Piszemy o wszystkim, co ważne

Codziennie coś nowego. Bądź w centrum wydarzeń.

Subskrybuj
Kultura

Sztuka wznoszenia

Tomasz Bagiński nabiera rozpędu

38-letni dziś Tomasz Bagiński 38-letni dziś Tomasz Bagiński Krzysztof Kuczyk / Forum
To, co dekadę temu mogło się wydawać ambicjami z kosmosu, Tomasz Bagiński przekuł w solidne plany. Rozwija trzy projekty w Hollywood, a w Polsce dostał zielone światło dla „Wiedźmina”.
Kadr z „Ambition” (Aisling Franciosi i Aidan Giller)Platige Image Kadr z „Ambition” (Aisling Franciosi i Aidan Giller)
Plansza z gry „Wiedźmin 3: Dziki Gon”Platige Image Plansza z gry „Wiedźmin 3: Dziki Gon”
Kadr z „Katedry” Tomasza Bagińskiego Kadr z „Katedry” Tomasza Bagińskiego

Rok jeszcze się nie skończył, ale śmiało można obstawiać, że w podsumowaniach, które lada moment zaleją prasę i internet, filmowym newsem roku w Polsce będzie informacja, że na duży ekran ponownie trafi „Wiedźmin”. Czyli kolejna ekranizacja prozy Andrzeja Sapkowskiego – tym razem z Tomkiem Bagińskim za sterami produkcji. To wiadomość elektryzująca z dwóch powodów. Po pierwsze: bo o ile film z Michałem Żebrowskim sprzed lat uznano dość powszechne za niewypał, o tyle gra wideo na podstawie książek o Wiedźminie robi na świecie furorę, co kolosalnie zwiększa szansę filmu na międzynarodowy sukces. Po drugie: bo na długi metraż od nominowanego do Oscara twórcy „Katedry” – to sformułowanie używane było w odniesieniu do Bagińskiego tak często, że niemal zrosło się z jego nazwiskiem – czekamy, bagatela, 12 lat! Tyle minęło od premiery krótkometrażowej, animowanej „Katedry”, która z dnia na dzień uczyniła z anonimowego wówczas 26-latka z Białegostoku Adama Małysza polskiego kina.

Gdy spotykamy się z Bagińskim w siedzibie Platige Image – studia, w którym dziś jest dyrektorem kreatywnym – jest kilka tygodni po nakręceniu reklamówki z Cristiano Ronaldo i tydzień po internetowej premierze wyreżyserowanej przez niego produkcji Platige Image i Europejskiej Agencji Kosmicznej (ESA) „Ambition”. Film opowiada o zakończonej w minioną środę sukcesem misji Rosetta, w której naukowcom po raz pierwszy w historii lotów w kosmos udało się osadzić lądownik na komecie. Główną rolę gra Aidan Gillen, czyli Littlefinger z bijącej rekordy popularności „Gry o tron”. W scenach dziejących się w przestrzeni kosmicznej produkcja przywodzi na myśl oscarową „Grawitację” czy goszczący właśnie w polskich kinach „Interstellar”. Wizualnie to zdecydowanie hollywoodzka, a nie polska liga. – To był najcięższy plan, na jakim kiedykolwiek pracowałem – mówi POLITYCE Duńczyk Peter Hjorth, który ma na koncie m.in. „Melancholię” z Kirsten Dunst. – Liczba efektów wizualnych, które nakręciliśmy w dwa dni, jest porównywalna z pracą, którą w normalnym trybie wykonuję w rok – dodaje Hjorth, w „Ambition” odpowiedzialny właśnie za efekty, na co dzień pracujący w Zentropie z Larsem von Trierem.

Gdy dodać, że poza „Ambition” Bagiński zrobił ostatnio bijące rekordy odsłon intra do gier „Cyberpunk 2077” czy „Wiedźmin” i zwiastun serialowych „Wikingów”, można pokusić się o stwierdzenie, że to, co właśnie się dzieje w jego karierze, jest trochę jak wielki comeback Małysza na podia w 2010 r. Z tą różnicą, że w międzyczasie polski reżyser nie miał spadku formy, tylko intensywny okres szkoleniowy, i że ten długo oczekiwany wzrost zainteresowania nie wróży końca, ale ledwie zalążek jego międzynarodowej filmowej kariery.

Paplanie przynosi pecha

Nie udałoby mi się mieć na planie „Ambition” Aidana Gillena, gdybym wcześniej w spocie nakręconym dla BBC, reklamującym igrzyska w Soczi, nie pracował z Charlesem Dance’em – tłumaczy Bagiński łańcuch wydarzeń w pracy współczesnego filmowca. – Spotu dla BBC nie dostałbym z kolei, gdybym przedtem nie zrobił kilkunastu reklam dla tego samego brytyjskiego producenta. To natomiast w życiu by się nie stało, gdybym najpierw w Polsce nie wyreżyserował ponad 150 reklam. To, że dążę do robienia wielkich filmowych widowisk, wiadomo od wielu lat, ale do takich projektów prowadzi długa droga.

Bagiński raz miał szansę pójść na skróty. Pierwsze propozycje scenariuszy do wyreżyserowania w Hollywood dostał już po nagrodzonej prestiżową statuetką BAFTA „Sztuce spadania”, czyli około 2004 r. – Nie byłem wtedy na to gotowy i nie wykorzystałem tego okienka, a dziś wiem, że dobrze się stało, bo Hollywood by mnie wtedy przemieliło. Los Angeles jest pełne młodych i zdolnych, którzy przyjeżdżają tam, wierząc, że im się poszczęści, a wyjeżdżają sfrustrowani. Trzeba być na to miasto gotowym. Ostatnie lata pozwoliły mi zebrać szlify, wyszkolić warsztat i zwyczajnie dorosnąć do większych wyzwań – opowiada.

Pytany o to najbliższe, czyli „Wiedźmina”, milczy jak grób. Twierdzi, że zbyt wiele razy paplanie na zbyt wczesnym etapie o projekcie do mediów przyniosło mu pecha. I ma tu na myśli przede wszystkim „Hardkor 44”, w którym historia – Powstanie Warszawskie – miała się spotkać z science fiction, z szeroko opisywanymi oddziałami cyborgów walczącymi po stronie Niemców. Informacje o projekcie, który Bagiński miał reżyserować jako swoją pierwszą pełnometrażową fabułę, trafiły do mediów w 2009 r., ale film nigdy nie powstał. – Za bardzo się rozrósł. Szybko zdaliśmy sobie sprawę, że nie starczy nam na niego polskich dofinansowań, więc zaczęliśmy szukać pieniędzy w Hollywood – mówi reżyser.

Tam jednak nikt projektu nie kupił. Wizualizacje i pomysł się podobały, ale mniej więcej w tym samym czasie w kinach zrobił klapę „Sucker Punch” Zacka Snydera, który próbował bawić się narracją w podobny jak oni postmodernistyczny sposób. – Amerykanie uwielbiają szufladki. Byliśmy więc dla nich kolejnym „Sucker Punchem”, tyle że z lepszą historyjką. To było za duże ryzyko – wyjaśnia Bagiński.

Intensywne pitchowanie – słowem „pitch” określa się w branży filmowej prezentacje projektu potencjalnym inwestorom – „Hardkoru 44” za oceanem odniosło jednak inny skutek: przypomniało hollywoodzkim producentom o twórcy „Katedry” i „Sztuki spadania”. – Jestem dla nich trochę takim dzikusem brodatym z Europy Wschodniej, o którym trudno zapomnieć, bo nie dość, że jest charakterystyczny, to ciągle coś robi, ciągle coś kręci, shorty, reklamy, projekt dla ESA. Dwa lata temu wyszedł np. wyreżyserowany przeze mnie zwiastun gry „Cyberpunk 2077”, który zrobił w sieci ogromną liczbę odsłon [prawie 7 mln – przyp. red.], a w efekcie widziało go całe Hollywood. Wiem o tym od mojego amerykańskiego menedżera, którego głównym zadaniem, poza umawianiem mi w Los Angeles spotkań, jest słuchanie plotek. Bo przecież to miasto nimi stoi! Jak dwór Ludwika XIV! – śmieje się Bagiński.

Poza plotkami amerykański menedżer reżysera regularnie przynosi mu z hollywoodzkich studiów scenariusze. – Kolejność jest taka: najpierw dostajesz dziadowski projekt, ale mimo to musisz podczas pitchów pokazać, że masz na niego fajny pomysł. Jeśli ludzie ze studia wyczują, że jest w tobie pasja i wola walki o film, następny scenariusz dostajesz lepszy i przechodzisz na kolejny poziom wtajemniczenia – mówi. – Ja mam za sobą już około stu pitchów i konkretne efekty: trzy fabuły w fazie rozwoju. Jedna z dużym studiem, druga z hollywoodzkim scenarzystą z pierwszej ligi. Te projekty sobie powoli dojrzewają.

Dlaczego tak długo? Zdaniem Bagińskiego bycie maratończykiem to w tej branży właściwa postawa. To wszystko oznacza telefony kilka razy w tygodniu, ciągłą wymianę uwag z producentami i scenarzystą. – Nawet z tych projektów, o które walczyłem i przegrałem, wyniosłem doświadczenia, które zapunktowały przy kolejnych pitchach.

Płacisz i masz

Gdy spojrzy się na to, co swoim nazwiskiem w ostatniej dekadzie, już po „Sztuce spadania”, firmował Bagiński, na usta ciśnie się jedno słowo: rozmach. „Animowana historia Polski”, filmowa oprawa „Siedmiu bram Jerozolimy” Pendereckiego, intra do gier „Wiedźmin” i „Cyberpunk 2077”, spot promujący igrzyska w Soczi, „Ambition”. W tych projektach, choćby format był krótki, liczy się efekt „wow”, wciśnięcia w fotel. – Zawsze zależało mi na tym, żeby wypracować sobie opinię reżysera zajmującego się specyficznym rodzajem zadań – mówi Bagiński.

Te produkcje łączy też jeszcze coś innego: są dostępne dla publiczności z każdego miejsca na Ziemi. Może je sobie obejrzeć producent w LA, hipster na nowojorskim Williamsburgu i biznesmen z Hongkongu. W odróżnieniu od filmów fabularnych, których kręceniu Bagiński mógł się w ostatniej dekadzie poświęcić, jego reklamy, „shorty”, intra, cinematiki i zwiastuny nie muszą czekać na zagranicznego dystrybutora filmowego, żeby dotrzeć do światowej widowni. Zazwyczaj udostępniane są od razu za darmo w sieci, często kręcone już z myślą, że premiera odbędzie się nie przed polską, ale zagraniczną widownią: na Expo w Szanghaju („Animowana historia Polski”), targach MIDEM w Cannes („Siedem bram Jerozolimy”). Bagiński znalazł drogę dotarcia do publiczności poza Polską, inną niż przez filmowe festiwale, na których i tak nie stawia się przecież na kino mainstreamowe. A w dodatku ma dziś za sobą świetnie prosperujące studio.

Równolegle z jego karierą rozwijał się bowiem Platige Image. Gdy firma zaczynała działalność 15 lat temu, liczyła sześć osób – razem z prezesami Jarosławem Sawko i Piotrem Sikorą. Dziś PI zatrudnia ponad 200 pracowników i dodatkowo freelancerów, gdy na tapecie są większe projekty. Takie jak choćby przygotowywanie polskiego pawilonu na Expo, którym Platige zajmuje się w tym roku, wraz z Polską Agencją Rozwoju Przedsiębiorczości, już po raz drugi, w związku z najbliższą edycją wystawy w Mediolanie (ich pawilon w Szanghaju okazał się wielkim sukcesem).

Równie prestiżowych przedsięwzięć (efekty specjalne do „Melancholii” czy „Antychrysta”) i nagród (nominacja do Emmy, Oscara, BAFTA, SIGGRAPH, Comic-Con) nie ma żadne inne polskie studio. Kultowe już dziś reklamy Frugo czy Serce i Rozum to też pozycje z portfolio Platige Image – to reklamowe liczy ponad dwa i pół tysiąca produkcji. Nic dziwnego, że dwa lata temu firma zaczęła ekspansję za granicą i otworzyła oddział w Nowym Jorku.

Studio wciąż zmienia swój image, rozszerza działalność o nowe pola. Przez lata sprofilowane głównie na usługi w dziedzinie reklamy, animacji, efektów specjalnych – nazwa Platige Image nie bez kozery brzmi jak „płacisz i masz”, od tej zbitki słów się wzięła! – teraz mocno stawia na rozwijanie tutaj, na miejscu, od zalążka innowacyjnych projektów z dziedziny nowych mediów. A także pełnometrażowych filmów. W tym celu założony został osobny oddział Platige Films, gdzie powstaje produkcja o Ryszardzie Kapuścińskim „Another Day of Life” i właśnie „Wiedźmin”.

Wyłowić smaczne banany

Swój image zmienia też Bagiński. Miejsce dawnych, niepozornych okularów zajęły designerskie, trochę przypominające te do oglądania filmów w 3D. Na głowie modna czapka, długi szal wokół szyi. – To zasługa koleżanek mojej żony – śmieje się, zapytany o jego nowy styl. – Zajmują się modą, robią sesje. Ja nie znoszę kupowania ubrań, więc zgodziłem się, żeby robiły to za mnie. Raz do roku zapełniają mi szafę i mam z głowy – mówi. – Dostałem ostatnio nawet jakieś spodnie od Kupisza – przyznaje lekko speszony.

Glamour wkroczył więc nie tylko do jego pracy (poza Gillenem i Ronaldo reżyserował też niezwykle popularną dziś obsadę „Wikingów”: Travisa Fimmela, Jessalyn Gilsig, Gustafa Skarsgårda), ale i do codziennego życia.

Na szczęście nie stracił dystansu i pytany o swój wkład w sukces projektów, które firmuje, minimalizuje swoje zasługi, podkreślając, jak dużo zawdzięcza innym. – Najbardziej lubię w mojej pracy ten moment, kiedy siedzimy w kilka osób w pokoju i przerzucamy się pomysłami. Na początku zazwyczaj bardzo złymi – opowiada. Do tego trzeba ludzi zupełnie innych od ciebie, którzy jednak w jakiś cudowny sposób nadają na tych samych falach. Ja mam takich ludzi, np. Jacka Dukaja czy Tobiasza Piątkowskiego. Żartuję czasem, że w ich towarzystwie jestem jak taki szympans. Słucham rozmów, które są zupełnie nie na moim poziomie. Jestem od nich przecież dużo głupszy. Całe szczęście, mam tę umiejętność, że potrafię z tej wymiany zdań wyłowić smaczne banany.

Na tym właśnie – jego zdaniem – polega w dużej mierze praca reżysera. Na wybieraniu tego, co smaczne, z tego, co wymyślają mądrzejsi.

Polityka 48.2014 (2986) z dnia 25.11.2014; Kultura; s. 94
Oryginalny tytuł tekstu: "Sztuka wznoszenia"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Świat

Spluwa i szajba. W USA to jak nieuleczalna choroba

Zamiłowanie Ameryki do broni to choroba, na którą nikt mądry nie wynalazł lekarstwa – zresztą chora uporczywie odmawia leczenia. Czy uczniowie „maszerujący o swoje życie” przekonają ją, by podjęła terapię?

Artur Domosławski
10.04.2018
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną