Zakończył się 71. Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Wenecji. Złoty Lew dla Roya Anderssona
Roy Andersson, 71-letni szwedzki reżyser, jest dziś uznawany za patrona skandynawskiej groteski. Debiutował „Historią miłosną” w 1970 r. (wcześniej kręcił krótkie metraże), pięć lat później wyreżyserował kolejny obraz, „Giliap”. I choć obydwa te tytuły przysporzyły mu nagród – za pierwszy otrzymał wyróżnienie na festiwalu w Berlinie, drugi uhonorowano w Cannes – to na długo zaniechał działalności reżyserskiej. Przez blisko 25 lat zajmował się głównie reklamą, w międzyczasie rozbudował swoje prywatne studio nagraniowe.
Do filmów – z początku krótkometrażowych – powrócił w późnych latach 80. Wypracował w tym czasie charakterystyczny styl: długie kadry, niezmącona kompozycja, obrazy – wydawałoby się – nietknięte ręką montażysty. I przezierający z nich smutek, zawsze podszyty namiastką humoru (albo odwrotnie).
Komedie (lub raczej komediodramaty) Anderssona są gorzkie, oniryczne, melancholijne. Nie inaczej tym razem. „Gołąb” kontynuuje wątki podjęte w poprzednich, świetnie przyjętych przez krytykę filmach: „Pieśni z drugiego piętra” (2000) i „Do ciebie, człowieku” (2007). To – jeśli je łączyć – trylogia o współczesnym zagubieniu, rozpaczliwej potrzebie nadania życiu sensu. Bohaterowie „Gołębia” – różni, niemal przypadkowi – krzątają się więc wokół swoich spraw, chowają w knajpach, popadają w bezruch. Jak mantra wraca tutaj zdanie: „Cieszę się, że u ciebie wszystko dobrze”. Banalne i przejmujące w swojej ogólności.
Jury pod przewodnictwem kompozytora Alexandre’a Desplata wybierało spośród 20 tytułów.