Kultura

Arnold wraca na tor

Arnold Schwarzenegger wraca z polityki na ekrany

Arnold Schwarzenegger - kulturysta-aktor-polityk, którego uwielbiała cała Ameryka, nie zdołał jednak wyciągnąć Kalifornii z kryzysu. Arnold Schwarzenegger - kulturysta-aktor-polityk, którego uwielbiała cała Ameryka, nie zdołał jednak wyciągnąć Kalifornii z kryzysu. Paul Schirnhofer/AGENTUR FOCUS/EK PICTURES / CZARNY KOT
Po ośmiu latach sprawowania władzy w Kalifornii były gubernator Arnold Schwarzenegger odchodzi z polityki. Zgodnie z zapowiedzią „I’ll be back” wraca do kina akcji.
Schwarzenegger jako Mr. Freeze („Batman i Robin”, 1997 r.).DPA/PAP Schwarzenegger jako Mr. Freeze („Batman i Robin”, 1997 r.).
Arnie u progu swojej wielkiej kariery, pozuje z modelką fitness Yvette. Los Angeles, 1979 r.Douglas Kent Hall/Zuma Press/Forum Arnie u progu swojej wielkiej kariery, pozuje z modelką fitness Yvette. Los Angeles, 1979 r.

Gdy obejmował przywództwo w największym i najbogatszym stanie Ameryki, witano go niczym zbawcę i męża opatrznościowego. Wierzono, że powtórzy cud gospodarczy Ronalda Reagana. Chwalono jego ducha przedsiębiorczości i to, że mimo republikańskich poglądów próbuje wznosić się ponad partyjne podziały. Doceniano znaczące gesty – takie jak zmniejszenie kar za posiadanie marihuany oraz zaangażowanie w ochronę klimatu.

Kulturysta-aktor-polityk, którego uwielbiała cała Ameryka, nie zdołał jednak wyciągnąć Kalifornii z kryzysu. Przez dwie kadencje jego rządów poziom zadłużenia wzrósł niemal trzykrotnie – z 34 mld dol. do niebotycznych 91 mld. Jeśli Kalifornia zbankrutuje, obwiniać będą głównie jego.

Żółtą kartkę otrzymał już kilka lat temu. Arnold Schwarzenegger nieoczekiwanie przegrał zaproponowane przez siebie referendum m.in. w sprawie ograniczenia wydatków stanowych i radykalnych reform podatkowych. Tolerancyjnemu konserwatyście (jak sam siebie określa) nie pomógł autorytet sławnego ekonomisty Miltona Friedmana, którego dobre rady starał się wdrażać. Ani nawet to, że sprawował tę funkcję społecznie (nie pobierał pensji). Wyborcy nagle przestali mu ufać. O porażce przesądziło kilka źle odebranych decyzji, w tym zawetowanie ustawy legalizującej małżeństwa homoseksualne.

Żona dowiaduje się ostatnia

Swoje zrobił również niekonwencjonalny styl urzędowania, zamazujący granicę między odgrywaniem roli filmowego twardziela, playboya, medialnej sławy i afiszującego się z bogactwem milionera, który odniósł zadziwiające sukcesy na wielu biznesowych polach – od kulturystyki i handlu nieruchomościami po grę na giełdzie.

Arnie lubił się pokazywać z wielkim cygarem w otoczeniu nieodstępujących go na krok ochroniarzy. Jego nagłe wizyty na ulicach Los Angeles były transmitowane na żywo w Internecie.

Dzielił ludzi na tych z jajami i bez. Swoich oponentów nazywał panienkami. Kobiety traktował instrumentalnie, obmacywał je w miejscach publicznych, przechwalał się seksualnymi podbojami, co doprowadzało do furii nie tylko feministki. Naraził się wielu lobby. Mimo szczerych chęci, doskonałego wykształcenia (ukończył zarządzanie na Uniwersytecie Kalifornijskim w Los Angeles i uzyskał dyplom University of Wisconsin) oraz talentu dyplomatycznego przestano w nim widzieć odpowiedzialnego lidera. Odkryto nieznośnego pyszałka kochającego sławę. Nie polityka, tylko showmana, dla którego własne ciało i narcystyczna osobowość stanowią budulec charyzmy.

Najgłębszą rysę na wizerunku niezłomnego terminatora, prącego do przodu jak czołg i bezlitośnie miażdżącego swoich przeciwników, przyniósł skandal wokół rozpadu jego małżeństwa, które w Hollywood uchodziło za idealne. Maria Shriver, niegdyś dziennikarka i prezenterka stacji telewizyjnej CBS, prywatnie siostrzenica JFK i Roberta Kennedy’ego, ofiarnie wprowadziła umięśnioną gwiazdę na salony i uczyniła sukcesorem słynnego klanu stworzonego do rządzenia Ameryką. Rok temu wyszło na jaw, że Governator grał nie fair. Zdradzał żonę z pochodzącą z Gwatemali gosposią Mildred Baeny, ma z nią 14-letniego syna, Josepha. Nieślubny chłopak był traktowany przez Marię prawie na równi z domownikami, a pikanterii dodaje fakt, że urodził się w tym samym czasie, co czwarte dziecko rozwiedzionej w ubiegłym roku pary.

W gorącej, opasłej (645 stron) autobiografii wydanej w Ameryce pod koniec roku „Pamięć absolutna. Niewiarygodnie prawdziwa historia mojego życia”, w końcowym rozdziale zatytułowanym „Tajemnica”, Schwarzenegger wyjawia trzy powody okłamywania żony. Po pierwsze, nie chciał jej zranić. Po drugie, bał się, że doniesie o wszystkim klanowi Kennedych, któremu wiele zawdzięczał. Po trzecie, taki już ma charakter. Jest skryty, nie lubi się zwierzać ani dzielić osobistymi sprawami nawet z najbliższymi. Postępował tak zawsze. O decyzji ubiegania się o fotel gubernatora Maria dowiedziała się zaledwie na kilka dni przed wyborami. Nie bezpośrednio od niego, tylko z programu telewizyjnego Jaya Leno. O operacji usunięcia wrodzonej wady zastawki serca mąż powiadomił ją dopiero, gdy wyszedł ze szpitala.

Potrójny powrót

Tylko naiwniacy mogliby oczekiwać od nieociosanego, pewnego siebie Arniego jakiegoś aktu skruchy. Autobiografia kończy się podsumowaniem godnym prostej jak cep strategii superbohatera: należy iść naprzód, ryzykować, sięgać tam, gdzie inni nie mają odwagi, skupiać się na pozytywach, w żadnym wypadku nie rozgrzebywać grzechów przeszłości. Obsesyjnie megalomańska, pozbawiona głębszej refleksji książka (nie dowiemy się, co myśli człowiek żyjący ze świadomością kłamstwa) stała się bestsellerem, a zarazem częścią szeroko zakrojonej akcji piarowskiej, której celem jest przywrócenie utraconej reputacji urodzonemu przywódcy i wystawienie mu pomnika na miarę jego mocarnych ambicji.

Powrót do aktorstwa to kolejny krok mający mu w tym pomóc. Gotowe są już trzy superprodukcje z niepokonanym siłaczem. W „Likwidatorze” (premiera już w styczniu) podstarzały idol prężący jak za dawnych lat grube jak sekwoja mięśnie wciela się w emerytowanego szeryfa rozprawiającego się z meksykańską mafią. W „The Tomb” zagra ofiarę cyberterroryzmu, więźnia próbującego dopaść złoczyńcę, który wpakował go za kratki. W „Ten” ponownie zobaczymy go w roli niezłomnego policjanta, członka elitarnej agencji rządowej do spraw zwalczania przestępczości narkotykowej. W jednym z nich partneruje mu inny weteran wyczynowiec, zdradzający równie wysoki stopień bezkrytycznego samouwielbienia, Sylwester Stallone, z którym zagrał niedawno w „Niezniszczalnych 2”. Wątpliwe, by za sprawą któregokolwiek z tych występów udało się choćby zbliżyć do legendy „Terminatora” (pierwsze miejsce na liście najlepszych filmowych odzywek z pamiętnym „I’ll be back”). Na pewno jednak poprawią mu one samopoczucie. Za każdy występ Arnold zainkasował minimum 10 mln dol.

Szalonych projektów na przyszłość, nie tylko kinowych, ma on zresztą sporo. Oczkiem w głowie 65-letniego gwiazdora jest świeżo powołany przez niego think-tank, Instytut Badawczy USC Schwarzenegger zajmujący się m.in. badaniami nad ochroną środowiska, kwestiami edukacji i reformą amerykańskiej służby zdrowia. Polityka jako trampolina i narzędzie show-biznesu. Działalność społeczna sprowadzona do autopromocji. Plany wyłącznie w skali przekraczającej wyobrażenie przeciętnego śmiertelnika. Odkąd Arnie uświadomił sobie, że został stworzony do rzeczy bardzo, bardzo wyjątkowych i wielkich, stale czymś takim zaskakuje.

Klęska, wstyd, upokorzenie

Zanim jednak poczuł się wybrańcem bogów, przeszedł bolesną szkołę życia w małej, liczącej niespełna dwa tysiące mieszkańców austriackiej wiosce Thal koło Grazu. Dorastał w atmosferze upokorzenia, poczucia wstydu za przegraną wojnę i strachu przed inwazją komunistów (wojska sowieckie stacjonowały nad pobliską granicą).

Wychowywał się w surowej, biednej rodzinie, w domu bez prądu, bieżącej wody i ciepła. Jego ojciec, komendant policji, a w czasie okupacji członek NSDAP, stosował sprawdzoną metodę pedagogiczną: karanie i bicie. Podobnie było w szkole, gdzie lanie rózgą i wybijanie zębów uczniom traktowano jako normę. Do 15 roku życia mały Arnie nie miał nawet własnego ubrania. Nosił to po starszym bracie, który zginął w wypadku samochodowym w 1971 r.

Marzeniem nastolatka było wyrwanie się z tego przeklętego świata. O tym, jak może wyglądać lepsza rzeczywistość, dowiadywał się z westernów, filmów o gladiatorach i hollywoodzkich dramatów wojennych. Wielka, niezwyciężona Ameryka wydawała się krajem stworzonym dla niego. Ponieważ był chłopcem zdyscyplinowanym i niezłym w rachunkach, nakreślił precyzyjny plan umożliwiający szybki wyjazd. Drzwi miała mu otworzyć kulturystyka.

Uporu i konsekwencji nigdy mu nie brakowało. Dzień bez wielogodzinnych ćwiczeń ze sztangą, za którą służyły mu początkowo dwa pnie połączone żelazną rurką, był stracony. Matka nie rozumiała pasji syna. Myślała, że jest gejem. Jako 16-latek podnosił ciężary ważące 185 funtów (ponad 90 kg). Mając 17 lat, był już Mister Austria. Potem zgłosił się na ochotnika do wojska, gdzie również intensywnie trenował (w jednostce pancernej – do dziś w wolnych chwilach zabawia się kierowaniem ulubionego czołgu M47). W wieku 20 lat wygrał pierwszy tytuł Mister Universum. Drugi z rzędu tytuł zdobyty w 1968 r. w Londynie dał mu upragnione zaproszenie do USA. Tam okazał się też bezkonkurencyjny. Siedmiokrotnie stawał na najwyższym podium jako Mister Olympia.

 

Jego lśniące, nafaszerowane sterydami, muskularne ciało wystawione na pokaz w samym centrum hipisowskiej rewolty szokowało. Do Venice, kultowej nadmorskiej dzielnicy Los Angeles, położonej obok słynnej Santa Monica, gdzie urządzał z grupą atletów cyrkowe pokazy, ustawiały się pielgrzymki długowłosych chudzielców i zafascynowanych kobiet. Interesowali się nim m.in. Andy Warhol i Roman Polański. Gdy oznajmił, że chce zostać hollywoodzkim gwiazdorem, pukano się w czoło. Symbolami seksu byli wtedy cherlawi, mierzący po 160 cm wzrostu Dustin Hoffman i Al Pacino. Specjalista od kształtowania sylwetki przy wzroście 188 cm i wadze 115 kg mógł liczyć co najwyżej na rolę dziwoląga.

Zanim otrzymał szansę w kilku trzeciorzędnych produkcjach fabularnych, austriacki drwal wzbudził sensację, chwaląc się swoją sprawnością fizyczną w dokumencie „Pumping Iron”. Paląc na ekranie trawkę, chełpił się, że tylko tacy jak on, prawdziwi mężczyźni, uprawiają seks trzy razy dziennie. Był już wtedy bogaty, bo jako emigrant bez amerykańskiego obywatelstwa, żeby sięgać wyżej, musiał bardzo szybko zagwarantować sobie niezależność finansową. Dorobił się na obrocie atrakcyjnymi posiadłościami, które remontował i sprzedawał z wielokrotnym przebiciem. Zyski inwestował w naukę języka i organizację zawodów kulturystycznych.

Triumf woli

Przełom nastąpił w 1982 r., gdy pokazał się w tytułowej roli w kiczowatym widowisku „Conan Barbarzyńca”. Nieoczekiwanie wpływy ze sprzedaży biletów przekroczyły 100 mln dol. Film przyniósł mu upragnioną sławę. Dwa lata później przyszła propozycja zagrania Terminatora, co – jak pisano – „z modelowego przykładu złego aktora o nieruchomej twarzy, ciężkim austriackim akcencie i ruchach przypominających potwora Frankensteina” uczyniło megagwiazdę. Występy w sequelach obu tych tytułów oraz w kolejnych kasowych przebojach m.in. „Predatorze”, „Commando”, „Prawdziwych kłamstwach” wzmacniały pozycję niekwestionowanego króla kina akcji, którą później sam starał się nawet ośmieszać, grając fajtłapy w familijnych komediach („Bliźniacy”) czy faceta w ciąży („Junior”). Z typowym dla siebie bawarskim poczuciem humoru Schwarzenegger podsumował to krótko: „powiodło mi się niczym blondynce ze wspaniałym biustem i cudownym tyłkiem”.

Analizując fenomen popularności Arniego, brytyjscy badacze kultury masowej doszli do wniosku, że jest nie tyle bezwstydną manifestacją samczego ego, ile żywym spadkobiercą wartości III Rzeszy. Poza przypomnieniem nazistowskiej przeszłości ojca aktora, dziennikarz „Guardiana” przyznał, że Schwarzenegger siłą swoich ciężkich jak działa ramion i stalowego torsu dokonał blitzkriegu, błyskawicznego podboju Ameryki w stylu, o jakim marzyłby führer.

Czyż nie zachowuje się jak bezlitosny zwycięzca? Z pancerną konsekwencją nie realizuje swego planu? Nie przypomina nadczłowieka z góry spoglądającego na wiwatujące na jego cześć tłumy i nie pozdrawia ich napiętą ręką kulturysty? Nie jest genialnym strategiem, skrywającym prawdziwe emocje, stale poszerzającym granice swojego terytorium? Nie przypomina wizjonera podejmującego się rzeczy niemożliwych do wykonania, który wymyśla projekt futurystycznego lotniska w Antelope Valley obok pustyni w Palmdale dla ponaddźwiękowych samolotów, zakłada sieć restauracji, rzuca na kolana Hollywood, rządzi Kalifornią? Tak, nie ma wątpliwości. Zafascynowany mocą, uwieczniony w pozie zwycięzcy, stanowi dobitny przykład triumfu germańskiej woli.

Z austriackiej perspektywy – zdaniem szefowej działu zagranicznego dziennika „Die Presse” – Schwarzenegger przerasta rzeczywistość, a w każdym razie jest większy od kogokolwiek, kogo przeciętny Austriak mógłby sobie w kraju wyobrazić. Austriackie indywidualności świata sztuki, jak filozofujący, dwukrotny zdobywca Złotej Palmy w Cannes Michael Haneke („Miłość”, „Biała wstążka”), kontrowersyjny reżyser prowokator Ulrich Seidl (trylogia „Raj”) czy znerwicowana noblistka Elfriede Jelinek, niewiele przy nim znaczą. Dumna ze swego syna ojczyzna wybudowała już Arniemu muzeum, wystawiła na jego cześć pomnik w rodzinnym Thal, nazwała jego imieniem stadion piłkarski w Grazu. Do pełni szczęścia brakuje tylko tytułu cesarza.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Syn, który nie rozstał się ze swoją matką – częsta przyczyna małżeńskich kryzysów

Prof. Bogdan de Barbaro o relacjach z teściowymi i teściami, babciami i dziadkami.

Agnieszka Krzemińska
17.04.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną