Kultura

Rozmontować karabin i sprzedać jako wózek

Wywiad z Maciejem Parowskim: 30 lat „Fantastyki”

Medal pamiątkowy z okazji 30-lecia pisma „Fantastyka”. Medal pamiątkowy z okazji 30-lecia pisma „Fantastyka”. Zorro2212 / Wikipedia
„Nowa Fantastyka”, pismo kultowe, obchodzi właśnie 30-lecie istnienia. Maciej Parowski, jej najdłużej urzędujący redaktor, wspomina początki, gry z cenzurą komunistyczną oraz narodziny polskich gwiazd literatury fantastycznej.
Pierwsza okładka „Fantastyki” z 1982 r.Fantastyka/materiały prasowe Pierwsza okładka „Fantastyki” z 1982 r.
Na comiesięcznych spotkaniach w Mazowieckim Centrum Kultury na Elektoralnej pojawiali się m.in. (od lewej) Grzegorz Ciechowski, Mirosław Kowalski (SuperNowa) i Jadwiga Zajdel.Fantastyka/Materiały prywatne Na comiesięcznych spotkaniach w Mazowieckim Centrum Kultury na Elektoralnej pojawiali się m.in. (od lewej) Grzegorz Ciechowski, Mirosław Kowalski (SuperNowa) i Jadwiga Zajdel.
Czasem wpadał do pisma profesor Edmund Wnuk Lipiński - socjolog i pisarz SF, który udzielił „F” kilku wywiadów i zamieścił jedno opowiadanie. Ponadto Dorota Malinowska (dział zagraniczny) i Marek Oramus (krytyka).Maciej Parowski/Materiały prywatne Czasem wpadał do pisma profesor Edmund Wnuk Lipiński - socjolog i pisarz SF, który udzielił „F” kilku wywiadów i zamieścił jedno opowiadanie. Ponadto Dorota Malinowska (dział zagraniczny) i Marek Oramus (krytyka).
Młodzi komiksiarze z wizytą u Jacka Rodka, pierwszego naczelnego „Komiksu-Fantastyki” w 1992 r. W kadrze stoją Jerzy Szyłak, Jarek Musiał i Andrzej Nowakowski. Siedzą Piotr Kabulak, Jacek Rodek i Wojtek Birek.Maciej Parowski/Materiały prywatne Młodzi komiksiarze z wizytą u Jacka Rodka, pierwszego naczelnego „Komiksu-Fantastyki” w 1992 r. W kadrze stoją Jerzy Szyłak, Jarek Musiał i Andrzej Nowakowski. Siedzą Piotr Kabulak, Jacek Rodek i Wojtek Birek.
W 2007 roku cała redakcja dostała odznaczenia od Ministra Kultury i Sztuki Kazimierza Ujazdowskiego z okazji XXV-lecia pisma. Od lewej stoją Jacek Rodek, Minster, Maciej Makowski (dyrektor wydawnictwa PrószyńskiMedia) i Maciej Parowski.Maciej Parowski/Materiały prywatne W 2007 roku cała redakcja dostała odznaczenia od Ministra Kultury i Sztuki Kazimierza Ujazdowskiego z okazji XXV-lecia pisma. Od lewej stoją Jacek Rodek, Minster, Maciej Makowski (dyrektor wydawnictwa PrószyńskiMedia) i Maciej Parowski.
Redakcja AD 2012. Od lewej Jerzy Rzymowski (publicystyka, krytyka), Jakub Winiarski (naczelny) i Marcin Zwierzchowski (proza zagraniczna).Maciej Parowski/Materiały prywatne Redakcja AD 2012. Od lewej Jerzy Rzymowski (publicystyka, krytyka), Jakub Winiarski (naczelny) i Marcin Zwierzchowski (proza zagraniczna).

Wprawdzie „Nowa Fantastyka” (pierwotnie „Fantastyka”) powstała 30 lat temu, ale do dziś jest wciąż najlepiej sprzedającym się pismem literackim w Polsce. Kiedy w 1982 w kioskach pojawił się pierwszy numer z półnagą bohaterką na okładce, nikt nie spodziewał się, że czasopismo stanie się do tego stopnia popularne, by miłośnicy alternatywnych światów musieli ustawiać się po „Fantastykę” w kolejkach lub kupować ją spod lady.

Dla wielu dzisiejszych 30-40-latków to pismo kultowe. Magazyn stał się trampoliną do kariery tak znanych dziś nazwisk, jak Andrzej Sapkowski czy Jacek Dukaj, którzy debiutowali na jego łamach. Był również miejscem sporów i ideowych dyskusji, nie tylko literackich, ale społeczno-politycznych. O tym, jak periodyk kształtował polską literaturę science-fiction i fantasy rozmawiamy z Maciej Parowskim, który jest ważną postacią związaną z „Fantastyką” i kierował magazynem w latach 1992 – 2003. Dziś jest zastępcą redaktora naczelnego „Nowej Fantastyki” i redaktorem naczelnym „Czasu Fantastyki”

Sebastian Frąckiewicz: Kto wpadł na pomysł założenia magazynu literackiego poświęconego fantastyce? Jego narodziny trwały podobno prawie 10 lat…

Maciej Parowski: Bo to nie było łatwe. Trzeba było złożyć wniosek do Krajowej Agencji Wydawniczej czy Młodzieżowej Agencji Wydawniczej i lobbować u ówczesnych władz w RSW, czy chyba nawet w KC PZPR. Pismo próbowano zakładać już w latach 70-tych, ale - jak wiadomo - w PRL-u ciągle brakowało papieru, a przeznaczanie go na takie fanaberie jak magazyn o literaturze fantastyczno-naukowej nie wchodziło w grę.

A kto był w tej pierwszej grupie lobbującej? Pan doszedł do pisma później, prawda?

Tak, ta pierwsza grupa, która zdołała „wyrwać” papier od władz wywodziła się z Ogólnopolskiego Klubu Fantastyki i Science Fiction (OKFiSF). Byli to m.in. Andrzej Wójcik, Jacek Rodek (dziś właściciel wydawnictwa Mag – przyp. red.), Tadeusz Markowski i Maciej Makowski. W 1981 roku na spotkania założycielskie przychodzili też pisarze science-fiction - Krzysztof Boruń, dziennikarz „Tygodnika Demokratycznego” i Adam Hollanek, wówczas redaktor „Trybuny Ludu”. On został pierwszym naczelnym pisma.

Trafiłem do „Fantastyki” z zamkniętego w stanie wojennym „Politechnika”, miałem sformalizowany przez władze zakaz pełnienia funkcji kierowniczych. Do wybuchu wolności byłem szeregowym redaktorem działu prozy polskiej, człowiekiem z drugiego planu. W latach 1992-2003 byłem już dyrektorem spółki Fantastyka i mianowanym - przez siebie zresztą - redaktorem naczelnym. Wybory dyrektora odbywały się co rok. Okazałem się na tyle wyrazisty i zarazem mało kontrowersyjny, że wygrywałem je przez jedenaście lat. Potem zrezygnowaliśmy z niezależności i związaliśmy się Prószyński Media.

Kto w latach 80. wymyślił nazwę „Fantastyka”?

Już w 1978 roku czytałem Marka Oramusa do władz, pisane w imieniu (OKFiSF). Do dziś pamiętam zdanie: „tytuł pisma FANTASTYKA, to chyba oczywiste”. Choć właściwie wcale to oczywiste nie było. Równie uprawniony były jakiś „Kwazar”, „Solaris”, „Stalker”; nazywały się tak niektóre fanziny.

Po stanie wojennym wiele pism nie zostało na nowo otwartych i do tego nagle w 1982 dla „Fantastyki” papier się znalazł. W swojej książce „Małpy pana Boga” formułuje Pan tezę, że „Fantastyka” miała być wentylem bezpieczeństwa.

To nie tylko moja teza. Oczywiście, że miała być wentylem. Władze wyszły z założenia, że jednak trzeba coś ludziom dać, jakąś literaturę, rozrywkę, najlepiej bezpieczną, a przecież ci fantaści będą sobie pisać o kosmosie i zielonych ludzikach. Są nieszkodliwi, więc dajmy im w końcu to pismo. Choć podobno ówczesny beton Stefan Olszowski ironizował: niech się młodzi pobawią w działalność antysocjalistyczną.

Władza nie miała żadnych oczekiwań wobec pisma?

Zakładano, że skoro zajmujemy się fantastyką-naukową, to będziemy prezentować światopogląd komunistyczny, ateistyczny i materialistyczny. Pamiętam, że kiedyś złożył nam wizytę pewien gość z Komitetu Centralnego i wyjaśnił, że fantastyka naukowa to są opowieści o bohaterze działającym w kolektywie, w świecie materialnym i poznawalnym. A jest zupełnie odwrotnie – to historie o jednostce w świecie niematerialnym, często w świecie idei i oczywiście niepoznawalnym. Ale wówczas oczywiście tego mu nie powiedzieliśmy.

Dziś nasz ówczesny gość z KC sam jest wydawcą i publikuje niezłe książki. Fantastyka naukowa przyciągała ludzi, którzy nie cierpieli PRL-u, bo w konwencji fantastycznej można było krytykować system nie wprost, a równie skutecznie i bez konsekwencji.

Ma Pan na myśli na przykład Janusza Andrzeja Zajdla?

Tak, i cały nurt fantastyki socjologicznej, który ukształtował się jeszcze przed powstaniem „Fantastyki”. To była seria powieści, które ukazały się głównie po stanie wojennym, działały jako fala, budziły zdziwienie i zachwyt. W opowiadaniach nie byliśmy w „Fantastyce” tak odważni, ale wyroiło się tam dużo rzeczy zupełnie nieprawomyślnych z filozoficznego punktu widzenia, a jednym z popisowych dań pisma stała się fantastyka religijna. I to traktowana jak literatura serio, przyznawała to Kinga Dunin, analizując prozę Huberatha.

 

 

Cenzura nie dawała sobie  rady z konwencją fantastyczną?

Po pierwsze cenzorzy też byli ludźmi i w latach 80. każdy wiedział, nawet cenzor, że ten system za chwilę padnie. Cenzura funkcjonowała w pismach na zasadzie tzw. zapisów. Jak był zapis na wyraz „Orwell”, to trzeba to było usunąć, ale jeśli pojawił się wyraz, który coś tam sugerował, ale nie brzmiał dokładnie jak zapis, można było spać spokojnie. Na przykład wspominany Zajdel w „Limes inferior” opisuje futurystyczne społeczeństwo, które fatalnie funkcjonuje. Wiadomo, o jakie społeczeństwo chodzi, prawda? Innym razem opisuje podsłuchujące komputery i ludzi oszukujących je, bo porozumiewających się mową wiązaną. Ale nie ma zapisu na „podsłuchujące komputery” i kilka innych jego wynalazków, które - nawiasem mówiąc - wykorzystują dziś Chińczycy do wyprowadzenia w pole cenzury swojego Internetu. To tak, jakby rozmontował pan karabin maszynowy i każdy jego fragment sprzedał jako część wózka dziecięcego. Cenzorzy oczywiście nie byli głupi, wiedzieli o co chodzi, ale że nie było zapisu – byli kryci.

I nigdy nie zdarzyły się w „Fantastyce” opowiadania zgodnie z linią władzy?

Pamiętam jedno, na samym początku, nazywało się „Wieczorna modlitwa”. Autor: Lester Del Rey. Krótki tekścik - dumny człowiek kroczy przez świat, a przed nim czmycha przez trawy skarlały Bóg. Dobre fantastyczne nazwisko, ale straszna głupota. Potem chyba już nic aż tak idiotycznego się nie pojawiło.

Dziś „Fantastyka” ma nakład w wysokości ok 21 tys. egz.,  w PRL-u było to ponad 100 tys. Skąd ta popularność?

Ciekawe, że byliśmy popularni, ale w istocie szerzej nieznani. A to dlatego, że praktycznie cały nakład schodził spod lady, krzywa demograficzna wyglądała inaczej niż dzisiaj, młodych było więcej. Jak "rzucono" nowy numer do kiosku, to ustawiały się kolejki. I w gruncie rzeczy, jeśli ktoś nie był wtajemniczony, to o „Fantastyce” nie wiedział.

Wynik był jednak niezły, nawet jak na tamten okres, kiedy w ogóle nakłady książek były wyższe i ludzie zwyczajnie chętniej czytali.

Powodów było moim zdaniem kilka. Dowiaduję się teraz - od ówczesnych młodych - jak wielką atrakcją dla czytelników był komiks. Nasze fantastyczne obrazy, galerie były amatorsko kopiowane na żołnierskich „metrach”. Albo powieści w odcinkach, które ludzie wycinali i zszywali w zeszyty.

Potem drukowaliśmy galerie i rozmowy z najwspanialszymi polskimi malarzami surrealistami (Beksiński, Starowieyski, Siudmak, Skarżyński, Sętowski). Mieliśmy felietonistów, na których teksty się czekało – Macieja Iłowieckiego, Andrzeja Kołodyńskiego, Andrzeja Sapkowskiego, Lecha Jęczmyka, Marka Oramusa, Rafała A. Ziemkiewicza. Drukowaliśmy sporo opowiadań zagranicznych, a to zawsze w PRL-u cieszyło się zainteresowaniem.

Dobry był też dział prozy polskiej. W pierwszym konkursie literackim wypłynął Feliks W. Kres, w drugim Huberath i Sapkowski, w trzecim Maciej Żerdziński, Tomasz Kołodziejczak i Grzegorz Janusz. Muszę, zaznaczyć, że nie ja wymyśliłem pierwszy konkurs, to jest dzieło ekipy założycielskiej, potem konkurs po prostu powtarzałem. Poza konkursem spływały teksty Jacka Dukaja, Ewy Białołęckiej, Konrada T. Lewandowskiego, Andrzeja Ziemiańskiego, Krzyśka Kochańskiego, Rafała Ziemkiewicza. Po drugie byliśmy ewidentnie pismem pokoleniowym, wokół niego gromadzili się młodzi krytycy, potrafiliśmy rozmawiać z czytelnikami ich językiem, dyskutować z nimi, co owocowało zawsze sporą liczbą listów do redakcji, często krytycznych.

Bronił się pan? Odpisywał na każdy list?

Nie musiałem, bronili mnie czytelnicy. Gdy pojawiał się jakiś zgrzyt i nieprzyjemny list, chciałem od razu siadać i odpisywać, ale moi koledzy mówili, „Maciek, poczekaj, niech się odezwą inni czytelnicy”. I rzeczywiście tak się działo. Redaktor pisma literackiego cały czas musi prowadzić wojnę, ale musi ją prowadzić elegancko.

Zdarzały się też zaskakująco przyjemne listy?

Tak, dwa razy nawet przysłano na adres redakcji pieniądze dla autorów. Raz po tym, jak Andrzej Sapkowski nadesłał na nasz drugi konkurs opowiadanie „Wiedźmin”, to czytelnik przysłał do redakcji pieniądze dla Sapkowskiego. To zabawne, ale opowiadanie „Wiedźmin” nie wygrało, było drugie za tekstem Huberatha. Ale czytelnikowi tak się spodobało, że postanowił ufundować prywatną nagrodę.

Potem inny czytelnik przesłał pieniądze dla twórców komiksu „Funky Kowal”, czyli Bogusława Polcha, Jacka Rodka i dla mnie. To było miłe.

W ogóle przez kilka pierwszych lat hierarchia w świecie fantastycznym była bardzo płynna. Jedno opowiadanie mogło zmienić układ sił i autorytetów - tak było, gdy pojawił się Sapkowski. To on stworzył modę na fantasy, przedtem na tę odmianę fantastyki kręcono nosem. Bardzo namieszał w gatunku Dukaj, ponownie zwrócił uwagę autorów i wydawców na science-fiction, choć pamiętam, że na początku młodzi autorzy zazdrośni o jego sławę i kunszt pytali z głupia frant – co to takiego ten Dukaj, nic specjalnego?

 

 

Czyli nikt pieniędzy nie przysłał? A przecież  debiutował na łamach „Fantastyki” jako piętnastolatek, był taką fantastyczną Dorotą Masłowską.

Powiedzmy tak: był i jest lepszy niż Lem w jego wieku, to jest stwierdzenie rozwijające się w czasie. Pieniędzy nie dostał, ale w redakcji było spore zamieszanie. Nikt nie mógł uwierzyć, że tak młoda osoba potrafi tak dobrze pisać. Ja wręcz namawiałem go, by się przyznał, z czego ściągnął to opowiadanie. Z kolei Marek Oramus krzyczał, że uczyni sobie jego „Złotą Galerę” wzorem opowiadania w ogóle. Jak to powtórzyłem Dukajowi, to tylko sapnął „o kurczę, taki szturmowiec”.

Powiedział Pan, że „Fantastyka” była pismem pokoleniowym. Każde pokolenie czy środowisko o coś się spiera. A o co spierali się członkowie redakcji? Jakie były założenia „Fantastyki”?

Wielkich sporów nie było, szliśmy obok siebie, razem, ludzie praktycznie jednej formacji. Wszyscy mieliśmy wspólnego wroga, którym był komunistyczny system i postkomunistyczne zaszłości. Gdy zaczął się kapitalizm był problem, co począć z odpływającym czytelnikiem, czy nie obniżyć poziomu pisma, czy nie zanęcić go tandetą. W latach dziewięćdziesiątych odrzuciliśmy taki pomysł. W trzecim tysiącleciu - już nie pod moim kierownictwem - pismo poszło trochę w stronę tabloidu, ale bez przesady. No, ale ten wysoki krytyczny ton dało się utrzymać w „Czasie Fantastyki” powstałym w 2004 roku.

Jak bardzo zmieniła się polska fantastyka od lat 80-tych?   

Przede wszystkim zyskała ogromną popularność, czego nikt się nie spodziewał. Nie sądziliśmy, że pojawią się tacy autorzy jak Dukaj, Sapkowski czy Pilpiuk, a ich książki będą sprzedawały się w takich nakładach. Myślę, że literacki mainstream trochę nam tych nakładów zazdrości. No i pisma, które kiedyś to wszystko rozkręciło.

A czy to dobrze  – abstrahując już od pana osobistych poglądów – że wśród autorów fantastycznych dominuje orientacja prawicowa? Ta jednolitość nie jest zwyczajnie nudna?

Teraz prawicowców i klerykałów nie ma w redakcji tak wielu, a na rynku pojawiła się lewicowa fantastyka, między innym Vargi. Wcześniej redakcja miała wyrazistość ideową, co jest rzeczą cenną, jeśli pamiętać czasy PRL, gdzie ludzie tak myślący nie mieli się gdzie przytulić. Nie wiem dokładnie, co pan nazywa prawicą, ale jeśli chodzi o stosunek do religii, narodu, skrobanek, do polityki wstydu w pedagogice historycznej, do polityki rządu w sprawie katastrofy smoleńskiej, to nie dam się namówić na zmianę linii.

Przyglądam się np. felietonistom „Polityki”, którzy też mają jasno sprecyzowane i wszyscy podobne poglądy, więc absolutnie nie jestem zażenowany jednością społeczno-polityczną „Nowej Fantastyki” za mojej kadencji.

Czy dzisiejsza „Nowa Fantastyka” zachowała ducha pierwszej „Fantastyki”? Co się nie zmieniło, a jakie zmiany są najbardziej widoczne? Co spowodowało, że powołał pan do życia „Czas Fantastyki”? Ambitniejsze teksty nie mogły wejść do „Nowej Fantastyki”?

Każdy dobry tekst, recenzja opowiadanie, jest wskrzeszaniem tego ducha. Zresztą stara „Fantastyka” nie była bezgrzeszna, czasem kiksowaliśmy.  W prozie zmian nie ma, ton jest wysoki, zmieniają się nazwiska. Zmieniły się recenzje, jest ich więcej i są krótsze – nie podoba mi się ten kierunek. Jest mniej science fiction, więcej fantastyki rzeczywistości, która kiedyś była trochę z natury rzeczy zakazana. „Czasu Fantastyki” nie powołałem ja, wydawca polecił mi wymyślić taki korekcyjny kwartalnik, bo uznał, że nowy bardziej popularny wizerunek pisma gubi segment rynku, który potrzebuje rzeczy głębszych. Różnica poziomów między „NF” i „CzF” jest płynna, mamy wspólnych autorów, przyjaźnimy się, wymieniamy się tekstami.

Jak się sprzedaje „Czas Fantastyki”?

No właśnie – dużo gorzej niż „NF”. To mnie skłania do pokory i wdzięczności. Bo wydawca dokłada do kwartalnika. Dobra, pisemko sprzedaje się marnie, ale ma dobre opinie.

Czy jako krytyk, publicysta zignorował pan jakieś zjawisko w polskiej fantastyce czy autora i dziś Pan tego żałuje?

Nie poznałem się na rozrywkowym opowiadaniu Anny Brzezińskiej „A kochał ją, że strach”, a ona potem dostała za nie Zajdla. Ale Anna Brzezińska drukowała u mnie inne opowiadania, właśnie problemowe. I za nie też były i Zajdle, i nominacje.

Na jakich młodych autorów fantastycznych dziś warto zwrócić uwagę? Szykują się jacyś następcy Dukaja i Sapkowskiego?

Zawsze się szykują i będą się szykować. To normalne w kraju przeżywającym tak burzliwe i  epokowe wydarzenia jak Polska. Ostatnio mam dużo radości z opowiadań Bartosza Działoszyńskiego, Ewy Bury (laureatki naszego konkursu), także Michał Cetnarowski, którego miałem za typowego krytyka, zaskoczył mnie znakomitymi tekstami, niezły okazał się ostatnio Jewgienij Olejniczak. Jest dobrze, mam co drukować, a autorzy mają gdzie – jest wydanie główne „NF”, wydanie specjalne „NF”, drukujące samą prozę, jest „CzF”, gdzie czasem pokazuję prozę eksperymentalną. W ogóle, pomijając kwestie osobniczej biologii, nie niepokoję się przyszłością.

Reklama

Czytaj także

Świat

Groźny spam z Afryki Zachodniej

Uwaga, powracają internetowi oszuści z Afryki Zachodniej. Próbują starych szwindli w nowej technologicznej odsłonie.

Jędrzej Winiecki
14.05.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną