Kultura

Między Kotem a Znikotem

„Alicja w Krainie Czarów” ma już 150 lat

Ilustracja z „Alicji w Krainie Czarów” - Robert Sabuda Ilustracja z „Alicji w Krainie Czarów” - Robert Sabuda materiały prasowe
150 lat temu ukazała się „Alicja w Krainie Czarów” Lewisa Carrolla, książka wyjątkowa przede wszystkim dlatego, że jej bohaterem – oprócz Alicji – jest sam język.
Pierwszy egzemplarz Lewis Carroll (czyli Charles Lutwigde Dodgson, pastor anglikański, wykładowca matematyki i logiki w Oxfordzie) zilustrował sam.EAST NEWS Pierwszy egzemplarz Lewis Carroll (czyli Charles Lutwigde Dodgson, pastor anglikański, wykładowca matematyki i logiki w Oxfordzie) zilustrował sam.
Najbardziej znane ilustracje to te z pierwszego wydania (1864 r.) Johna Tenniela, sławnego karykaturzysty londyńskiego „Puncha”.EAST NEWS Najbardziej znane ilustracje to te z pierwszego wydania (1864 r.) Johna Tenniela, sławnego karykaturzysty londyńskiego „Puncha”.
Ilustracja autorstwa Salvadora DaliStapleton Collection/Corbis Ilustracja autorstwa Salvadora Dali

Zacznij od początku – odparł z powagą Król – doczytaj do końca, a potem przerwij czytanie”. Od razu się przyznam, że jestem stronnicza. I choć próbowałam – jak ogrodnicy, którzy przemalowywali róże w ogrodzie Królowej – i próbowałam znowu, to w uszach i w głowie (i sercu) mam ciągle przekład Antoniego Marianowicza, który znam z dzieciństwa. A który wśród samych tłumaczy i literaturoznawców ma złą opinię. Więcej, kiedy teraz czytałam go dzieciom, zorientowałam się, że naśladuję głos Magdaleny Zawadzkiej, czyli Alicji ze słynnego słuchowiska. I tak Królowa już na zawsze ma głos Ireny Kwiatkowskiej. A Michnikowski jako Kot-Dziwak śpiewa: „Ja nie mam sensu, ty nie masz sensu, żaden jedzenia kęs nie ma sensu. Gry są bez sensu, sny są bez sensu, nawet niestety sens nie ma sensu”.

Dla dzieci lub dorosłych

Niezwykłość „Alicji” Carrolla polega na tym, że zawiera w sobie dwie różne książki. I to nie dlatego, że po „Alicji w Krainie Czarów” powstała „Alicja po drugiej stronie lustra”. Maciej Słomczyński pisał, że „jest to zapewne jedyny wypadek w dziejach piśmiennictwa”, bo mamy zarazem książkę dla dzieci i drugą, dla bardzo dorosłych. Stąd taka, a nie inna historia przekładów „Alicji” – jedne są dla dzieci, inne, naładowane przypisami, objaśniają każde odniesienie filozoficzne, lingwistyczne czy logiczne, których jest tu mnóstwo. Istnieją też rozmaite adaptacje i opracowania, które często składają się z samych obrazków – bywa, że koszmarnych. W księgarni znalazłam, ku mojemu zaskoczeniu, bo spodziewałam się, że nie będzie żadnego – dwa nowe przekłady książki.

W ogóle mamy do „Alicji” szczęście – powstało dziewięć przekładów (a licząc swobodne adaptacje – aż 11), a to – zwłaszcza w przypadku książki dla dzieci – bardzo dużo (choć wyprzedzają nas Niemcy, gdzie przekładów tej książki naliczono 34). Trzeba uważać, bo oprócz solidnych tłumaczeń na półkach i w internecie można znaleźć opracowania, czasem robione na podstawie najstarszych przekładów, czasem z koszmarnymi ilustracjami, które nic nie mają wspólnego z tekstem.

Historia ilustracji do Alicji jest również bogata – najbardziej znane są te z pierwszego wydania (1864 r.) Johna Tenniela, sławnego karykaturzysty londyńskiego „Puncha”. Jego Alicję można spotkać wszędzie: duża głowa, długie blond włosy z opaską, nazwaną później „opaską Alicji” (choć prawdziwa Alicja był brunetką obciętą na pazia) – jest na gigantycznych muralach w Tel Awiwie. I na kubkach – z jednego z nich piję właśnie herbatę.

Pierwszy egzemplarz Lewis Carroll (czyli Charles Lutwigde Dodgson, pastor anglikański, wykładowca matematyki i logiki w Oxfordzie) zilustrował sam. Podarował go 10-letniej Alice Liddell, na pamiątkę przejażdżki łodzią po Tamizie. Wydana książka, która różniła się od pierwszej wersji, ukazała się trzy lata po wycieczce, 4 lipca 1865 r. I niespodziewanie dla autora odniosła wielki sukces – sprzedało się ok. 180 tys. egzemplarzy.

O relacjach Carrolla z dziewczynkami napisano wiele, bo jak wiadomo przyjaźnił się tylko z dziewczynkami. Alice Liddell była najważniejsza. Jednak jej portretu nie znajdziemy na ilustracjach Tenniela, z którym zresztą Carroll pokłócił się i zerwał współpracę (już po ukazaniu się „Alicji po drugiej stronie lustra”).

Wizji postaci było wiele. Najnowszy przekład Elżbiety Tabakowskiej ukazał się z ilustracjami Tove Jansson, z postaciami wyjętymi ze świata jej własnych książek. Była Alicja surrealistyczna Salvadora Dalego czy psychodeliczna Yayio Kusamy, popartowe ilustracje Roberta Sabudy. Nowe wydania często są teraz ilustrowane przez Słowaka Dusana Kallaya, na których Alicja wygląda jak wyjęta z realistycznego zdjęcia. Ja się wychowałam na ilustracjach Olgi Siemaszko i na klasycznych obrazkach Tenniela i już wizje Kallaya są mi dosyć obce, choć dobrze wydobywają mroczną i okrutną warstwę tej opowieści.

Makabra z nonsensem

„Najważniejsza rzecz to pory roku… – Skoro już mowa o toporach – przerwała Księżna – to zetnij jej natychmiast głowę!”. „Alicja” wyrasta z tradycji wiktoriańskich wierszyków umoralniających, w których dzieci za swoje niegrzeczne zachowanie ponosiły kary w postaci śmierci. Mieliśmy w Polsce podobne wierszyki dla dzieci Jachowicza, w których krawiec ucinał paluszki niegrzecznego chłopca. Tę tradycję wykorzystał Marianowicz, przywołując jego wierszyk „Pan kotek był chory”, który niespodziewanie dla Alicji zamienia się w inny tekst – o lwie, który pożarł doktora. Alicji bez przerwy przychodzą do głowy rozmaite makabryczne sytuacje, wokół trwa pożeranie myszy przez koty, a każdy, łącznie z kotem, ma zostać ścięty. Przy czym ta makabra w „Alicji” należy, tak jak wykrzykniki Królowej, do literatury nonsensu.

Carroll jest następcą przede wszystkim Edwarda Leara. I Carrolla, i Leara znajdziemy w „Fioletowej krowie” Barańczaka, antologii poezji nonsensu. „Efekt humorystyczny poezji nonsensu – pisze Barańczak – polega na zaspokojeniu naszej (…) ukrywanej w oficjalnych okolicznościach potrzeby wzięcia odwetu na samym istnieniu”. Nonsensista różni się od satyryka tym, że nie chce świata naprawiać, humor purnonsensowy jest bezinteresowny, niczemu nie służy poza samym śmiechem. Ten śmiech jednak wynika z jego czarnego pesymizmu, a nie z czystej radości. Nonsensista, jak pisał Barańczak, ten „śmieszniejszy poeta metafizyczny”, nie chce rozwiązywać problemów egzystencji, bo wie, że jest to zadanie w swej bezradności komiczne.

Absurd i nonsens przyjęły się szczególnie dobrze na anglosaskim gruncie literackim. „Jedna z koncepcji powiada, że np. twórczość Edwarda Leara dla dzieci była rodzajem reakcji na opresyjność wiktoriańskiej rzeczywistości. Lear tworzył literaturę, w którą dziecko mogło uciec, schronić się przed dość okropną rzeczywistością, w jakiej żyło – pisze Michał Rusinek. – Według innej koncepcji zrozumienie literatury nonsensu i twórcze bawienie się nią wymaga najpierw poczucia sensu, konkretu, twardego, anglosaskiego stąpania po ziemi. Słowem: trzeba mieć się od czego odbić, żeby odlecieć. Może jest to powód, dla którego literatura nonsensu nie przyjęła się w PRL-u: rzeczywistość była wówczas na tyle nonsensowna, że nie było się od czego odbić”. Poczucie absurdu dookoła sprawia, że nie ma się ochoty na absurdalne żarty. Choć z drugiej strony w PRL istniały enklawy absurdalnego humoru – Kabaret Starszych Panów czy właśnie popularność polskich przekładów „Alicji”.

Niedawno odnalazło się pierwsze polskie tłumaczenie z 1910 r. Sporządziła je Adela S. i nosiło tytuł „Przygody Alinki w Krainie Cudów”. Przez lata zaginione, objawiło się w Bibliotece Raczyńskich. Następny przekład, a właściwie swobodną adaptację, stworzyła w 1927 r. Maria Morawska, która definitywnie zmieniła Krainę Cudów na Krainę Czarów. Główną zaletą tego przekładu były wierszyki w tłumaczeniu poety Antoniego Lange, natomiast nie wiedzieć czemu to tłumaczenie było wznawiane nawet w latach 90., kiedy istniały inne, o wiele lepsze. Bo w 1955 r. ukazał się przekład Marianowicza, najczęściej potem wznawiany.

Marianowicz stworzył „Alicję” dla dzieci, daleko odbiegł od oryginału, to prawda, ale oswaja dzieci z absurdalną stroną języka. Już na początku okazuje się, że Alicja mówi nie to, co chce, że to język nią mówi. Cały czas toczy się gra między brzmieniem a znaczeniem. „Okonie, Oko? Nie”. Pytanie o sens i znaczenie pojawia się, gdy Biały Królik odczytuje list w sprawie oskarżonego Waleta Kier: „Mówiono mi, żeś u niej trzykroć/Powiedział jemu, że/Choć im to wielką sprawia przykrość/Niestety pływam źle”. „Przecież w tym nie ma ani odrobiny sensu” – mówi Alicja. A dalej razem z Królem dokonują analizy tego tekstu „bez sensu”.

Jednak Marianowicz popełnił sporo błędów – począwszy już od pierwszego zdania, kiedy każe Alicji siedzieć na ławce, podczas gdy w oryginale chodzi o brzeg. „Utwór został zbanalizowany, upupiony, wyzuty z tej właśnie formy, stylu i myśli, które czynią zeń arcydzieło. Podawanie go za utwór Carrolla jest niemalże profanacją – pisał inny tłumacz Robert Stiller. – Jednak lekkością stylu i niektórymi pomysłami Marianowicz nieraz góruje nad swoim następcą Maciejem Słomczyńskim”.

Przekład Słomczyńskiego, tłumacza Joyce’a i Szekspira, ukazał się w 1965 r. i był już przeznaczony przede wszystkim dla odbiorcy dorosłego, który zrozumie jego eksperymenty językowe. Słomczyński pozostał bliski oryginału w konstrukcji języka – przenosił angielską składnię na język polski. Nie szukał polskich odpowiedników dla wiktoriańskich piosenek, tylko przekładał je wiernie. Jednak zarzucano mu, że używa zbyt wielu anglicyzmów.

Braki Słomczyńskiego na tyle zdenerwowały Stillera, że sam postanowił przełożyć tę książkę. W samochwalczym wstępie ogłasza, że oto stworzył najlepsze tłumaczenie. „Wydanie mojej wersji (…) stało się sensacją i (…) widać wreszcie, że ta Alicja funkcjonuje nareszcie w polskiej świadomości”. Stiller wzbogacił tekst o komentarze wyjaśniające gry słowne i aluzje. Nawiązywał w ten sposób do „The Annotated Alice” Martina Gardnera – słynnego angielskiego wydania „Alicji” z przypisami. Dwujęzyczny przekład Stillera został doceniony przez tłumaczy, ale wśród czytelników pojawiały się głosy krytyczne.

Od Bisia do Zbycha

Kolejne przekłady Jolanty Kozak z 1999 r., Krzysztofa Dworaka i Bogumiły Kaniewskiej (oba z 2010 r.) były tłumaczeniami uwspółcześniającymi, które miały dopasować wiktoriańskie realia do dzisiejszych dzieci. Podobnie najnowszy przekład z 2012 r. Elżbiety Tabakowskiej, która – w przeciwieństwie choćby do Stillera – ma mnóstwo wątpliwości i sytuację tłumacza „Alicji” nazywa „sytuacją nie do pozazdroszczenia”. A to dlatego, że autor kolejnego przekładu musi wystrzegać się pożyczania i jednocześnie krytykowania poprzedników (tej pokusie uległ Stiller).

Ambicją Tabakowskiej było, aby Alicja przemówiła językiem współczesnej dziewczynki. Autorka przekładu wymyśliła też polskie odpowiedniki angielskich piosenek, czerpiąc m.in. z dobranocki o Piaskowym Dziadku czy z wierszyków Brzechwy. Zwłaszcza jej przeróbka „Na tapczanie siedzi leń”, czyli „Na lagunie leży cień”, jest bardzo udana. Piaskowy Dziadek nie jest już uniwersalny i młodszym nie kojarzy się z niczym. Natomiast fantastycznie brzmią rozmowy Alicji z Gryfem i Przeżułwaczem (Nibyżółwiem), w której opowiadają o „Drętwie”, która uczyła ich „łoziny” i „gryki”. U Tabakowskiej też zamiast Kota-Dziwaka (Marianowicz), Kota z Cheshire (Słomczyński, Stiller) czy Szczerego Kociska (Kozak) pojawia się bardzo ładny Kot Znikot.

Alicja uświadamia sobie, że „słowa układały się całkiem nie tak”. Dlatego ta książka nie przestanie być wyzwaniem dla tłumaczy. Nieustannie spoza słów wyłaniają się inne słowa. Przekład Tabakowskiej będzie odkrywczy dla starszych dzieci i dla dorosłych, natomiast mimo wszelkich zastrzeżeń i błędów Marianowicza dla młodszych dzieci nadal jest on nieoceniony.

Gdy byłam mała, najbardziej lubiłam Bisia, niezbyt rozgarniętą jaszczurkę, która zawsze obrywa za wszystkich. Biś w kolejnych tłumaczeniach zamienił się w Billa, a nawet Zbycha. Starszy syn woli znikającego Kota-Dziwaka (Kota Znikota). No i śpiewamy: nie spodziewałam się, że „Alicja” stanie się przy okazji naszym domowym śpiewnikiem, a teraz nie ma wyjścia: „Chcesz czy nie chcesz, chcesz czy nie chcesz, bardzo proszę się zastanów...”.

Polityka 27.2015 (3016) z dnia 30.06.2015; Kultura; s. 86
Oryginalny tytuł tekstu: "Między Kotem a Znikotem"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kraj

Prof. Marcin Król: Obyśmy znów nie byli głupi

Prof. Marcin Król, historyk idei, o tym, że czeka nas koniec starego świata i nic dobrego z tego na razie nie wyjdzie.

Jacek Żakowski
01.01.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną