiem w roli wiejskiego eleganta, a potem miejsce, w którym można by spektakl grać. Tak w 2010 r. narodził się Teatr IMKA, który ma dziś na koncie kilkanaście spektakli.

Największym sukcesem jest „Generał” Jarosława Jakubowskiego – fantasmagoria w stylu Thomasa Bernharda z generałem Jaruzelskim (wielka rola Marka Kality), jego żoną i kolegami: Florianem Siwickim i Czesławem Kiszczakiem.

Dzwoni do mnie podekscytowany reżyser Artur Tyszkiewicz: Karol, Karol, świetna rzecz, taki chłopak spod Piły to napisał, musimy to mieć, nazywa się „Generał”! To poszedłem do bankomatu, wyjąłem kasę na zaliczkę i mu wysłałem – opisuje swój pomysł na zarządzanie teatrem Karolak. Na podobnej zasadzie powstali „Sprzedawcy gumek” – o poszukiwaniu miłości przez 40-latków po przejściach, „Wodzirej” według filmu Falka – autoportret aktorów chałturników, i „Król dramatu” – autoironiczny portret polskiego artysty, któremu w osiągnięciu wielkości przeszkadzają pochodzenie, historia, zły gust mecenasów i widowni, z Karolakiem w roli tytułowej.

IMKA stała się domem dla sierot po łódzkim Nowym, zarazem teatrem 40-latków, którzy nie wstydzą się wycieczek do krainy swojej młodości – PRL.

Spektakle IMKI nie są artystycznymi eksperymentami, to teatr środka, bardziej aktorski niż reżyserski, nie ma tu jednak mowy o obniżaniu poprzeczki, o farsach czy sitcomie na żywo, jak w innych teatrach prywatnych. Trudniejsze teksty, np. „Dzienniki” Gombrowicza w reż. Grabowskiego, sprzedaje się gwiazdorską obsadą: obok Karolaka występują Jan Peszek, Magdalena Cielecka i Piotr Adamczyk.

Nowy sezon zaczną koprodukcją z Nowym Teatrem Krzysztofa Warlikowskiego – sztuką Hanocha Levina w reż. Marka Kality, Arkadiusz Jakubik wyreżyseruje spektakl z piosenkami Nicka Cave’a z Tymonem Tymańskim w obsadzie, na karnawał planują wznowienie „Kto się boi Virginii Woolf” (premiera w 1999 r. w Teatrze STU w Krakowie), w reż. Mikołaja Grabowskiego. Wiosną zaś premiera „Fantazego” Słowackiego w reż. Grabowskiego.

Może być kiepsko jak w „Kopenhadze”, może być źle na początku, a potem coraz lepiej jak w „Królu dramatu” i może być świetnie od początku jak w „Generale”, ale musi być jedno: szczerość przekazu, uczciwe intencje, ważny temat, który porusza twórców – tłumaczy swoje zasady Karolak.

Na widowni IMKI, jak rzadko w polskim teatrze, zasiadają politycy, z prezydentem Komorowskim na czele, i kwiat biznesu, który w dodatku łoży na kolejne premiery. Środowisko teatralne patrzy na całą sprawę podejrzliwie. Wizyty polityków PO u Karolaka i sponsorowanie teatru przez firmy z kapitałem państwowym, jak PKN Orlen, odbierano nie tylko jako próby odwdzięczenia się dyrektorowi za jego przedwyborcze podróże tuskobusem po kraju, ale i wyraz niechęci PO dla teatrów dotowanych ze środków publicznych.

PO wspierałem, bo takie mam przekonania, a w Orlenie państwo jest mniejszościowym udziałowcem i o pieniądzach decydują akcjonariusze – odpiera zarzuty Karolak. Prezes Orlenu Jacek Krawiec przyszedł ze znajomymi na „Wodzireja”, wcale nie przeze mnie zaproszony, powiedział, że bardzo mu się podoba i chciałby pomóc. Ale pomoc Orlenu nie jest kosmiczna, do tego Orlen mi pomaga, a ja mu robię kampanię reklamową, to układ czysto biznesowy. Nie dostaję ani grosza dotacji z żadnej państwowej instytucji. Kolejni sponsorzy to: biznesmen ze Lwowa, szwajcarska firma Kronopol z siedzibą w Żorach i prezes żużlowego klubu Falubaz Zielona Góra.

Bez celebryckich sukcesów Karolaka nie byłoby tego teatru. Te różne sfery życia nie przeszkadzają sobie w jego przypadku – wręcz przeciwnie. W końcu prywatnie też jest fanem Falubazu.

Polityka 36.2012 (2873) z dnia 05.09.2012; Ludzie i style; s. 94
Oryginalny tytuł tekstu: "Król Karolak"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Nauka

Skąd dramatyczne wahania liczby infekcji covid-19?

Czym tłumaczyć gwałtowny spadek raportowanych zakażeń koronawirusem? Rozmawiamy z dr. Franciszkiem Rakowskim z ICM, który modeluje przebieg pandemii od samego jej początku.

Karol Jałochowski
26.11.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną