Kultura

Rasa muzyki

Filharmonia nie tylko dla elit

Dzieci ze Stockwell Children´s Orchestra grają podczas otwarcia festiwalu Sounds Venezuela w Londynie. Dzieci ze Stockwell Children´s Orchestra grają podczas otwarcia festiwalu Sounds Venezuela w Londynie. Reynaldo Trombetta
Rozmowa z działaczką i pisarką Candace Allen o tym, co zrobić, żeby publiczność w filharmonii nie była wyłącznie biała i elitarna.
Candace Allen (ur. 1950 r.) – afroamerykańska pisarka, reżyserka i znana działaczka na rzecz równouprawnienia czarnoskórych, była żona słynnego brytyjskiego dyrygenta Simone´a Rattle´a.Geraint Lewis/Writer Pictures/Forum Candace Allen (ur. 1950 r.) – afroamerykańska pisarka, reżyserka i znana działaczka na rzecz równouprawnienia czarnoskórych, była żona słynnego brytyjskiego dyrygenta Simone´a Rattle´a.

Mariusz Herma: – Słyszała pani na pewno o londyńskiej metodzie odstraszania nastolatków, którzy okupują stacje metra czy przystanki – wystarczy puścić z głośników muzykę poważną.
Candace Allen: – I w ten sposób muzyce wyrządza się ogromną krzywdę. Dosłownie kilka dni temu natrafiłam w telewizji na stary odcinek serialu „CSI” przedstawiający subkulturę bogatych nowojorczyków, którzy upodobali sobie spożywanie wstrętnych rzeczy w rodzaju gigantycznych brazylijskich stonóg, smażonych tarantul czy małych ośmiorniczek. W tle tych wszystkich scen przez cały czas leciał kwartet smyczkowy Schumanna. Gdy pod koniec odcinka szef kuchni okazał się mordercą, znów usłyszeliśmy Schumanna.

Pamiętam, że gdy wychodziłam za dyrygenta Simona ­Rattle’a, zajmowałam się dziewczynkami z trudnych rodzin. Kiedyś zabrałam kilka z nich na próbę „Eroiki” Beethovena oraz jakiegoś współczesnego dzieła. Były zachwycone – także tym drugim, dosyć trudnym utworem. Nie miały jeszcze żadnych uprzedzeń. Muzyka w każdej postaci wiązała się dla nich z radosnym i przyjemnym przeżyciem. Wkrótce potem zaczęła im się jednak kojarzyć ze snobami lub, co gorsza, z freakami rodem z dziwnych kulinarnych sekt albo wprost złymi ludźmi. Ale nie złymi w atrakcyjnym, gangsterskim sensie – wtedy klasyka zagroziłaby popularności hip-hopu.

W swojej nowej książce pisze pani o tych barierach, które utrudniają wstęp do muzyki poważnej ludziom spoza określonych kręgów społecznych. Jak pani – czarnoskóra – dostała się do tego świata?
Pochodzę ze światłej rodziny i odebrałam staranne wykształcenie, już za młodu chadzałam czasem na balet. Ale chociaż muzyka Strawińskiego czy Hindemitha bardzo mi się podobała, nie traktowałam jej jako odrębnego bytu, raczej jako element choreografii. Wycieczki do filharmonii skutkowały zaś tylko pogłębiającym się zniechęceniem. Pamiętam nasze szkolne wyjście do nowojorskiej Avery Fisher Hall. Na sali było półtora tysiąca uczniów, którzy niewiele z koncertu rozumieli i nie mieli najmniejszej ochoty zrozumieć. A wykonawcy na scenie starali się nas zwyczajnie ignorować, wyglądali więc na nieobecnych i okrutnie znudzonych.

Podwójne nieporozumienie?
Sama nie pojmowałam chociażby roli dyrygenta. Irytował mnie. Przecież wszystkie dźwięki są w nutach – myślałam – po prostu je zagrajcie! Dopiero jako dorosła osoba dostałam się przypadkiem na próbę orkiestry symfonicznej i odkryłam, że w tej muzyce jest życie. Że to interpretacja, a nie zwykłe odgrywanie. I że koncert filharmoniczny to znacznie intensywniejsze doświadczenie niż słuchanie nagrań z płyt. Muzyka dzieje się tu i teraz. Pewna energia przepływa przez powietrze pomiędzy wykonawcami a publicznością. Odkryłam dla siebie nowy świat.

Najwyraźniej mniej chodziło o samą muzykę, a bardziej o odkrycie, że sam sposób jej uprawiania nie różni się aż tak bardzo chociażby od koncertów jazzowych.
Wówczas nie miałam o tym pojęcia. I do dziś nie ma go nawet większość interesujących się muzyką. Na początku naszego związku Simon Rattle pracował nad cyklem koncertów muzyki współczesnej. Bardzo poważnych dzieł z XX w. Przy okazji tych wykonań kręcono dokument. Od razu zwróciłam Simonowi uwagę, że musi pokazać jak najwięcej pracy zakulisowej. Zwykłych ludzi, którzy parają się tą wyszukaną sztuką. Popełniają błędy, śmieją się z głupich żartów, normalnie ubierają. I wkładają w swoją pasję mnóstwo energii, aby dostarczyć ci gotowy, wycyzelowany produkt. Są w tym wszelkie emocje, których spodziewałbyś się po dowolnym koncercie. Dla mnie był to rodzaj objawienia, a przecież miałam już wtedy pewną orientację w świecie sztuki. Jakie wyobrażenia muszą mieć osoby, które nigdy nawet nie zbliżyły się do filharmonii?

Za pani młodości muzyką poważną wypełnione były chociażby filmy Disneya.
A Leonard Bernstein dyrygował w telewizji młodzieżową orkiestrą. Począwszy od kryzysu, aż do końca lat 50. muzyka poważna zajmowała w Stanach Zjednoczonych niemal centralne miejsce. Nie tylko dla wyższych sfer, które chciały demonstrować za jej pomocą swój status, ale także dla wspomnianego mainstreamowego kina. W jednym z filmów młody bohater z czarnego getta zastanawiał się, czy powinien zostać bokserem, czy skrzypkiem! [chodzi o film „Złoty chłopiec” – tyle że Hollywood oryginalnie czarnego bohatera wybieliło! – przyp. red.]. W skład wykształcenia szkolnego wchodziła podstawowa znajomość muzyki poważnej. Stąd brały się te wszystkie składanki z przebojami muzyki poważnej. Mój ojciec uwielbiał bebop, ale jeszcze w college’u zaopatrzył się w mnóstwo tanich płyt z takimi hitami. To było naturalne. Potem przyszedł jednak rock’n’roll i wytwórnie muzyczne oraz media uznały, że więcej zarobią na tej nowej stylistyce i to przeciwstawiając ją nudnej, przestarzałej muzyce ich rodziców.

Na początku XX w. Afroamerykanie usiłowali się przebić do świata muzyki poważnej. Ale później dokonania w ich „własnych” gatunkach – jazzie, rhythm and bluesie, soulu, funku czy wreszcie hip-hopie – miały zaspokoić ten głód sukcesu. Nie tylko nie potrzebowali sięgać po muzykę białych, ale wręcz obserwowali, jak biali podchwytują ich kolejne wynalazki.
Miało to bezpośredni związek właśnie z zamknięciem świata filharmonicznego na czarnoskórych wykonawców. Wielu z nich odebrało przecież staranne wykształcenie z teorii muzyki – najlepszym tego przykładem Miles Davis, w końcu studiował w słynnej Juilliard School. Ale mimo umiejętności nie wpuszczano ich do profesjonalnych orkiestr. Dlatego przenosili to swoje akademickie doświadczenie do muzyki popularnej, windując ją na niespotykane wcześniej poziomy. Stąd bogactwo i złożoność jazzu, ale również popu z lat 60. czy 70. W tej chwili podobny proces obserwujemy w Wenezueli, gdzie absolwenci młodzieżowych orkiestr z sieci El Sistema zakładają dziesiątki zespołów rockowych i grają muzykę, jakiej ten kraj nigdy przedtem nie słyszał.

Gdzie indziej młodzi jednak niespecjalnie garną się do muzyki poważnej. Dlaczego się upieramy, żeby ich w ogóle na nią nawracać?
Nie chodzi o nawracanie, tylko o to, by dać im szansę usłyszenia jej bez uprzedzeń. I niech podejmą decyzję samodzielnie. W tej chwili popkultura mówi im, że klasyka to domena elit, ewentualnie dziwaków. A z programów szkół – przynajmniej w Wielkiej Brytanii i USA – edukacja muzyczna zupełnie znika. Spójrz tymczasem na sukces wspominanej El Sistema, ale również południowoafrykańskiego Buskaid, palestyńskiej West-Eastern Divan Orchestra i innych inicjatyw dla dzieci i młodzieży z dołów społecznych. Parę lat temu uważnie przebadałam te przedsięwzięcia. Odkryłam, że ich uczestnicy nie są obciążeni powszechnymi na Zachodzie stereotypami. Ich życie bywa zresztą tak ubogie i zwyczajnie nudne, że chwytają się każdej odrobiny radości. Nie interesuje ich rodowód muzyki. Tylko w zamożniejszych kręgach w tych krajach spotkałam się z wybrzydzaniem. Dowiedziałam się np., że klasyka to spadek po kolonizatorach, najeźdźcach. Każdy inny przejaw sztuki podobnie kategoryzowano jako „nasz” lub „ich”.

Tylko czy ci młodzi byliby chcianymi gośćmi w filharmonii? Dotychczasowa publiczność boi się najazdu barbarzyńców, którzy nie potrafią się zachować. Pani sama zauważa, że osoby czarnoskóre bywają w takich miejscach szykanowane.
Pewna słynna anglojęzyczna blogerka, zajmująca się muzyką poważną, opisała ostatnio scenę, której była świadkiem. Podczas jednego z koncertów siedziała obok czarnoskórej kobiety i jej małej córki. Były chyba jedynymi czarnoskórymi osobami w całej filharmonii, a ta ośmioletnia dziewczynka bodaj jedynym dzieckiem na sali. Przez pierwszą połowę występu siedziała bardzo spokojnie. Podczas drugiej wyjęła ze swojej torebeczki kawałek czekolady i zaczęła go jeść. Ledwo utwór się skończył, siedzący za nią mężczyzna zrugał ją i jej matkę za brak wychowania. Według niego zrujnowały wszystkim koncert! Matka się tym atakiem zbytnio nie przejęła. Ale niech pan pomyśli o tej dziewczynce. Czy jeszcze kiedyś pójdzie do filharmonii?

Niedawno dyskutowano także o mężczyźnie oddychającym poprzez respirator, który wzbudził konsternację w jednej z nowojorskich filharmonii. Praca urządzenia zakłócała wrażenia części słuchaczy, więc próbowali go w przerwie wyprosić.
Jeśli regularnie bywasz na koncertach muzyki poważnej, na pewno spotykasz się z takimi sytuacjami na okrągło. Chociaż najczęściej chodzi o wyrażanie entuzjazmu w niewłaściwym momencie.

Słynne klaskanie w przerwach pomiędzy częściami jednego utworu.
I takie osoby już zwykle nie wracają. Bo dlaczego miałyby przychodzić do miejsca, gdzie przez pół godziny nie wolno im się poruszyć, ba – naturalnie reagować na słyszaną muzykę? To skądinąd zupełnie nowy wynalazek, przez wieki muzyki poważnej wcale nie słuchano w takiej powadze. A przecież można wypracować kompromis. Tak by dotychczasowi melomani mogli w spokoju kontemplować ukochaną sztukę, a amatorzy jednocześnie nie czuli się persona non grata.

Jak miałby wyglądać taki kompromis?
Młodzi wykonawcy z Europy czy Stanów Zjednoczonych coraz częściej wychodzą poza filharmonie. W Londynie mamy fantastyczną inicjatywę The Night Shift (Nocna Zmiana). To w większości kameralne koncerty, urządzane w pubach, klubach rockowych albo nawet na ulicy. Mimo że trzymają się bardzo poważnego repertuaru – np. mało znanych kwartetów Haydna – na te występy przychodzi mnóstwo 20- i 30-latków. W Nowym Jorku pewna kobieta organizuje koncerty w kolejnych restauracjach na Manhattanie, gdzie między utworami można zjeść kolację, wypić drinka i porozmawiać z muzykami. Długo by wymieniać.

Chodzi o wyjście ze sterylnych filharmonii do neutralnych miejsc, gdzie słuchacze mogą się zachowywać w sposób naturalny?
I chłonąć dźwięki bez niepotrzebnego napięcia. Nie uważam oczywiście, by osoby pragnące kontemplować muzykę w jej świątyniach nie miały do tego prawa. Ale czy to jedyny dopuszczalny sposób? Świetnym przykładem przełamywania stereotypów jest seria koncertowa Proms (przygotowywana przez BBC co rok – przyp. red.). Organizatorzy nie potrzebują nikomu schlebiać, bo i tak zawsze wyprzedają bilety. Mimo to zamierzają w tym roku transmitować mnóstwo koncertów w telewizji i poprzez sieć. A na głównych komentatorów wybrali osoby czarnoskóre czy pochodzenia azjatyckiego. Gdy spytali o moje sugestie, zaproponowałam, by dopuścili do głosu także zwykłych słuchaczy – nie tylko kształconych krytyków. Np. rozdawali bilety przypadkowym przechodniom, a później pytali ich o wrażenia. Chodzi o pokazanie, że ta muzyka jest dla wszystkich, nie tylko dla wybrańców. Że można o niej mówić tak, jak mówi się o muzyce rockowej – i słuchać jej na przemian z rockiem. Bo samej muzyki zmieniać nie musimy, wystarczy zburzyć pewne bariery marketingowe. Tym bardziej że sami wykonawcy częściej niż kiedykolwiek przedtem zapuszczają się w rejony jazzu, muzyki klubowej czy world music. Na zderzeniu z inną wrażliwością my, miłośnicy muzyki poważnej, możemy wyłącznie skorzystać.

rozmawiał Mariusz Herma

***

Candace Allen (ur. 1950 r.) – afroamerykańska pisarka, reżyserka i znana działaczka na rzecz równouprawnienia czarnoskórych, była żona słynnego brytyjskiego dyrygenta Simone’a Rattle’a. W swojej nowej książce zatytułowanej „Soul Music: The Pulse of Race and Music” analizuje zamknięcie środowiska muzyki poważnej na osoby czarnoskóre czy pochodzące z nizin społecznych, opowiadając przy okazji o własnej drodze do filharmonii.

Polityka 29.2014 (2967) z dnia 15.07.2014; Kultura; s. 76
Oryginalny tytuł tekstu: "Rasa muzyki"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Polska mapa przestępczości

Rozmowa z Tomaszem Witesem o mapie przestępczości i o tym, jak kształtować przestrzeń, by zmniejszyć ryzyko zbrodni.

Martyna Bunda
27.07.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną