Kultura

Na ostatniej prostej trzeba przyspieszać

75 lat Krzysztofa Zanussiego

Krzysztof Zanussi – scenarzysta i reżyser filmowy oraz teatralny, dyrektor Studia Filmowego TOR, wykładowca akademicki. Krzysztof Zanussi – scenarzysta i reżyser filmowy oraz teatralny, dyrektor Studia Filmowego TOR, wykładowca akademicki. Leszek Zych / Polityka
Mam ogromną ilość bodźców, których już nie jestem w stanie „przetrawić” nie dlatego, że jestem stary, tylko dlatego, że jest ich tak dużo, że nie nadążam, choć wiem, że na ostatniej prostej trzeba przyspieszać - rozmowa z Krzysztofem Zanussim z okazji jego urodzin.
„Kiedy czytam pisma mistyków, nic nie rozumiem, a czasem przy oglądaniu Andrieja Tarkowskiego taki dreszcz pójdzie po plecach, jakbym coś ważnego poczuł”.Dawid Skoblewski/Wikipedia „Kiedy czytam pisma mistyków, nic nie rozumiem, a czasem przy oglądaniu Andrieja Tarkowskiego taki dreszcz pójdzie po plecach, jakbym coś ważnego poczuł”.
Krzysztof Zanussi na planie filmu „Persona non grata”, Moskwa, 2004 r.Wikipedia Krzysztof Zanussi na planie filmu „Persona non grata”, Moskwa, 2004 r.

Artykuł w wersji audio

Zdzisław Pietrasik: – Trudno nie zacząć od miejsca, w którym rozmawiamy, czyli domu w Laskach, dokąd przeniósł się pan na stałe. Czy to była ucieczka od czy do?
Krzysztof Zanussi: – Oczywiście, że do. To jest dom, o którym całe życie marzyłem, a którego późno się dorobiłem. Pierwsze własne maciupeńkie mieszkanie miałem na Krochmalnej w mrówkowcu…

Wydawać by się mogło, że zawsze lokował się pan wśród wyższych sfer społecznych.
Mam w życiorysie dobrą kartę szczerej biedy i bardzo ją sobie cenię, ponieważ to była nauka życia, aczkolwiek nie powiem, żebym wówczas tak myślał. Nie mówię już o samej wojnie…

Pan jest przedwojenny.
Tak, 1 września 1939 r. miałem dwa i pół miesiąca.

Pamięta pan coś z wojny?
Ach, świetnie pamiętam. Miałem mądrą babcię, która prowadzała mnie w różne miejsca, miałem stać i się wpatrywać, na przykład w pomnik księcia Poniatowskiego, stojący tam, gdzie jest obecnie Grób Nieznanego Żołnierza. Dlatego jestem orędownikiem odbudowy stojącego niegdyś tam pałacu i kolumnady, bo z punktu widzenia urody Warszawy jest to absolutnie niezbędne. W czasie wojny nauczyłem się też trzymać język za zębami, co się przydało w czasach stalinizmu, kiedy nawet ksiądz w szkole przekonywał, że chłopiec mówiący prawdę czasami grzeszy…

Niezwykła lekcja dla chłopca.
Jak cię zapytają, mówił ksiądz, kto do domu przychodzi, to powiedz, co ci rodzice mówią, a nie jak jest naprawdę. Miałem bardzo ostrą stalinowską szkołę i opowiadam o tym trochę w „Cwale”.

Złe lata w życiorysie.
Czasy stalinowskie były upiorne, powiedziałbym, mocno powściągliwe. Oboje rodzice pracowali, ale ojciec jako były przedsiębiorca musiał płacić tak zwane domiary i przed pierwszym bywało tak, że nie starczało, więc rodzice mnie oszukiwali, bo dla nich nie starczało na lepsze jedzenie, a ja dostawałem kotleta. Ubranie trzeba było nosić po ojcu, bo nie było pieniędzy, i przez parę lat nie było mowy o tym, żeby kupić coś nowego. Więc po ojcu stara jesionka, stare ubranie. Chodziłem w tych niedodartych ubraniach i wyglądałem jak strach na wróble. Moje sztywniactwo, jak teraz na to patrzę, wzięło się z tamtego czasu. To taka łzawa historyjka, nie wiem, czy warto ją przytaczać.

Warto, choćby dla młodzieży.
Kiedy śmiali się ze mnie w szkole, co źle znosiłem, matka powiedziała mi coś, co było przydatne także w późniejszym życiu – że nie wolno się wstydzić tego, czemu nie jesteś winien. Bo częścią mojej biografii jest druga nędza, już wyłącznie zabawowa, to były wyjazdy za granicę…

Z pięcioma dolarami w kieszeni.
Oczywiście, ale to było rozkoszne i w ogóle ani słowa skargi. Co z tego, że nie miałem pieniędzy? Mój ojciec się oburzał, jak kiedyś ze mną wyjechał i zobaczył, że jego pensja czy emerytura poszły na metro w Paryżu. Pytał, co się stało, przecież ja byłem takim samym dobrym inżynierem jak mój francuski kolega, a teraz jestem dziadem ostatnim, co się stało z moją cywilizacją, z moim krajem? Nie chciał się z tym pogodzić, ja tak się nie przejmowałem – nawet kiedy musiałem spać w metrze na kratkach.

Ściągał pan krawat przed zaśnięciem?
Krawat był, choć rozwiązany, chodziło o to, że jak człowiek naprawdę jest biedny, to nie można tego pokazać.

Czyli ten pański nieodłączny krawat ma też jakieś freudowskie wytłumaczenie?
Oczywiście, to była próba niepokazania prawdy i dzięki temu wchodziłem do muzeów. Ktoś mnie nauczył takiego triku, dziś tego nikomu nie polecam, bo nie mamy do tego moralnie prawa – ale wtedy mieliśmy – mianowicie udawałem, że szukam kogoś, kto nosi najbardziej typowe nazwiska w danym kraju, np. monsieur Dupont we Francji. Zastanawiano się, który to pracownik, wskazywano jakieś schody na drugie piętro, po czym zwiedzałem Luwr, stałem przed Giocondą cały dzień, a jak pana Duponta w końcu znalazłem, to mówiłem, że to nie ten.

To były wyjazdy prywatne czy stypendia?
Kombinowałem na wszelkie sposoby. Jako eksfilmowiec amator miałem parę zaproszeń na jakieś festiwale. Potem były zaproszenia od poznanych w czasie wyjazdu ludzi. Oczywiście była jeszcze moja włoska rodzina – bajecznie bogata, lodówki, telewizory, pralki, zmywarki, ale nigdy nie chciałem się do nich zwracać o pomoc. Kiedy w końcu się pojawiłem, szlachetnie zaproponowali, że pomogą mi się wykształcić i urządzić.

Nigdy pan nie żałował, że nie został?
Była duża pokusa, jednak już wtedy wiedziałem, że to nie jest to, o czym marzę. Później już jako znany reżyser starałem się w oczach mojej włoskiej rodziny wypaść dobrze. Rola biednego kuzyna jest rolą klasyczną, balzakowską. Aż los się do mnie uśmiechnął, w 1980 r. mój „Kontrakt” był pokazywany na zakończenie festiwalu weneckiego. Zaprosiłem mojego kuzyna Guido do loży honorowej, gdzie siedział obok premiera Giulio Andreottiego, a w tej samej loży jeszcze był Federico Fellini. Mój film miał olbrzymią, stojącą owację. Wychodzimy z pałacu festiwalowego, kuzyn zaczyna mówić o kolacji i widzę, że to go kompletnie nie obeszło.

Jednak dwa różne światy.
Ale następnego dnia rano spotykam go w hotelu ożywionego: Krzysztof, ja nie wyobrażałem sobie, jaki ty jesteś sławny, jakie masz osiągnięcia! Ja odpowiadam, Guido, na miłość boską, byłeś wczoraj ze mną, widziałeś, jak ludzie klaskali. Nie bądź śmieszny, kiedy ja wchodzę do naszej fabryki, robotnicy zawsze klaszczą. Natomiast ty jesteś na pierwszych stronach gazet, nasze nazwisko drukowane jest dużą czcionką, a ty wiesz, ile kosztuje centymetr kwadratowy na pierwszej stronie „Corriere della Sera”? I to mu dopiero zaimponowało.

Był ciąg dalszy?
Myśmy się przyjaźnili, on już nie żyje, teraz co roku jeżdżę do jego kuzynów, oni mi udostępniają swój dom w Cortina d’Ampezzo, żebym mógł jeździć na nartach. Jeżdżę marnie, ale zawzięcie.

Pozostając przy sprawach rodzinnych, na motyw ojca w pana twórczości zwracają uwagę autorzy „Krytyki Politycznej”, którzy niedawno poświęcili panu książkę. Nie jest to łatwa lektura.
Nie mam żalu do tych dzielnych chłopców, że wymyślają jakieś oszalałe teorie, i że pisać nie umieją, natomiast oni robią skok na bank, chcą napisać nową historię całej kultury. W Niemczech, za pomocą pieniędzy SPD, wydali „Historię polskiego filmu” z myślą przewodnią, którą uważam za nadzwyczaj niegodną, mianowicie mówią, że kino, które było cenione, do którego ja się też zaliczę, obok Wajdy, Holland czy Kieślowskiego, to były filmy populistyczne. Liczyła się czysta forma, Żuławski i Królikiewicz to byli prawdziwi geniusze. Akurat obu panów szanuję jako twórców, ale to jest interpretacja, jak na lewicę, dość aberracyjna. Czysta forma jest dobra, a krytyka społeczna to populizm?

Niemniej pytanie o ojca wydaje się sensowne.
Tak, tylko że oni z tego wyciągają natychmiast jakąś interpretację freudowsko-seksualną, nachalną i dość trywialną.

Ojciec rozpoznał się w „Życiu rodzinnym”?
Nie rozpoznał się albo udawał, bo to też było możliwe. Bardzo ożywiła go natomiast Maja Komorowska i bardzo przeżywał ewentualność posiadania takiej córki.

Wolał, żeby pan został fizykiem?
Nie, chciał, żebym był architektem, bo taka była tradycja rodzinna i ja się do tego przygotowywałem, brałem korepetycje, rysowałem dość poprawnie, ale coś innego się stało, czego ojciec nie przewidział. Przygotowując mnie do zawodu, pokazywał mi fotografie Florencji, Rzymu, a potem MDM i Pałac Kultury, mówiąc, że to robota prostacka. Zdałem sobie sprawę, że za dnia będę projektował takie domy, a wieczorem będę je obśmiewał…

W szkole filmowej nie był pan prymusem.
Zachwycili się mną przez chwilę, a następnie dostałem cios, o którym dzisiaj mogę mówić z większą rozwagą, że to była sytuacja tragiczna. Wyjechałem do Francji, zobaczyłem Nową Falę, byłem na planie u Truffauta, Chabrola, robiłem z nimi wszystkimi wywiady dla „Ekranu”, niedobre oczywiście, ale wiele te rozmowy mi dały. Wróciłem do Łodzi, zrobiłem etiudę absolutoryjną z Adamem Hollendrem jako operatorem, któremu opowiedziałem, jak się we Francji robi filmy, kamera z ręki, aktorzy improwizują, niezawodowcy grają. Główną rolę zagrał u mnie Andrzej Paczkowski, obecnie profesor historii. Andrzej zagrał pięknie troskliwego brata oszalałej siostrzyczki. Dzisiaj wnukom pokazuje ten film.

Ale profesorowie nie znali jeszcze Nowej Fali?
Powiedziano mi, że wylatuję ze szkoły za to, że przyszedłem z ruchu amatorskiego i że odmawiam nauki, a takie filmy mogę robić poza szkołą. W końcu przywrócili mnie na studia, tylko musiałem w pokorze powtarzać rok. Później na dyplom zrobiłem „Śmierć prowincjała”, który dział się w klasztorze, i zrobiła się mała awantura, że film jest klerykalny. Prof. Jerzy Bossak uznał, że najciemniej jest pod latarnią, i wysłali film na konkurs Komsomołu do Moskwy, ale zrobili też drugą kopię i posłali do Mann­heim. Chyba w tym samym tygodniu dostałem w Mannheim Złotego Dukata oraz nagrodę ekumeniczną przyznawaną przez katolików i protestantów, natomiast w Moskwie nagrodę ateistów i wolnomyślicieli. Zrozumiałem względność tego świata.

Potem była „Struktura kryształu”, też z problemami.
Bardzo dużo ludzi wyszło z tej premiery. To jest taka trauma, która mi została, bo siedziałem w pierwszym rzędzie balkonu, słyszałem strzelające fotele. Zresztą film się bardzo źle zaczął, prof. Antoni Bohdziewicz proponował, żeby go odłożyć na półki, i to nie była jego głupota. „Struktura” rzeczywiście była nie do wytrzymania. Dwie godziny nudne potwornie, bardzo dużo powtórzeń, z czego nie zdawałem sobie sprawy. I dopiero Stanisław Różewicz, bardzo dobry pedagog, dał mi genialną radę: zanim zrezygnujesz z filmu, wytnij jak najwięcej, zostaw godzinę i piętnaście minut, czyli najmniej, ile może trwać film pełnometrażowy. I nagle to dało się oglądać.

Dalszy ciąg kariery jest już bardziej znany. A czy dzisiaj nie jest czas na nowe kino moralnego niepokoju? Dam przykład z innej branży: oto czytam, że w konkursie na reportaż zwycięża Agnieszka Czyżowska z Radia Lublin, nagrodzona „za znakomity warsztat i zwrócenie uwagi na nowe zjawisko relatywizmu moralnego we współczesnym świecie”.
Pojawia się tęsknota za porządkiem, ładem, sensem. Nie wiem, czy pan lubi Surdykowskiego, ale dla mnie jego zbiór esejów „Wołanie o sens” jest jedną z mądrzejszych książek, które zostały napisane w ostatnim dziesięcioleciu. Szkoda, że przemilczaną.

Karol Modzelewski też o tym pisze.
Ci ludzie, którzy wtedy walczyli, teraz przypominają, o co naprawdę chodziło.

Z okazji 25-lecia artyści pytani są, jak korzystają z wolności w nowej Polsce.
Tyleśmy myśleli i mówili o wolności, gdy jej nie mieliśmy, że kiedy ją pozornie mamy, to już niewiele więcej możemy sobie powiedzieć…

Pozornie?
Zawsze wiedzieliśmy, że jest wolność wewnętrzna i jest wolność zewnętrzna, wolność od uwarunkowań i wolność w ramach uwarunkowań. Teraz uwarunkowania się zmieniły, zrobiłem właśnie film o tym, jak ludzie tanio sprzedają wolność.

W „Obcym ciele”, bo tak się nazywa ten film, znowu pojawia się korporacja.
W korporacjach młodzi ludzie przyjmują obowiązujący lifestyle, ubranie, zachowanie, sposób mówienia, upodobania, nawet wiedzą, które płyty trzeba lubić, a których nie. Przecież to jest upodlające w nie mniejszym stopniu niż za komuny. I ludzie to robią bardzo gładko za pieniądze w poczuciu, że to ich nic nie kosztuje. Ernest Bryll po obejrzeniu „Obcego ciała” powiedział z westchnieniem: wolność jest tanio sprzedawana, a tak drogo była zdobyta.

Ciągle pan wykłada, w Polsce i na świecie. Jacy są dzisiejsi studenci?
Mam parę takich powiedzonek do kolegów, którzy razem ze mną wykładają, takie proste powiedzonko, że trzeba mówić nawet do jednego studenta, bo zdarza się, że na zajęciach nie ma ich więcej. Natomiast jak nie ma ani jednego studenta, to nie trzeba mówić, bo to już wypadek psychiatryczny.

A film dla jednego widza?
Dla jednego tak, ale dla pustej sali nie.

Może pan powiedzieć o którymś z reżyserów: oto mój następca?
Niedawno jeden ze studentów w Katowicach wypisał się z moich zajęć, powiedział: ja czuję zbyt silny wpływ pana na mnie. Zrozumiałem, że rzeczywiście widocznie mam wpływ. Natomiast nie chciałbym nawet mieć kogoś, kto by powiedział, że jest moim kontynuatorem, bo w sztuce każdy musi być inny.

Nadal pan wierzy, że kino operuje w sferze ducha?
Może mieć dostęp do sfery ducha, choć nie zawsze tam zachodzi, ale jednak kino przez postać bohatera potrafi natchnąć, potrafi obudzić wiarę, nadzieję, tęsknotę, i zdarza się to chyba nawet łatwiej niż w innych dziedzinach. Kiedy czytam pisma mistyków, nic nie rozumiem, a czasem przy oglądaniu Andrieja Tarkowskiego taki dreszcz pójdzie po plecach, jakbym coś ważnego poczuł.

Kino współczesne pana inspiruje?
Mało oglądam, bo przestałem się poczuwać do obowiązku, że muszę wiedzieć, co zwyciężyło w Cannes. Jak z góry wiem, że coś mi się nie będzie podobało, to nie oglądam. Trzy filmy Tarantino obejrzałem i bardzo się cieszę, i dziękuję, i już więcej nie muszę.

Rozmawiamy w dniu, w którym wrócił pan z Moskwy.
A w zeszłym tygodniu uświetniałem święto Straży Pożarnej w Poznaniu. Staram się być człowiekiem dobrej woli, uważam, że my, twórcy, mamy się zachowywać służebnie. Powinniśmy wypłacać się za to, że korzystamy z publicznych pieniędzy. Dlatego, jak trzeba, to jadę, gdzie mnie zapraszają.

Ma pan zaplanowany dzień po dniu?
Tak, gdzieś do grudnia terminy sprzedałem.

Co panu teraz daje w życiu radość?
Zawsze powtarzam za Goethem „chwilo, trwaj”, co nawet ładniej brzmi po polsku niż w oryginale. Marzę, aby to, co dobre, jeszcze trochę potrwało, bo jeszcze jest tyle do zrobienia, jeszcze jest tyle radości. Mam ogromną ilość bodźców, których już nie jestem w stanie „przetrawić” nie dlatego, że jestem stary, tylko dlatego, że jest ich tak dużo, że nie nadążam, choć wiem, że na ostatniej prostej trzeba przyspieszać.

Świat ciągle mnie zadziwia i wciąga, wciąż mam kolejną atrakcję, o której myślę: Boże, dlaczego ja się już tym nie mogę zająć? Dlaczego nie przeczytam książek, które odkładałem na starość? Podczas spotkań z publicznością cytuję piosenkę „Gdybym był bogaty” ze „Skrzypka na dachu”. Otóż gdybym był bardzo bogaty, zatrudniłbym rzeszę ludzi, żeby teraz dla mnie przeczytali to, czego ja już nie przeczytam, i żeby zaczęli badać sprawy, którymi nie zdążę się zająć...

rozmawiał Zdzisław Pietrasik

Krzysztof Zanussi – scenarzysta i reżyser filmowy oraz teatralny, dyrektor Studia Filmowego TOR, wykładowca akademicki. Twórca autorskich obrazów portretujących polską inteligencję i jej skomplikowane wybory moralne w czasach PRL i później. Jego filmy z lat 70.: „Struktura kryształu”, „Życie rodzinne”, „Constans”, „Iluminacja”, „Barwy ochronne” czy „Spirala” weszły na stałe do kanonu polskiego i europejskiego kina. 17 czerwca obchodzi 75 urodziny.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Czy internet pomaga w zakochaniu się i utrzymaniu związku?

Czy sieć ułatwia ludziom miłość?

Aleksandra Żelazińska
09.02.2016
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną