Westerplatte - batalistyka na miarę możliwości

Westerplatte się broni
Sama historia powstawania „Tajemnicy Westerplatte” to byłby niezły materiał na scenariusz. W końcu jednak film powstał, trafia do kin i budzi zdziwienie pierwszych widzów.
Kadr z filmu „Westerplatte”.
Dariusz Krysiak/ITI Cinema/materiały prasowe

Kadr z filmu „Westerplatte”.

Rozważny i romantyczny: Michał Żebrowski jako major Henryk Sucharski.
Ula Marchwiak/ITI Cinema/materiały prasowe

Rozważny i romantyczny: Michał Żebrowski jako major Henryk Sucharski.

Robert Żołędziewski jako kapitan Franciszek Dąbrowski.
ITI Cinema/materiały prasowe

Robert Żołędziewski jako kapitan Franciszek Dąbrowski.

Stało się już nową tradycją świecką, iż najżywsze dyskusje wywołują u nas filmy, których nie ma. Jak obecnie „Smoleńsk” Antoniego Krauzego, do którego scenariusz chyba nie jest jeszcze gotowy. Z projektem „Tajemnice Westerplatte”, za którym stał bliżej nieznany Paweł Chochlew, było podobnie. Kilka lat temu mieliśmy w mediach ogólnonarodową debatę, wywołaną przez pojawiające się w prasie przecieki, iż w scenariuszu znalazły się liczne obrazy obrażające nasze poczucie patriotyzmu, jak choćby pijący wódkę obrońcy Westerplatte, czy – co w szczególności podwyższyło temperaturę debaty – scena, w której polski żołnierz siusia bezpośrednio na portret naczelnego wodza sił zbrojnych. Więc zacznijmy recenzję od informacji, która powinna przynajmniej do pewnego stopnia uspokoić narodowo usposobionych widzów – obrońca wprawdzie siusia, lecz nie na wodza, tylko na papierowy slogan „Silni, zwarci, gotowi”. Czyli w scenariuszu dokonano głębokich zmian.

O reżyserze Chochlewie (rocznik 1971), mimo upływu czasu, nadal wiadomo tylko tyle, że ukończył Wydział Aktorski łódzkiej filmówki, grał w serialach, wystąpił też w jakichś filmach, lecz widocznie z marnym skutkiem, skoro nazwisko nie obiło się o uszy nawet osobom oglądającym wszystkie polskie produkcje, jak wyżej podpisany. Co samo w sobie ma wydźwięk optymistyczny, pokazuje bowiem, iż dożyliśmy czasów, w których można przystąpić do produkcji filmu kinowego nie mając papierów, bez których kiedyś nie wpuszczono by na plan zdjęciowy. A w tym szczególnym wypadku nie chodziło bynajmniej o dramat psychologiczny z udziałem dwóch osób różnej płci, dziejący się w jednym pokoju, lecz regularny dramat wojenny. A to już przecież zupełnie inna filmowa waga.

Jeżeli film trafi na tegoroczny festiwal do Gdyni, to reżyserowi Chochlewowi powinno się przyznać specjalną nagrodę pozaregulaminową – za wytrwałość. O perypetiach produkcyjnych prasa informowała na bieżąco: a to Bogusław Linda, który miał grać główną rolę i nawet pojawiał się przez jakiś czas na planie, zrezygnował, a to kolejny raz zabrakło pieniędzy i przerwano zdjęcia… Kolejne doniesienia o nieszczęśliwych przypadkach stały się już nudne, więc tematu poniechano; wprawdzie w sierpniu ubiegłego roku pojawiła się zapowiedź premiery w przeddzień wybuchu wojny, ale nikt chyba nie traktował jej poważnie i nie było najmniejszego zdziwienia, kiedy premierę odwołano. Odbywa się ona ostatecznie w lutym, i jest to, niestety, dla każdego polskiego filmu niebezpieczna pora, ponieważ w repertuarze królują o tej porze dzieła oscarowe, spychające resztę tytułów na margines. Słowem, pech nie opuszcza „Westerplatte” do końca. Ale ostatecznie film trafia na ekrany i teraz może zaszkodzić sobie tylko sam.

Niemcy uprzejmie padają

W PRL w branży kina wojennego panowała pewna monotonia, mianowicie nasi z reguły walczyli z Niemcami i bez wyjątku wygrywali. Wróg w zasadzie nie stwarzał większego zagrożenia, co – pewnie wbrew intencjom twórców – pomniejszało nieco chwałę Ludowego Wojska Polskiego, które stać przecież było na bardziej wymagającego przeciwnika. Już nawet nie warto wypominać, że batalistyka nigdy nie była specjalnością polskich filmowców. Parę komedii na ten temat nakręcono.

Debiutant Chochlew nie miał więc żadnych rodzimych wzorców, do których mógłby się odwołać. Oczywiście pozostają przykłady kina amerykańskiego, w rodzaju „Szeregowca Ryana” Stevena Spielberga, ale tutaj oprócz dobrych chęci i niezbędnego talentu trzeba by jeszcze dysponować budżetem nie z naszego kręgu kulturowo-ekonomicznego. Nie powinno zatem dziwić, iż mamy w „Westerplatte” batalistykę na miarę możliwości, z jedną chyba tylko innowacją, mianowicie lecące kule zostawiają za sobą świetlny ślad, trochę jak w grze komputerowej. Nie mogło się obejść bez efektów specjalnych, jak przykładowo pierwsze strzały z pokładu okrętu „Schleswig-Holstein”, które – trudno się dziwić – nie robią wielkiego wrażenia na obrońcach.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną