Jerzy Pilch o tym, co łączy pisarza i prostytutkę

Księga dygotu
Rozmowa z Jerzym Pilchem o nowej książce, parkinsonie, pieniądzach i pokrewieństwach między pisarzem i prostytutką.
Jerzy Pilch
Leszek Zych/Polityka

Jerzy Pilch

materiały prasowe

Justyna Sobolewska: – Będziemy rozmawiać o dziwkach czy o chorobie?
Jerzy Pilch: I o tym, i o tym.

Bohater pana nowej minipowieści „Zuza albo czas oddalenia” zakochuje się w prostytutce. Mam wrażenie, że pan idealizuje ten zawód, że one tak z radością i przyjemnością...
Miłość idealizuje obiekt. Nie opisuję za szczegółowo tego, co nazywam miłością, wystarczająco mocno opisuję zachwyt. Nie ma miłości bez zachwytu, ale zachwyt bez miłości może być. Nie muszę rozstrzygać, na ile bohater się myli. Tego rodzaju oś fabularną mamy choćby u Marqueza w „Rzeczy o mych smutnych dziwkach”, gdzie bohater postanawia uczcić 90 urodziny szaloną nocą z dziewicą. Lubię szczególnie ten epizod, kiedy on się starannie przygotowuje, kąpie, czesze, zakłada garnitur, ale dba, żeby to wszystko było w dyskrecji. No i przechodzi obok zakładu fryzjerskiego, a fryzjer krzyczy: „Miłego dymania, dziadku”. Jego popłoch jest dobrze uchwycony. No i Llosa, który napisał zdanie, które mnie zezłościło: „Kto przy zdrowych zmysłach zakochuje się w kurwie?!”. A dlaczego nie? W ogóle wydaje mi się, że osobność tego fachu jest oczywista, ale przesadzona. Jak wszędzie, część niewiast uprawia go z rozpaczy, żeby było co włożyć do garnka i żeby było na komunię dla dziecka, a część z pasją i upodobaniem, i wtedy to jest rodzaj twórczości. A że dochodowej? To się zdarza, że twórczość jest dochodowa, że one są natchnione.

Mieszka pan na Hożej, przy warszawskim „pigalaku”. Te panie z Poznańskiej są takie natchnione?
Mam do nich sympatię, nie są skrępowane. Przechodziłem wiele razy, przyspieszałem, bo były zmysłowe mrugnięcia i cmoknięcia. Mówimy przecież o najstarszej profesji świata, która będzie istnieć tak długo jak świat. Nawet gdy kula ziemska pogrąży się w dobrobycie i wszyscy będą mieli na wszystko, to część ludzkości będzie uprawiać ten zawód, bo to lubi. Wydaje mi się, że pisarz, który nie przeżył tego rodzaju fascynacji, któremu nie spodobała się sprzedajna dziewczyna, który nie wsadził łba w taką historię, za wiele nie zwojuje.

Plemię sprzedajnych dziewczyn to bratnie plemię literatów. Nie porównuję się, bo wszystko, co wiem, to wiem z czytania, ale byli wielcy koneserzy. Taki Flaubert w czasie licznych podróży miał wiele kontaktów. To znalazło wyraz przede wszystkim w korespondencji, po polsku wyszedł jeden tom, i to w latach 50. Mam nadzieję, że doczekam obszernego wyboru listów Flauberta. On jest niezrównanym nauczycielem pisania. Do anegdotycznych niezaspokojonych koneserów należał Simenon, który musiał mieć codziennie jeden kontakt. Rzadko kiedy czuję, że jestem protestantem z małego miasteczka, ale kiedy czytam o takim marnotrawstwie jak to Simenona, to duch luterski się we mnie burzy. 

Bohater „Zuzy” nie jest chyba luteraninem, hojnie płaci, nawet mu to płacenie sprawia przyjemność.
Ciężką ręką to pisałem. Ale taka nasza rzeczywistość Polski kapitalistycznej. Zawsze było kombinowanie, zarabianie, ale za starej Polski obyczajowość nie była tak otwarta, nie było powszechnego namysłu nad groszem, zwłaszcza nie było takiego węszenia: skąd on ma te pieniądze, dlaczego ma takie auto, trzeba to zbadać. Nie chcę ferować tego rodzaju odkrywczych sądów, że pieniądze rządzą. Ale obszar debat na tematy finansowe czy pieniężne stał się dziś o wiele bardziej otwarty, żeby nie powiedzieć – bezwstydny.

W tej książce niedużo mamy okoliczności zewnętrznych, wszystko rozgrywa się między nim a nią. Chociaż nie jest wykluczone, że ona jest tylko wyobrażeniem, że jej w ogóle nie ma.
Można to czytać jak rękopis znaleziony po śmierci. A to znaczy, że nie tylko będę pisał i mordował się tutaj do końca, ale i w trumnie, jak ręce nie będą się trzęsły, będę miał dobre warunki do pisania.

Opowieść urywa się niespodziewanie.
To było ryzykowne dla mnie i wyczerpujące. Czułem, że mogę marzyć o napisaniu na ten temat 500 stron. Może o tak zwanej normalnej miłości wyszłoby mi rzeczywiście 500 stron. A poza tym moja forma jest nie najlepsza. Szczerze mówiąc, ten zgrany chwyt z rękopisem znalezionym w bucie – wiem, nie należy z warsztatowych sekretów się zwierzać, ale to było mi potrzebne po to, żeby usprawiedliwić nagły koniec. W ten sposób ujawniłem doniosły sekret.

W przeciwieństwie do ostatnich książek nie ma tu wadzenia się z Bogiem, tylko raz pojawia się ktoś o inicjałach PB.
Pan Bóg strzegł. Na starość mówi się, że i diabeł ogonem na mszę dzwoni. Jest taki mechanizm. Mój ojciec całe życie był bardzo agnostyczny. Ja z tym nie miałem kłopotu przez lata, a teraz, im bliżej, tym jestem bardziej sceptyczny. Nie działa na mnie wizja zmartwychwstania ciał. A jak ktoś mi mówi, że wielkie zmartwychwstanie nasze będzie się odbywać w innych kategoriach niż kategorie poznawcze rozumu ludzkiego, to ja dziękuję, mam takie kategorie, jakie mam, i w nich kombinuję. Jestem sceptyczny co do wielkiej obietnicy. Wierzę za to w to, co napisane jest w Biblii. Wczoraj przeczytałem Księgę Sędziów, mało jest takich makabrycznych ksiąg. Wierzę też pisarzom biblijnym. A w Pana Boga? Zobaczymy, jeszcze jest czas.

Pisał pan „Zuzę” w ciągu ostatniego roku, po operacji?
Pisałem, bo mi się chciało to napisać. Oczywiście, czasem musiałem przekonywać siebie, że trzeba pisać: nieważne, gorzej mieli, chodzimy jeszcze.

Choroba jest w tle tej książki: „Zdrętwiało całe ciało, prądu za mało”.
Teraz trzeba napisać coś, co będzie nosić tytuł: „Księga dygotu”. I mam już pierwsze zdanie, tylko muszę nad nim popracować, bo nie jest jeszcze doskonałe stylistycznie: „Parkinson to kurwa, nie choroba”. Kto wie, ten wie – zwodzi cię, okradnie, da ci nadzieję, obieca małżeństwo i nic nie spełni.

Ja już właściwie nie mówię o niczym innym tylko o parkinsonie. Wczoraj poczułem się tak fantastycznie, wypiłem małą kawę. Nie wiem, czy to dobre samopoczucie wiązać z nową farmakologią, czy to kaprys tej choroby, która jest kompletnie nierzetelna. Zacząłem pisać coś ręcznie, na tych żółtych kartkach. Lubię Styrona i przeczytałem gdzieś, że on pisał na żółtym papierze, bo to wzmacnia. No, a dziś już jest zupełnie inaczej. To jest tak, każdy chory to zna: zasypiasz z nadzieją, że obudzisz się zdrowy, potem rano jest beznadziejnie, potem do południa słabo, potem moglibyśmy popełnić samobójstwo. Osiecka, jak opowiadała, postanowiła kiedyś to zrobić. Zamknęła się w łazience z żyletką. Coś próbowała kombinować, a tu pukanie, mama: „Agnieszka, zupa!”. Ta z żyletką myśli, co robić. „A jaka?”. „Pomidorowa”. No, jak pomidorowa, to jeszcze zjem, pomyślała. W południe możemy zjeść zupę pomidorową, a potem jest już znośnie.

O samobójstwie i Cioranie pisze pan tu sporo.
Cioran niczym innym się nie zajmował, tylko samobójstwem, i dojechał prawie do dziewięćdziesiątki. Jednak lepiej się go czyta, jak człowiek jest zdrowy. To ma elegancję i wyrazistość. Teraz, jak patrzę na niego przez pryzmat choroby, to przemawia do mnie trochę mniej. Zanim zacznie się zdanie, to już wiadomo, że będzie tak błyskotliwe, że coś okropnego. To już wolę Philipa Rotha, który obsesyjnie pisze o sobie. Miałem go za autora jednej książki, „Kompleksu Portnoya”, wydawało mi się, że tej młodzieńczej, szyderczej książce nic nie dorówna. Ale to nieprawda. Postanowiłem go w całości przeczytać. Często pojawia się u niego perspektywa starzejącego się pisarza, w powieści „Duch wychodzi” alter ego Rotha, pisarz po siedemdziesiątce, przeżywa fascynację młodą dziewczyną.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną