Kultura

Przyszłość jako zombie stoi przede mną otworem

Tom Hanks dla POLITYKA.PL

Jedno ze wcieleń Toma Hanksa w „Atlasie chmur“. Jedno ze wcieleń Toma Hanksa w „Atlasie chmur“. CLOUD ATLAS PRODUCTION / materiały prasowe
Amerykańska publiczność filmu „Atlas chmur“ nie pokochała. W Polsce natomiast okupuje szczyt box office’u, detronizując nawet ostatnie przygody Bonda. O fenomenie najnowszego dzieła Andy'ego i Lany Wachowskich rozmawiamy z Tomem Hanksem.
Ten sam atlas, ale Hanks już inny...CLOUD ATLAS PRODUCTION/materiały prasowe Ten sam atlas, ale Hanks już inny...

Co sprawiło, że przyjął Pan rolę, a nawet kilka ról w “Atlasie chmur”?

Tom Hanks: Gdy usłyszałem, że Andy i Lana Wachowscy z Tomem Tykwerem pracują nad niemieckim blockbusterem napisanym w Kostaryce, zaintrygowało mnie to. Wiedziałem, że chcę być częścią tego projektu. Nigdy nie słyszałem o wizji filmowej z takim przepychem, na dodatek zrodzonej w głowach trzech tak różnych ludzi.

Natychmiast wiedziałem, czego ode mnie wymagali i wydawało mi się, że nie różni się to od tego, czego normalnie oczekują ode mnie w innych filmach jako od aktora. Wyglądało na to, że będziemy się dobrze bawić podczas kręcenia w kilku ciekawych miejscach, czasami trzeba będzie popracować trochę intensywniej nad emocjonalnymi momentami, które są w książce i podkreślone dodatkowo w scenariuszu. Pomyślałem: w końcu to moja praca. Zgodziłem się natychmiast.

Jakim doświadczeniem była dla pana częsta zmiana z postaci na postać?

Wspaniałym! Praca niezwykle intensywna, ale wynagradzająca wszystkie trudy. Aktorowi na planie filmowym łatwo wpaść w stagnację, a przy pracy nad „Atlasem chmur” każdego dnia działo się coś innego. Oni byli tak dobrze zorganizowani, że nawet jeśli grałem tą samą postać kilka dni z rzędu, to każdego dnia czułem sie zupełnie inaczej.

Czy któryś z aktorów narzekał podczas pracy nad filmem?

Raz tylko usłyszałem, jak Jim Sturgess po scenie, w której bardzo się pocił w gorączce, a ja go akurat próbowałem otruć, poszedł do przyczepy z makijażystami i powiedział tym swoim boskim brytyjskim akcentem, żeby natychmiast zdjęli mu tę koszmarną sztuczną brodę z jego twarzy. A potem zapuścił swoją własną!

Ale praca nad “Atlasem chmur” była warta każdego poświęcenia. Choćby dla samego zobaczenia Hugh Granta w roli kanibala przechadzającego się po studiu filmowym Babelsberg w Berlinie podczas prób kostiumowych i charakteryzacji.

Znał pan powieść Davida Mitchella przed otrzymaniem scenariusza?

Nie. Początkowo kompletnie nie wiedziałem o co w nim chodzi, więc postanowiłem zastosować najstarszy znany aktorom trik, czyli po prostu czytać dalej (śmiech). Ponieważ scenariusz, tak jak książka, przeskakiwał w czasie i przestrzeni, było mi trudno się w nim połapać. Nie wiedziałem, czy mam się skupić na dialogach, czy na scenach, czy śledzić akcję chronologicznie, czy może zwrócić uwagę na coś kompletnie innego, aż doszło do mnie, że te wszystkie historie są w jakiś sposób połączone ze sobą. I zanim się obejrzałem - mogłem zrozumieć dokładnie, o co chodziło autorom scenariusza i jaki mają zamierzony cel w realizacji adaptacji “Atlasu chmur”. Nawet jeśli ich projekt łamał każdą znaną we współczesnym kinie zasadę scenopisarstwa, to pozostawał zaskakująco logiczny. Zanim dotarłem do końca, moje zdumienie zmieniło się w zainteresowanie.

Warto przeczytać książkę przed obejrzeniem filmu?

Nie. Gdy oglądałem ten film na pokazie podczas festiwalu filmowego w Toronto, w pewnym momencie wydawało mi się, że dostrzegam te wszystkie żarówki zapalające się w umysłach widzów. Im też zajęło trochę czasu nim zrozumieli, że te wszystkie historie mają wspólny motyw –  każda z postaci podejmuje decyzje, które potem prowadzą ich życie w danym kierunku. Widz zaczyna rozumieć, że w tym wszystkim jest jeden powtarzający się wzór, pewna myśl przewodnia. Gdy ktoś wybiega z leśnej chaty w roku 2500, a ktoś inny wychodzi przez drzwi innego budynku w 1974, to ma ten sam cel, który potem jest analizowany.

Czy praca nad „Atlasem chmur“ dała panu do myślenia nad sensem życia, miłością, przemijaniem?

Dla mnie ten film pokazuje, jak ważna jest nasza współczesność, jak powinniśmy sobie wziąć do serca przemijanie. Nie jestem osobą wierzącą, ale są w naszym życiu takie momenty, gdy zdajemy sobie sprawę z tego, że wszystko stanie się kompletnie inne i nie można tego zatrzymać. Może być to chwila, w której dowiadujesz się, że twoja żona jest w ciąży. Od chwili poczęcia dziecka zaczynasz być ojcem albo matką na całe życie. Albo gdy poznajesz kogoś, tak jak było ze mną i moją żoną, i od razu czujesz, że chcesz z ta osobą spędzić resztę życia. Gdy takie momenty nadchodzą, potrafisz je rozpoznać i podjąć decyzję, która zaważy nie tylko na twoich losach, ale także następnych pokoleń. Nie trzeba reinkarnacji, by zrozumieć jak takie zależności działają.

Czy przesłanie filmu, że wszyscy od początku świata są ze sobą połączeni, jest aktualne teraz, w tych dość niespokojnych czasach?

Jestem o przekonany, że tak. Ale nie jest to absolutna teoria, którą wszyscy mają wyznawać. Nie sądzę, by “Atlas chmur” był filmem uderzającym widza prosto w twarz tym jednym filozoficznym wywodem. Widz sam musi pozwolić niektórym rzeczom na przedostanie się do umysłu i serca, jakkolwiek kiczowato by to nie brzmiało. Ten film jest niczym dzieło sztuki, jak „Guernica“ Picassa – jestem przekonany, że będzie wzbudzał dyskusję przez setki lat.

 

 

Podoba się panu, że film wzbudza emocje, tak wyraźnie dzieli publiczność na zwolenników i przeciwników?

Uważam, że to cudowne. Każdy film, który wzbudza dyskusję jest warty obejrzenia. Sam miewałem momenty, kiedy czułem się kompletnie zagubiony podczas oglądania jakiegoś filmu. Ostatnio była to „Incepcja”, która wywołała lawinę pytań w mojej głowie. Co to jest? O czym to jest? Dlaczego nagle w połowie filmu znajdujemy się w środku akcji rodem z Jamesa Bonda? Co oznacza kręcący się przedmiot? Podobało mi się, że zostałem sprowokowany przez oryginalność tego filmu, jego wielowątkowość i wieloznaczeniowość. Jako przeciętny konsument kultury, gdy idę do kina i film opowiada tylko o jednej rzeczy, nudzi mnie bardzo szybko, bo szybko łapię tę jedną rzecz i chcę więcej. “Atlas chmur” na szczęście jest skomplikowanym i prowokującym dyskusję filmem, i jest to bardzo piękne, że takie filmy powstają nadal.

Czy “Atlas chmur” to najbardziej skomplikowany film, nad jakim pan pracował? 

Dla mnie każdy film jest złożony i trzeba spędzić trochę czasu, by zrozumieć, o co w nim chodzi. Nawet w komediach romantycznych. Moje filmy bywały trudne w realizacji, jak “Cast Away. Poza światem”, gdy długo się zastanawialiśmy, jak przekazać historię o rozbitku, by nie zanudzić widzów. Często filmy same się układają i znajdują swoją drogę w trakcie ich powstawania.  Mam wrażenie, że “Atlas chmur” został zdefiniowany przez Tykwera i Wachowskich dwa lata zanim zaczęliśmy go kręcić. Wszystko, co zrobili w kierunku jego realizacji, kogo zaprosili do obsady, było kolejnymi elementami, które miały sprawić, że ich pomysł ożyje i osiągną założony cel. Był to najdelikatniej skonstruowany domek z kart, jaki widziałem. Każdego dnia na planie pytali nas, czy się dobrze czujemy, czy wszystko w porządku, ponieważ zaraz będziemy kręcić najważniejszą scenę w filmie. I mogli to mówić każdego dnia do każdej osoby, a najśmieszniejsze, że to była prawda! Oni musieli sprawić, że każda scena była ważna, ponieważ inaczej wszystko by się szybko rozpadło.

A było coś zaskakującego w pracy z tym reżyserskim triem? 

Zdziwiło mnie, że Tom Tykwer każdego dnia chciał rozmawiać o scenach jeszcze nim zaczynaliśmy zdjęcia. Zwykle, gdy pojawiałem się na planie filmowym, wszyscy chcieli wiedzieć, jak szybko będę gotowy, kiedy możemy zacząć kręcić, by jak najszybciej skończyć i pójść do domu. Czas to pieniądz. Nie pracowałem z Tomem tak intensywnie, jak inni aktorzy, ale zdziwiło mnie, że każda scena dyskutowana była przez Toma i ekipę. Dwie godziny o tym, co za chwilę będziemy robić. Takie rzeczy w Hollywood są wręcz zabronione!

Jeśli chodzi o Lanę i Andy’ego Wachowskich, to wystarczy na nich spojrzeć, posłuchać i popatrzeć na ich prace. Nie wydaje mi się, że oni powinni w ogóle tłumaczyć się z tego, co robią. Trzeba obejrzeć ich filmy ze zrozumieniem i samemu dojść o co w nich chodzi. Przypominają mi trochę Ethana i Joela Coenów. Nie tylko kończą nawzajem swoje zdania, ale mówią dokładnie te same rzeczy, używają takich samych słów. Andy przychodził i rozmawiał ze mną na temat jakiejś sceny, a potem przychodziła Lana i sytuacja się powtarzała. Czasami oboje mieli konkretny pomysł i próbowali go zrealizować metodą prób i błędów, trzymając nas w niepewności, jaka ta ostateczna wizja ma być. Ale nie był to dla nas żaden problem. Każdy z nas był zafascynowany tym kreatywnym triem i obserwowaniem go przy pracy. I żałuję, że nagle pozbyli się swojej anonimowości, żeby promować “Atlas chmur”.

“Atlasie chmur” jest jak dotąd największym i najdroższym filmem niezależnym. Czuł pan różnicę w pracy nad tym projektem w opozycji do przedsięwzięć komercyjnych?

Gdy robisz duży film dla dużego studia, 80 proc. osób przy nim pracujących zajmuje się zamartwianiem się, jaki będzie jego końcowy efekt finansowy. Przy “Atlasie chmur” nie czuliśmy się niewolnikami budżetu i pieniędzy dużego studia. Nikt nie stracił pracy z powodu jego nakręcenia. To było bardzo wyzwalające doświadczenie.

W filmie jedna z pana postaci dokonuje czegoś, o czym marzy wielu aktorów – wyrzuca krytyka przez okno. Miał pan kiedyś ochotę zrobić to po przeczytaniu recenzji swojego filmu?

Na szczęście nie. Krytyczne recenzje ogólnie są dla mnie fascynującym zjawiskiem. Ale przytoczę historię z czasów, gdy pierwszy raz zagrałem w filmie. Był to “Splash” z 1984 roku.  Pracowałem wtedy bardzo ciężko - i fizycznie, i mentalnie - by zagrać jak najlepiej. Byłem niezwykle przejęty. Wiedziałem, że ma się ukazać duża recenzja filmu, dodatkowo podkreślę – pierwszego, z którego mnie nie wycięto. W ogromnym napięciu zwlekałem, aż moje dzieci pójdą spać i w spokoju o pierwszej w nocy usiadłem w końcu w fotelu, żeby przeczytać recenzję. Większość miejsca była poświęcona aktorskiemu talentowi Daryl Hannah. Potem krytyk rozpływał się nad komediowym geniuszem Johna Candy’ego, a później jak wspaniały jest Eugene Levy oraz jak Ron Howard potrafił nakręcić śmieszną komedię. I na końcu było nazwisko autora recenzji. Ani słowa o mnie! Ale taki właśnie jest showbiznes.

Jak określiłby pan swoją pozycję w Hollywood dzisiaj?

Jeśli miałbym jakąś pozycję, to bym teraz jeździł na nartach wodnych, a nie udzielał wywiadu (śmiech). Jedyna siła, jaką mamy my - aktorzy leży w nawiązywaniu kontaktów z innymi. Jako aktor jesteś wrzucany do jednego tygla z innymi aktorami i musisz sobie jakoś radzić dalej.

Ma pan nadal okazję czytać ciekawe scenariusze?

Czasem jeszcze zdarza się taki mały projekt jak “Atlas chmur” (śmiech). Często są mi oferowane dość podobne role do tych, które zagrałem w przeszłości. Niestety, teraz panuje ogólna moda na zombie, więc jeżeli powstaje scenariusz, który ma w sobie zombies, jest znacznie większa szansa, że taki film znajdzie fundusze. Zatem przyszłość jako zombie stoi przede mną otworem (śmiech).

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

A gdyby internet przestał działać...

Z internetu korzysta już prawie połowa ludzkości. Co by się stało, gdyby pewnego dnia przestał działać?

Edwin Bendyk, Piotr Rutkowski
16.04.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną