Jestem igraszką losu. Rozmowa z Czesławem Miłoszem

Jestem igraszką losu
Przeszłość jest bardzo ważna, ponieważ jest oczyszczoną teraźniejszością. Zresztą, co to jest przeszłość? Minuta upływa i staje się przeszłością – mówił w 2001 roku POLITYCE 90-letni noblista.
milosz.pl/materiały prasowe

Rozmowa ukazała się w POLITYCE w czerwcu 2001 roku.

***

Może tym razem porozmawiamy sobie tak po prostu spokojnie o tym, co naprawdę jest ważne?
A możemy niespokojnie?

Możemy, jak najbardziej. Pan się śmieje, a ja rzeczywiście jestem niespokojna, bo przy okazji 90 urodzin miałabym ochotę pytać pana nie o poezję, ale o pańskie życie. Łatwiej i bezpieczniej rozmawiałoby się o literaturze, ale ta pięknie okrągła rocznica nasuwa myśl, że co nieco pan już w życiu widział i trochę doświadczył. Może zechciałby się pan podzielić ze mną swoimi doświadczeniami?
Kiedy o życiu ja mam mało do powiedzenia. Tak niespodziewane rzeczy mi się przytrafiły, że stale się dziwię. Tylko się dziwię.

Stale się dziwić to ogromna wartość. Na swoje 88 urodziny pisał pan: ocalony, bo z nim wieczne i boskie zdziwienie. Gdyby pan miał opisać swoje dziwne życie, jakim rodzajem literackim by się pan posłużył: jakie było – liryczne, epickie, dramatyczne? Czy może potrzebna byłaby forma pojemna, obejmująca wszystkie trzy rodzaje?
Zawsze szukałem formy pojemnej, ale przede wszystkim poetyckiej. Ciągle trwa moja pogoń za własnym ogonem.

Czy jest pan dziś bliżej własnego ogona niż 90 lat temu?
Chyba jednak bliżej. Jeśli chodzi o moje życie, to bardzo cenna dla mnie była młodość w Wilnie. Odczułem wielką ulgę, kiedy Wilno przestało być odgrodzone od świata hermetyczną granicą. Nie znaczy to, że chcę czy muszę tam często jeździć. Wystarcza mi świadomość, że Wilno jest tak blisko Europy jak kiedyś.

W czym kryje się niezwykłość tego miasta? Może po prostu miasta młodości są zawsze najpiękniejsze?
Nawet ci, którzy dziś jeżdżą do Wilna, podkreślają, że jest coś magicznego w jego aurze. Młodość w takim miejscu jest skarbem na całe życie, choć kiedy się jej doświadcza, człowiek nie zdaje sobie sprawy z tego, jakie to jest niezwykłe. Świadomość przychodzi później, z latami.

Przyjaźń i miłość

Pisał pan, że przyjaźnie i więzi z czasów wileńskich przetrwały przez lata. Wspólne wycieczki, wyprawy kajakowe, tradycja studenckich stowarzyszeń sięgająca czasów Mickiewicza – wszystko to sprawiło, że grupa wileńska silnie zaznaczyła się w kulturze polskiej. Lokalny patriotyzm sprawiał, że wspieraliście się nawzajem. Działało coś na kształt lobby wileńskiego. Czy w Wilnie zrozumiał pan, czym jest przyjaźń, jaka jest jej waga?

Widzi pani, ja ciągle się zastanawiam, czy w ogóle byłem zdolny do przyjaźni lub miłości. Nie wiem, stale tego nie wiem. Przyjaźń to dla mnie bardzo enigmatyczna sprawa.

Ale miał pan przyjaźnie, które przetrwały przez całe życie, np. z Jerzym Turowiczem, o którym napisał pan piękny wiersz? U Turowiczów w Goszycach spędził pan z żoną najtrudniejsze wojenne lata po upadku powstania warszawskiego.
Tak, z Jerzym to była przyjaźń. Ale więzi przyjaźni łączyły mnie także np. ze Stefanem Jędrychowskim. Odwiedziłem go przed śmiercią, ale nie rozmawialiśmy o polityce.

To chyba była wielka przyjaźń i równie wielkie rozczarowanie Robespierre’em, poetą z wileńskiego Klubu Włóczęgów, który już w czasie wojny przeszedł na stronę Związku Sowieckiego?
Muszę coś powiedzieć na swoją korzyść. Miałem skłonność do uwielbiania. W czasach wileńskich uwielbiałem Stefana, widziałem w nim dobrego poetę. Ale później on zrobił rzeczy okropne. Po co mu to było? Oprócz Jędrychowskiego do kręgu osób, które uwielbiałem, zalicza się Kot Jeleński – mój serdeczny przyjaciel, chyba jedyny mój czytelnik, któremu ufałem, i Kroński – mojej przyjaźni z nim nikt nie jest w stanie zrozumieć. Wszyscy byli na niego wściekli, bo on różne głupoty wygadywał.

Aleksander Wat?
Wat nie. On był właściwie moim podopiecznym. Z mojej strony było to współczucie wobec człowieka bardzo cierpiącego.

W „Piesku przydrożnym” pisał pan, że często się zakochiwał. Czy zakochanie ma coś wspólnego z miłością?
Jest takie moje opowiadanie o miłości, które nazywa się „Tryton”, ale tam nie występuje żadna kobieta.

Jest to pewne ułatwienie.
Opowiadam o chłopcu, który zakochuje się w trytonie, trzymanym w akwarium. Chłopiec przysięga, że przez całe życie będzie kochał trytona, ale z biegiem czasu coraz rzadziej zagląda do słoja. I właściwie jest to bardzo tragiczna opowieść o miłości. Jej sens jest taki, że nie można ciągle kochać tej samej osoby i nic na to nie możemy poradzić. Nie panujemy nad tym.

Jest taki piękny pański wiersz o miłosnym olśnieniu, którego doświadczył pan, patrząc na pasażerkę paryskiego metra.
To był romans trwający półtorej minuty.

Ale jego skutki były poważne. Pisząc o epifanicznej pasażerce podkreślał pan, jak ważne jest, by uwierzyć w rzeczywistość.
Owszem. Simone Weil powiedziała kiedyś, że uwierzyć w czyjeś istnienie, to znaczy kochać. Uwierzyłem w istnienie tej pani. Umiejętność kochania uważam za wielki dar. Może byłem jego pozbawiony?

Nie przesadzajmy z zaletami charakteru u tych, którzy zajmują się jakąkolwiek sztuką. Bo co ich naprawdę obchodzi? Doskonałość tego, co robią.

Sztuka

Pana też najbardziej w życiu interesowała doskonałość własnej twórczości?

Prawdopodobnie. Niestety.

Mówi pan niestety? Co jest ważniejsze: doskonałość sztuki, którą się uprawia, czy samo życie we wszystkich jego przejawach?
Ostatnio bardzo się demaskuję. Napisałem, że należę do tych, którzy mogą pójść do piekła artystów. To specyficzne piekło.

Za co się tam trafia? Czy pan sobie je jakoś wyobraża?
„Gdzie skarb twój, tam serce twoje”. A „teraz” następuje za to, co nosisz w sercu. Całe życie buntowałem się przeciwko sztuce. Wyśmiewałem ją i tych, którzy ją celebrowali. Buntowałem się bardzo silnie przeciwko estetyzmowi. Ale muszę przyznać, że im człowiek robi się starszy, tym bardziej ceni osiągnięcia w zakresie sztuki. To są cegiełki budujące gmach cywilizacji. Mój antyestetyzm był właściwie kultem sztuki, tylko tej dobrej.

Jaka to jest dobra sztuka? Taka, której celem jest prawda, a nie piękno?
Boję się wypowiadania sądów, które staną się aforyzmami. Jestem już stary, mam 90 lat i można pomyśleć, że z wyżyn mego doświadczenia widzę bardzo dużo. Nie chcę być jakimś guru, który wydaje instrukcje. Ale całe życie szukałem sztuki dobrej, buntując się przeciwko temu, co mnie otaczało. Byłem na udry z wieloma prądami mnie współczesnymi. Bardzo duży wpływ wywarł na mnie mój krewny Oskar Miłosz. Jest mi przykro, jeśli ktoś interpretuje moje przywiązanie do niego jako wyraz snobizmu rodzinnego. W tym przypadku również zadziałała moja potrzeba uwielbiania kogoś, kogo uważałem za wyższego ode mnie. On właśnie ostrzegał mnie przed sztuką XX wieku. Kąt pokoju litewskiego poselstwa w Paryżu, w którym Oskar, jak wiadomo, pracował w okresie międzywojennym, był cały zawalony tomikami wierszy, które nadsyłali mu różni poeci. Przeglądając je mówił:„wystrzegaj się tego, co oni robią. Patrzą przez okno i zapisują to, co widzą – swoje małe wrażenia”. To było wielkie i trafne ostrzeżenie przed sztuką XX wieku.

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną