Kultura

Parada Bondów

Historia słynnego agenta 007

Roger Moore Roger Moore EAST NEWS
23 filmy, sześciu aktorów użyczających twarzy głównemu bohaterowi, mnóstwo wypitych Martini, rozbitych aut i uwiedzionych kobiet. Filmowy James Bond, od pięciu dekad obecny na ekranach, pobił rekord, do którego nie zbliżyła się żadna inna filmowa seria.
Sean ConneryEAST NEWS Sean Connery
Georg LazenbyEAST NEWS Georg Lazenby
Timothy DaltonEAST NEWS Timothy Dalton
Pierce BrosnanEAST NEWS Pierce Brosnan
Daniel CraigBEW Daniel Craig

Jak zauważa Michał Grzesiak, autor książki „James Bond. Szpieg, którego kochamy”, scenariusze kolejnych bondowskich epizodów poruszają ważne problemy społeczne, polityczne i gospodarcze, nurtujące świat w danym okresie. W latach 60. była to zimna wojna, w latach 70. kryzys energetyczny i początek odwilży w relacjach Wschód–Zachód („Szpieg, który mnie kochał”). Fabuły z ostatnich lat również odnoszą się do zmieniającej się rzeczywistości – rosnącego wpływu mediów na codzienne życie i manipulujących nimi ludźmi („Jutro nie umiera nigdy”) oraz wzrostu zagrożenia masowym terroryzmem („Casino Royale”).

Nie byłoby jednak popularności kolejnych obrazów, gdyby nie wizerunek głównego bohatera, którego odtwarzało już sześciu aktorów – a każdy z nich stawał się Bondem na miarę swoich czasów. Jak zwykle bywa w przypadku dzieł, które osiągają wielki sukces, początki wcale nie były łatwe. Producenci pierwszego filmu o Jamesie Bondzie, Harry Saltzman i Albert Broccoli, musieli pokonać niejedną przeszkodę, zanim udało im się przenieść przygody angielskiego szpiega na ekran.

Choć powieści Iana Fleminga o Agencie 007, który posiadając licencję na zabijanie (i na bycie zabitym, jak dopowiadał), bronił interesów Jej Królewskiej Mości na całym świecie, cieszyły się olbrzymią popularnością, problemem było znalezienie wytwórni. Żadne wielkie hollywoodzkie studio nie chciało zgodzić się na ekranizacje książek, twierdząc, że po pierwsze, są zbyt brytyjskie, a po drugie, zbyt nasycone seksem i przemocą. W końcu pieniądze zgodził się wyłożyć United Artist, a wybór ostatecznie padł na „Doktora No”, jedną z pierwszych powieści o Bondzie, opowiadającą o tym, jak superagent stara się powstrzymać stacjonującego na Jamajce złego doktora, który eksperymentuje z promieniotwórczością i chce przejąć amerykańskie rakiety kosmiczne. Temat idealnie zgrał się z nastrojami panującymi w latach 60. ubiegłego wieku.

Connery na początek

Ian Fleming pisał swoje powieści z myślą o Carym Grancie, ale hollywoodzki gwiazdor nie zgodziłby się podpisać kontraktu na serię filmów, które już wtedy planowali ambitni producenci. Rozpisano nawet konkurs na aktora, który mógłby się wcielić w rolę Bonda. Znaleziono przystojnego chłopaka o odpowiedniej prezencji, ale w trakcie zdjęć próbnych stało się oczywiste, że nie poradzi sobie z rolą.

Dopiero w czasie castingów pojawił się aktor idealny. Jak można przeczytać we wspomnieniach producentów, Sean Connery przyszedł na przesłuchanie do roli w pomiętej koszuli i wydawał się nie być szczególnie przejęty faktem, że ma grać eleganckiego szpiega. Jednak to właśnie pewność siebie aktora i męski urok sprawiły, że producenci zwrócili na niego uwagę.

Ponoć decyzję o tym, by ostatecznie obsadzić mało znanego Szkota podjęli, przyglądając się przez okno, jak idzie ulicą. Jego pewny siebie krok mężczyzny, który nie dba o nic, przekonał ich, że Connery będzie idealnym Bondem.

Produkcja filmu dostarczała twórcom wielu problemów, głównie z powodu niskiego budżetu. Niektóre sceny kręcono w prywatnych mieszkaniach, niektóre efekty specjalne były tak marne (tarantula chodząca po ramieniu Connery’ego), że na pokazach wywoływały śmiech zamiast przerażenia. Zresztą pierwsze pokazy nie zwiastowały sukcesu – Ian Flemming po wyjściu z kina stwierdził, że film jest po prostu okropny. Do tego wszystkiego niektórzy krytycy po pokazach dla prasy wytknęli Ursuli Andress brak urody. Jednak kiedy film trafił do kin, nie było żadnych wątpliwości, Bond spodobał się widzom. I to bardzo – produkcja nie tylko się zwróciła (co nie było trudne przy tak marnym budżecie), ale „Doktor No” okazał się najbardziej kasowym filmem roku.

Kolejne trzy filmy z udziałem Connery’ego okazały się wielkimi przebojami, powoli zaczynał się też tworzyć schemat filmu o Bondzie, w którym koniecznie musiała pojawić się Miss Moneypenny, niezawodny wynalazca gadżetów Q, coraz bardziej przebiegli przestępcy i coraz więcej pięknych kobiet.

Lazenby przegrany

Terance Young, reżyser trzech filmów o dzielnym szpiegu, na pytanie, dlaczego filmy o Jamesie Bondzie odniosły taki sukces, miał odpowiedzieć: „Na sukces złożyły się trzy elementy: Sean Connery, Sean Connery i Sean Connery”. Nic więc dziwnego, że gdy po „Żyje się tylko dwa razy” szkocki aktor postanowił pożegnać się z produkcją, producenci stanęli przed nie lada wyzwaniem, kim zastąpić charyzmatycznego aktora. Teoretycznie nie powinno to być trudne – w przeciwieństwie do castingu przy „Doktorze No”. Tym razem chodziło o znalezienie aktora gotowego odegrać główną rolę w filmach, na których premierze pojawia się sama brytyjska królowa.

Wybór padł na Georga Lazenby’ego, Australijczyka z małym doświadczeniem aktorskim (wcześniej grał tylko w reklamie czekoladek). Teoretycznie spełniał wszystkie wymagania – był wysoki, przystojny i pewny siebie. Do tego w czasie zdjęć próbnych świetnie wypadł w scenach walki (naprawdę pobił grającego z nim kaskadera).

Producenci byli przekonani, że nowy Bond spodoba się widowni, zwłaszcza że scenariusz „W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości” obiecywał nieco poważniejszą wersję przygód Bonda. Dziś film jest synonimem największej klęski w historii całego cyklu. Zarobił niemal dwa razy mniej niż poprzednie części, a odtwórca głównej roli stał się synonimem nieudanego castingu. Zresztą musiał sobie z tego zdawać sprawę sam Australijczyk, który mimo kontraktu na siedem filmów, zdecydował się zrezygnować z roli.

Jednak jeśli obejrzy się film bez uprzedzeń, okaże się, że jest w nim wiele godnych zapamiętania, klasycznie bondowskich scen. Jedna z nich to szalony zjazd na nartach w wykonaniu Willy’ego Bognera, wybitnego niemieckiego narciarza. Sekwencja spodobała się tak bardzo, że potem nieraz powracała w kolejnych odsłonach serii.

Po tej klęsce zdesperowani producenci zaoferowali Seanowi Connery’emu kolosalną, jak na ówczesne czasy, gażę (1,25 mln dol. plus 12 proc. przychodów z filmu), by go przekonać do udziału w kolejnej odsłonie bondowskich przygód („Diamenty są wieczne”). Sean Connery stwierdził jednak po tym powrocie, że więcej nie zagra Bonda, nawet za całe złoto fortu Knox. Przez chwilę rozważano nawet zatrudnienie amerykańskiego aktora, ale ostatecznie stanęło na rozważanej już wcześniej kandydaturze Rogera Moore’a.

Moore na trudne lata

Zdecydowano się nie tylko na wymianę aktora, ale na lekkie przesunięcie akcentów. Bond Moore’a nadal uwodził piękne kobiety, dokonywał niesamowitych kaskaderskich wyczynów (w „Żyj i pozwól umrzeć” było to skakanie po krokodylach), ale robił to z lekkim przymrużeniem oka i poczuciem humoru. Jakby autoironicznie traktował swe zajęcie na planie.

Taka interpretacja roli przypadła do gustu widzom. Moore co prawda żartował, że zewsząd padają oskarżenia o to, iż na jego „arsenał aktorskich środków wyrazu składają się trzy elementy – unoszenie lewej brwi, zaciskanie szczęki i tak dla odmiany unoszenie prawej brwi”, lecz w kolejnych filmach sprawdzał się świetnie i dość niesłusznie jest przez część widzów uważany za niepoważnego Bonda.

Uważa się zresztą, że to właśnie Moore pomógł przetrwać Bondowi trudne lata 70., kiedy nie tylko kino przechodziło gwałtowne przemiany, ale przede wszystkim zaczął się konflikt pomiędzy producentami serii filmów. Niestety, Moore zaczął grać Bonda późno (grając go po raz pierwszy miał 45 lat) i po kilku filmach był już na rolę Agenta Jej Królewskiej Mości za stary. Widzowie zaczęli się naśmiewać z podstarzałego agenta, uciekającego po dachu autobusu, na który przysługują mu już darmowe bilety dla seniorów.

Dalton na chwilę

Tym razem poszukiwanie nowego odtwórcy głównej roli nie trwało długo. Producenci mieli na oku przystojnego Irlandczyka Pierce Brosnana, który właśnie zdobywał popularność w Stanach, grając w serialu „Remington Steele”. Aktor wydawał się idealny do roli, ale był związany kontraktem z telewizją ABC, która nie mogła się zdecydować, czy kręcić kolejne odcinki. Studio dało sobie dwa tygodnie na decyzję. Przez 13 dni telefon milczał, czternastego telewizja poinformowała aktora, że nie zwolni go z kontraktu.

Spośród dwóch filmów, z zaangażowanym wówczas do roli superagenta Timothym Daltonem, ten drugi, zatytułowany „Licencja na zabijanie”, uznaje się za najbardziej ponury i poważny z całej serii. Bond pozbawiony licencji na zabijanie, jako osoba prywatna, mści się na szefie narkotykowego kartelu. Filmy nieźle poradziły sobie w Europie, ale poniosły klęskę w Ameryce. Brak sukcesu był na tyle dotkliwy, że zaczęto zastanawiać się nad zamknięciem serii.

Brosnan na dłużej

W 1994 r., parę lat po upadku systemu komunistycznego, Bond powrócił. Po latach oczekiwań, niezwiązany żadnym kontraktem, Pierce Brosnan mógł wcielić się w rolę Agenta 007. Podobnie jak w przypadku „Doktora No”, twórcy zdawali sobie sprawę, że grają o wszystko. Nowy postkomunistyczny Bond mógł albo podbić serca widowni, albo ostatecznie pogrzebać serię.

Już jedna z początkowych scen „Goldeneye”, pierwszego filmu po powrocie Bonda, pokazała, że nastała zupełnie nowa era. Bond skaczący z olbrzymiej tamy na bungee – to ten rodzaj niesamowitych scen, jakich dotychczas brakowało. Wielu widzów dostrzegło w Brosnanie Bonda idealnego – łączącego poczucie humoru Moore’a z bezwzględnością Connery’ego i powagą Daltona.

Wśród nowych zagrożeń, z jakimi walczył Agent Jej Królewskiej Mości, nie brakowało takich, które stanowiły bezpośredni komentarz do rzeczywistości. W „Jutro nie umiera nigdy” międzynarodowy konflikt wywołuje nie szaleniec, ale rządny newsów właściciel medialnego imperium. Jednak wydaje się, że choć pierwsze filmy z Brosnanem skazane były na sukces, kolejne coraz bardziej obnażały problemy serii. Schematyczna fabuła, coraz więcej reklamowanych w tle produktów i gadżety budzące raczej uśmiech niż podziw.

Craig na nowe czasy

W 2006 r. pojawił się nowy Bond. Angielski aktor Daniel Craig z początku się nie spodobał. Zarzucano mu, że jest za niski, za mało przystojny i pozbawiony uroku. Ale na tym polegała nowa koncepcja. Nowy Bond miał być przede wszystkim bezwzględnym zabójcą, który wykonuje polecenia bez mrugnięcia okiem. Bonda pozbawiono też wszystkich stosowanych przez lata gadżetów – nie ma cudownego samochodu, nie ma strzelającego długopisu, zniknęło nawet Martini wstrząśnięte niezmieszane.

Bond w czasach, w których widzowie mieli do wyboru przygody angielskiego agenta lub bezwzględnego Bourne’a z ekranizacji książek Roberta Ludluma, musiał być jeszcze bardziej niebezpieczny niż dotychczas. Stąd też postawiono przede wszystkim na takie sceny, w których sam agent musi wykazać się niespotykaną sprawnością fizyczną. Scenarzyści postanowili też zrezygnować z parady pięknych dziewcząt, zamiast nich pojawiła się grana przez Evę Green kobieta, w której nawet najbardziej bezwzględny zabójca mógł się zakochać.

Odświeżenie formuły dało efekty. Po premierze wszyscy jednogłośnie orzekli, że Craig idealnie nadaje się do roli. Film okazał się niesamowitym przebojem, otwierając nowy etap w historii serii. I choć kolejny film z udziałem tego aktora, „Quantum of Solace”, zdecydowanie mniej spodobał się widowni, to wyniki finansowe nadal były zadowalające.

Jednak ponownie okazało się, że podtrzymanie serii nie jest proste. Bankructwo studia MGM posiadającego prawa do filmów sprawiło, że premiera nowego filmu została przesunięta aż o dwa lata. Dzięki temu „Skyfall” wejdzie do kin równo 50 lat po premierze pierwszej części i, jak zapowiadają scenarzyści i reżyser Sam Mendes, ponownie ma wywrócić świat Bonda do góry nogami.

Polityka 40.2012 (2877) z dnia 03.10.2012; Kultura; s. 70
Oryginalny tytuł tekstu: "Parada Bondów"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Dr Joanna Wardzała o pokoleniu 20-latków odrzucających konsumpcyjny styl życia rodziców

Rozmowa z dr Joanną Wardzałą, socjolożką i badaczką zachowań konsumpcyjnych, o tym, dlaczego dzisiaj młodzi ludzie nie chcą kupować i gromadzić dóbr.

Joanna Podgórska
12.11.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną